I tak oto, trzeci rok z rzędu, późną wiosną zawitałem w Tajlandii. Tym razem nieco w innym charakterze, bo jako człowiek pracy. Mój aktualny projekt prowadzony jest przez osoby, które rozumieją możliwości, jakie daje dzisiejsza technologia, i które nie mają nic przeciwko mojemu nomadyzmowi. Chwała i masa dobrej karmy im za to!
Dzisiaj więc, gdy Europa jeszcze spała (o 0500 tam, a o 1000 tutaj), lekko trącony jetlagiem, usiadłem z laptopem na balkonie z widokiem na Bangkok (a widoki z 25 piętra są porywające, o ile lubi się wielkomiejskie krajobrazy) i wziąłem się do pracy. Pierwsze wrażenia są super – mogę działać tak, jak zawsze chciałem: podróżować, ale przy tym nie zostawać w tyle zawodowo, co daje masę satysfakcji. Za miesiąc będę w stanie nieco lepiej ocenić jak sprawdza się to w praktyce.
Biorąc jednak pod uwagę, że nie mam problemów ze zmobilizowaniem się do pracy poza biurem (de facto znacznie lepiej pracuję poza typowymi biurami – open space skutecznie zabija koncentrację, intelektualną kreatywność i wszystkie praktycznie cechy potrzebne do wydajnej pracy bardziej wymagającej niż obieranie ziemniaków), myślę, że będzie się to sprawdzać znakomicie. W ciągu ostatnich kilku miesięcy regularnie pracowałem znad Wisły, z rozmaitych parków, z kawiarni (rzecz jasna) i oczywiście z domu.
O pierwszych wrażeniach z Bangkoku już nawet nie będę pisać, bo nieco oswoiłem to miasto i teraz po prostu wracam do siebie ;-). Trafiłem jedynie na celnika formalistę, który przez dobre 15 minut męczył się z moim paszportem – zebrałem dosyć imponującą kolekcję pieczątek i tajskich wiz, co mu się chyba nie podobało. Nie miał jednak formalnej możliwości, żeby nie wpuścić mnie do kraju, więc wszystko skończyło się dobrze.
Pierwszą rzeczą, jaką zrobiłem po zalogowaniu się do apartamentów i wzięciu długiego prysznica, było wypożyczenie skutera. Taxi z Grab (taki lokalny Uber) i krótka podróż do Ekkamai, gdzie czekał na mnie już, uwaga, czerwono-biały skut (na Bangkok mam Yamahę Fino, na Khanom nieco większą sztukę – Hondę Forza 300) – brakuje mu tylko orła w koronie i powstańczej kotwicy. Potem szybkie zakupy w Big C, jako że nie miałem już siły na wizytę na bazarze Phra Khanong i mogłem zjeść swoją pierwszą własnoręcznie przygotowaną kolację w Indochinach w tym roku. Tajskie bakłażany i inne lokalne warzywa jak zwykle nie zawiodły.
Pogoda jest wyraźnie monsunowa, dusznawo, ciężkie chmury (które, nota bene, pięknie było widać z samolotu – gruba warstwa cumulusów, od czasu do czasu poprzetykana wielkimi, nieco onieśmielającymi, kolumnami cumulonimbusów), codziennie pada, w głowie daje się odczuć te pogodowe fronty. Na szczęście temperatura jest w miarę znośna – ponad 30C, ale bez dramatów.
Z zabawnych historii – taksówkarz, który wiózł mnie z lotniska w pewnej chwili wjechał w jakieś opłotki, zatrzymał samochód i onomatopeicznie wyjaśnił, że idzie sikać. Parę lat temu pewnie bym się wystraszył, że ma złe zamiary, ale po mocnym doświadczeniu, jakim była jazda autostopem z irańskimi tirowcami, mało co mnie dotyka w kwestiach transportowych. Cała ta operacja spowodowała, że w taksówce zresetował się licznik i bardzo niepocieszony kierowca musiał negocjować ze mną cenę, co w lokalnych taksówkach już się praktycznie nie zdarza (teraz wszystkie niemal taksówki w BKK mają uczciwe liczniki i są wyraźnie oznaczone jako taxi meter, co jeszcze kilka lat temu nie było takie oczywiste i zdarzała się wolna amerykanka, jak w Kathmandu na przykład). Zaproponowałem jednak cenę relatywnie uczciwą, choć nieco niższą od tego, co pokazałby licznik.
Zdecydowałem się też przyjąć lokalne imię/pseudonim. Lokalsi mają takie krótkie, zwykle jednowyrazowe, przezwiska, jakie nadają im rodzice obok regularnego imienia, które zwykle jest długie. Dziewczęta mogą się na przykład nazywać bplaa (ryba), meow (kot), czy nok (ptak). Znam w Khanom faceta, na którego mówią mee (niedźwiedź). Ja postanowiłem zostać jing johk (จิ้งจก), czyli gekonem. Tym mniejszym, gekonem domowym – więcej o gekonach pisałem w zeszłym roku. Stąd też nowy tytuł kategorii z wynurzeniami indochińskimi – okiem gekona. Co prawda nie przetestowałem jeszcze tego pomysłu na lokalsach – może się okazać, że gekon z rozmaitych powodów nie nadaje się na lokalną ksywkę. Wówczas zawsze pozostaje เสือ (seuua), czyli tygrys. ;-)
