Za mną kolejny, tym razem nieco przedłużony, weekend w Tatrach i dwie kolejne tury, w tym jedna – w małej części – zupełnie dla mnie nowa.
19.I.2017
W czwartek wczesnym popołudniem wyruszam Warszawy i proletariacką kombinacją TLK i autobusu Szwagropol docieram do Zako w nieco ponad 5h. Jest trochę po 2000, więc busy do Kuźnic już nie jeżdżą, ale łapię busa na Olczę i wysiadam na rondzie. Tu przypinam narty do plecaka i żwawo uderzam na Kalatówki. Wychodzi z tego całkiem uroczy spacer, wszędzie pustki, spotykam może dwie osoby po drodze. W lesie nawet nie zakładam czołówki – jest dosyć jasno, poza tym znam tę drogę niemal na pamięć. W ok. 40 minut jestem w schronisku na Kalatówkach, moim dzisiejszym celu.
20.I.2017
Cel na dzisiaj – Małołączniak przez Przełęcz pod Kopą Kondracką. Tura na 4-5h, więc ze schroniska ruszam nieco po 0900. W 25m jestem na Hali Kondratowej, gdzie po krótkim chilloucie w słońcu pod schroniskiem ruszam do góry.
Warunki super, słońce i nieco mglistych chmur, leży ok. 15 cm zsiadłego puchu. Pozakładana masa śladów, sporo też śladów pieszych. Nieco przed Kamieniem odbijam na grzbiecik po lewej stronie i systemem wypukłych formacji wychodzę na przełęcz. Pod koniec trochę lodu, nawet na kilka metrów zdjemuję narty, żeby przetrawersować lodowe pólko. Spotykam też innego narciarza, z którym zmieniam kilka słów.
Na grani warunki średnie – niskie chmury, nie za dobra widoczność i twardy, zmrożony śnieg. Do tego sporo kamieni i trawek. Praktycznie od razu zakładam harszle i tak wychodzę na Kopę. Stąd na nogach na Przełęcz Małołącką i dalej w harszlach na Małołączniak. Na górze wieje i mało co widać, więc zdejmuję foki, przepinam narty i ruszam w dół. Jako że niespecjalnie mam ochotę zjeżdżać do Gronika i potem telepać się busami, wracam, początkowo przynajmniej, tą samą drogą.
Zjazd taki sobie – na zmianę puch, lodowe pólka, szreń kamienie. Z Przełęczy Małołąckiej na Kopę znowu z buta. Z Kopy na Przełęcz Kondracką nawet fajny zjazd, o ile ma się tendencje do lekkiego masochizmu narciarskiego. Mało co widać, śniegu nie za dużo, do tego nie za dobry, ale z jakiegoś powodu daje mi to sporo przyjemności.
Zjazd z Przełęczy Kondrackiej na Halę za to znakomity. Masa puchu, nawet nie za dużo śladów. Kreślę długą sinusoidę i żałuję, że to tylko kilkaset metrów przewyższenia.
Na Hali obiad w schronisku. Pani chatarka pyta mnie w pewnym momencie dlaczego nie jestem na skokach? Błogosławiona niech będzie ignorancja (czasami) – nie miałem pojęcia, że w Zako w ten weekend odbywają się zawody w skokach narciarskich. W niedzielę, zjeżdżając z gór, będę miał okazję zetknąć się kibicami narciarskimi en masse…
Ogólnie fajna tura, chociaż warunki dalekie od optymalnych. Trochę żałowałem, że nie poszedłem dalej granią Czerwonych Wierchów – na Ciemniak albo chociaż Krzesanicę, ale dzień jeszcze dosyć krótki, poza tym plan na dzisiaj nie wychodził poza Małołączniak.
21.I.2017
Już w grudniu miałem ochotę na coś stromszego, ale wystraszyła mnie szreń. Teraz warunki wydawały się dobre, więc postanowiłem zjechać ze Skrajnej Przełęczy (nazwa, jak się okaże, bardzo trafna), a potem może z Karbu i Zawratu.
W ramach porannego lenistwa wjechałem na Kasprowy kolejką, skąd granią w kierunku Świnicy. Do Beskidu wyratrakowane i masa niedzielnych turystów na wywczasie. Wchodzę więc na Beskid w rekordowym tempie. Tu kończy się koszmar i zaczynają relatywne pustki. Przy Skrajnej robię dłuższą przerwę i przez chwilę rozważam zjazd do Dol. Wierchcichej i podejście do Dol. Pięciu Stawów, ale nie znam tej trasy, więc odpuszczam. Wieczorem podpytam na forach i okaże się, że to klasyczna tatrzańska tura, opisana już w przewodniku Oppenheima. Zdecydowanie coś do zrobienia w tym roku i to pewnie nie raz.
Zdejmuję foki, przepinam narty i po krótkiej chwili skupienia ruszam w dół Skrajną. Na początku mam nawet fajny, zbity snieg nieco przypominający firm. To podnosi mnie na duchu, ale w najwęższym i najbardziej stromym miejscu robi się strasznie twardo. Narty trzymają na samych krawędziach, ani skręcić, ani przełożyć narty, ani się zsunąć, a w dole żądna krwi czeluść… Po chwili wahania odpinam jedną nartę, która jak szalona rusza w dół. Butem wybijam małą platformę i mając jako taki kontakt z podłożem odpinam drugą nartę, która rusza śladem pierwszej. Powiększam platformę tak, żeby móc na niej usiąść, wyciągam z plecaka raki, zakładam i ostrożnie schodzę w dół. Nawet w rakach jest dosyć czujnie, ale nie na tyle, żebym wyciągnął czekan. Po kilkunastu metrach mijam lód i wchodzę w lodoszreń, potem w lodoszreń schowaną pod puchem i wreszcie sam puch. Jakieś 100m od przełęczy zbieram i zakładam narty, po czym ostrożnie wracam do zjazdu. Wciąż nie mam pewności, czy nie czekają na mnie jakieś śnieżne niespodzianki.
Nie czekają i zaczyna się kojące pływanie w pow. Taki freeride’owy flow po początkowych nieprzyjemnościach jest wyjątkowo fajny. Klucząc mniędzy skałkami i kosówkami zjeżdżam na zamarzniętą taflę Zielonego Stawu Gąsienicowego. Tu chwila przerwy na suszone owoce i orzechy oraz naprawę pękniętego suwaka w nogawce spodni. Spodnie łatam przy pomocy trytytek, nożem wycinając dziurki w suwaku – post factum wyglądam jak rasowy snow menel. Potem dochodzę do wniosku, że pozostałe przełęcze będą równie nieprzyjemne jak Skrajna, więc zjeżdżam na chwilę do Muro. Jest tam tyle osób, że nawet nie zostaję na szarlotkę. Podchodzę na Przełęcz Między Kopami i nartostradą zjeżdżam do Kuźnic. Daje się zjechać do samego dołu, czyli sytuacja poprawiła się znacząco w stosunku do grudnia.
W Yurcie w Kuźnicach dramatycznie tłuste naleśniki ze szpinakiem, a potem szybkie podejście na Kalatówki.
22.I.2017
Dziś niedziela, więc nie należy się forsować. Po roratach i apelu smoleńskim kupuję 4-godzinny karnet na Kasprowy i idę bawić się na boisku. Miła, niewinna jazda, wyraźnie widzę poprawę techniki w porównaniu z zeszłym rokiem – pierwsze etapy kursu instruktorskiego nie poszły na marne. Mam wrażenie, że powoli wyrabiam sobie optymalną pozycję, jeżdżę o wiele (!) mniej siłowo i chyba ładniej. Muszę poprosić kogoś, żeby mnie ponagrywał.
Pogoda jest wzorcowa, więc z pewnym żalem ruszam w dół w połowie dnia. Z Kalatówek schodzę już z nartami przy plecaku.
W Zako pandemonium. Tysiące kibiców, szaliki, flagi, czapki, trąby i zapijaczone gęby. Tłumy, hałas i plebejskie rozrywki, czyli to co tygrysy lubią najbardziej… Po szybkim obiedzie w FISie, loguje się do autubusu i skutecznie odcinam od świata ambientami Roberta Richa.
