Na stoisku warzywnym, które odwiedzam praktycznie codziennie, kupiłem dziś lokalne kiszonki. Na razie tylko dwa rodzaje: bambus (mai phai) i jakaś odmiana kapusty (pak got), możliwe, że kapusta chińska – bok choy.
Bardzo smaczne. Kapusta kwaśniejsza od naszej, lekko sfermentowana i z nieco ziemistym posmakiem. Bambus delikatny, chrupiący, trudno mi z czymkolwiek porównać smak. Dobrze komponują się ze świeżymi warzywami (na przykład pomidor, mini kukurdza, długa fasola (tua fak yaow), tajskie bakłażany i nieco szalotki) w sałatce na dni, kiedy odczuwalna temperatura w porze obiadu przekracza 40C. Czyli codziennie.
Natomiast z targu zniknęły boczniaki i mango. W ogóle z owocami, w porównaniu z połową czerwca, jest znacznie gorzej – dostępne są praktycznie wyłącznie ananasy, banany, kokosy i okazjonalny owoc wężowy (salak). Zninęły mango właśnie, smocze owoce (pitaje), duriany, jackfruity, czy rambutany.
Aha, wziąłem się za swój tajski. Moja niedoszła nauczycielka jest w ciąży (proszę na mnie nie patrzeć!) i przeniosła się do Bangkoku, by tam lepiej doglądać przyszłej progenitury. Zostawiony sam sobie długo się ociągałem, aż wczoraj nauczyłem się liczyć oraz kilku nazw warzyw i innych spożywczych rzeczy.
Efekty niespodziewanie pozytywne. Tajowie bardzo są szczęśliwi, kiedy słyszą moje niezdarne próby walki z ich językiem. Do tego, gdy powtarzam cenę po tajsku (a na razie robię to jedynie po to, żeby ćwiczyć liczebniki), automatycznie zakładają, że się targuję. Dzisiaj zapłaciłem za warzywa i owoce ok. 15% mniej, bo pomyliłem 250 z 215 (song roi haa sip vs. song roi sip haa), LOL.
Gdyby kogoś interesowały lokalne warzywa, polecam niniejszą stronę, kilka razy pomogła mi się odnaleźć.
