Wstyd się przyznać, ale w ostatniej podróży – nie licząc wyjazdów służbowych – byłem prawie dwa lata temu. Po bardzo udanej eskapadzie bangladesko-tajskiej jesienią 2014, planowałem kolejny wyjazd na wiosnę 2015, ale mimo wielu pomysłów, które nawet kiełkowały w karłowate plany, nie poczułem wyjazdowego imperatywu.
Powodów tego niezdecydowania było kilka, ale o tym za chwilę. Ostatecznie spakowałem narty turowe, plecak i na – w zamierzeniu – kilka dni pojechałem w Tatry, żeby tam odnaleźć klarowność celu i podróżny imperatyw. Nie odnalazłem, za to te kilka dni niespodziewanie zamieniło się w kilka tygodni, do których doszło potem kilka przedłużonych weekendów. I tak spędziłem w Tatrach w sumie z 1,5 miesiąca, mocno rozwijając się narciarsko, zaliczając coraz trudniejsze zjazdy i coraz dłuższe tury. Wystartowałem nawet w skiturowych zawodach. O tej skiturowej wiośnie można poczytać tutaj.
Projekt dla HP, w który zaangażowałem się zawodowo podczas fazy skiturowej dawał możliwość masy pracy zdalnej, po kilku miesiącach wpadłem więc na pomysł przeprowadzki do Phnom Penh i zdalnej pracy stamtąd. Ta, skądinąd rewolucyjna, idea, nie spotkała się z pełną aprobatą menedżmentu, który wolał mnie mieć pod ręką. Co jestem w stanie zrozumieć, bo projekt w dużej mierze opierał się na mojej ciężkiej pracy właśnie. Ale taka przeprowadzka, to było coś, co mi zdecydowanie pasowało, coś, co było lepiej zgrane z moimi aktualnymi preferencjami podróżnymi, niż włóczenie się z plecakiem (czy to po himalajskich dziczach, czy z miasta do miasta).
Nie zrażony tą porażką zacząłem planować eskapadę jesienną, tym razem do Patagonii. Zapisałem się na intensywny kurs hiszpańskiego, kupiłem mapy, przewodniki i pełen entujazmu czekałem na jesień. I ten plan nie wypalił, bo zostałem zrekrutowany na projekt w Zurychu. Finansowo rzecz była nader kusząca, do tego bliskść Alp i ogólny urok Szwajcarii nie pozostawiały wyboru. Projekt co prawda okazał się toksycznym niewypałem, ale przy okazji miałem okazję poznać okolice Zermatt, masyw Mote Rosy i wcześnie zacząć kolejny sezon narciarski.
Wiosną 2016 wanderlust rozszalał się na dobre. Amazon nie nadążał przesyłaniem kolejnych pozycji podróżnej literatury faktu, a ja zachodziłem w głowę co zrobić, żeby ten epizod wyszedł nieco poza wspomniany już dotychczasowy paradygmat wyjadu, podróży i powrotu. Schemat, który już mnie zmęczył, przestał stymulować. W skrócie – chciałem się “gdzieś” przeprowadzić. Nie tyle przemknąć przez inną kulturę, co na jakiś czas – miesiące, może nawet lata, jeśli karma będzie sprzyjać – się z nią zasymilować. Wynająć dom, pracować zdalnie, trenować, pisać etc. Jeśli przywołać klasyczny esej Kapuścińskiego – chciałem możliwie zmniejszyć dystans między sobą a “obcym”, optymalnie stać się tym “obcym” w niewielkim choćby stopniu (takim ćwierć obcym, ni psem, ni wydrą), lekko przesiąknąć obcością, głębiej poznać język i kulturę.
Aby nie stawiać poprzeczki zbyt wysoko na początek wybrałem cichy zakątek w południowej Tajlandii. Tajlandia ma to do siebie, że jest łatwa i przyjemna do życia, dobrze skomunikowana, nie za droga, kompatybilna ze mną religijnie (no, doktrynalnie). Do tego Bangkok ma bardzo prężny rynek pracy IT. O klimacie i położeniu nawet nie wspomnę. Są też i negatywne strony – bezmyślny masowy turyzm, seks- i alkoturystyka, rządy junty… Ale jeśli uciec wystarczająco daleko, można się od tego odseparować.
No i co z tego wszystkiego wyniknie? Strasznie jestem ciekaw. W sumie można powiedzieć, że przeprowadzam mały eksperyment na własnym życiu. Będę informował o wynikach. _/\_
