Dziś zostałem zapytany jak w temacie. W sumie to nie wiem. Trochę jednego i trochę drugiego, ale ostatecznie ani jedno ani drugie. Bardzo to zen, czyli wszystko na swoim miejscu.
Wyszło na to, że niecałe trzy tygodnie, które planowałem spędzić w BKK, rozwiną się w co najmniej dwa miesiące. Drugie podejście przeprowadzki do Szwajcarii nie wypaliło (strasznie jestem kapryśny, nawet w CH muszę mieć odpowiednie warunki pracy), więc zostałem tutaj.
Znalazłem urocze mieszkanie w Ekkamai, ciche, z widokiem na ogród (cudzy, co prawda) i praktycznie odcięte od hałasu wielkiego miasta. Ale wystarczy kilka minut na moto, żeby miasto z powrotem połknęło mnie jak wielki wąż, albo równie wielka ryba (po tajsku pla). Rzecz jasna teraz zaczynam już myśleć o tym, żeby przy kolejnym podejściu do życia w TH mieszkać w takim domu, jaki widzę z okien.
Jako że praktyki jogińskie wciągają mnie coraz bardziej, spędzam dziennie po kilka h w Yoga Elements. Potem muszę się zregenerować, ugotować coś, pojechać na bazar po pak i phonlamai, czasem wybrać się na medytację do Little Bangkok Sangha. I dzień zaczyna robić się za krótki na to wszystko, jeśli wziąć poprawkę na bardzo spokojne tempo życia.
Monsun szaleje. Wczoraj popołudniem i dzisiaj w nocy po kilka godzin deszczu – dzikiej monsunowej ulewy. Mniejsze uliczki w Ekkamai zamieniły się w strumienie, a właściwie w podłużne jeziora o głębokości 10-20 cm. Jazda takimi ulicami na bagażniku motocykla dostarcza wiele radości – lokalsi też wyglądają na szczęśliwych.
Kupiłem ryżowar w ramach house warming. Doprawdy, nie wyobrażam sobie już życia bez dedykowanego garnka do gotowania ryżu.
