Kilka miesięcy temu wziąłem na Cruxie udział w warsztatach z przedwspinaczkowego rozciągania. Moje ciało tak pozytywnie zareagowało na dwie godziny takich ćwiczeń, że zacząłem rozglądać się za bardziej regularnym programem stretchingowym. Tak trafiłem na jogę do Centrum Jogi Adama Bielewicza.
Szedłem na pierwsze zajęcia spodziewając się new-age’owego bullshitu, kadzidełek, bardzo złej muzyki, grupowego nucenia Om i lekkich, nudnych ćwiczeń. Nic bardziej błędnego – zajęcia wymagające, jak regularny sport – szczególnie, gdy zaliczy się już pierwszy okres zajęć w grupie początkującej. Wciągnąłem się bardzo szybko i w ciągu pierwszych 6-7 tygodni zaliczłem jakieś 50h ćwiczeń.
Zawsze uważałem, że jestem relatywnie dobrze rozciągnięty (jak na faceta, który traktuje rozciąganie jako dodatek do innych sportów – dodatek chroniący przed kontuzjami i nieco zwiększający mobilność). Okazało się, że przede mną ogrom pracy. Co prawda z łatwością robię lotos i mam bardzo dobry zakres ruchów w biodrach (nawet jak na jogę), nieźle też wychodzą bardziej siłowe ćwiczenia balansowe, stania na głowie, świece etc, natomiast tyły nóg (prostowniki) i dolne plecy to dramat. Po tych dwóch miesiącach widzę pewien postęp, ale do ideału jeszcze bardzo daleko.
Do BKK przywiozłem więc matę do jogi i gdy tylko jako tako uporałem się z jetlagiem, ruszyłem do Yoga Elements na pierwsze zajęcia. Zacząłem od grupy podstawowej i to był dobry wybór. Nie dość, że trenują tu mocniej niż Warszawie, to 1,5h ćwiczeń przy ponad 40C odczuwalnej temperatury (z jakiegoś powodu ćwiczenia przy wiatrakach, bez wszechobecnej klimatyzacji) są mocno obciążające. W W-wie 1-2x w tygodniu zostaję na dwie sesje (w sumie 3h), tutaj mam dosyć po 1h. Na minus – grupowe mruczenie Om na początek i koniec zajęć, ale skłonny jestem wybaczyć ten drobny manieryzm.
