Wyjazd do Wietnamu nieco mnie odciągnął od wioskowej egzystencji i przy okazji nieco też zmęczył – HCMC jest super, ale jak każde duże azjatyckie miasto, jest hałaśliwe, chaotyczne i nieco drenujące z energii. Czas więc, żebym nadrobił zaległości, jeśli chodzi o życie na prowincji.
⚘
⚘
Rozglądam się za domem, który mógłbym wynająć na dłużej (w sensie: lata) i za bezcen. Po ostatniej eskapadzie do Wietnamu nie mam już wątpliwości: tajski second home i baza do różnych wypadów po Azji ma masę sensu. Najlepiej na uboczu, gdzieś w środku starej plantacji drzew gumowych albo palm. Pewnie trochę bym się bał po nocach, ale z drugiej strony miałbym totalny spokój i ciszę. Niestety nie jest to łatwe – taki dom, jaki mnie interesuje, trzeba sobie zbudować (ale to dopiero za kilka lat, jeśli w ogóle). Do wyboru są jakieś koszmarne turystyczne bungalowy, townhouses w środku miasta, albo to co mam teraz – niby dom, całkiem fajny, ale taki wakacyjny, w rezerwacie dla farangów. Mieszkają tu także lokalsi, ale tacy aspirujący do światowości – ergo, rezerwat. Miro jak zwykle chce lepiej, więcej, taniej i inaczej – przede wszystkim inaczej.
⚘
Jakiś czas temu zaczepiła mnie para turystów pytając o dobry viewpoint w okolicy. Dżizas… Ja tu tylko mieszkam, powiedziałem, a nie odwiedzam atrakcje turystyczne. Ale coś mnie tknęło i zacząłem rozpytywać. Faktycznie, mamy viewpoint.
⚘
Zacząłem eksplorować efekt żyroskopowy podczas jazdy skutem. No tak, jednak jak się ma braki w technice, to jeździ się na pół gwizdka – albo robi sobie krzywdę. Natomiast że ja jestem z natury ostrożny, to z pokorą przyjmuję swoje ograniczenia. Ale, nieco researchu, kilka dni prób i zaczynam wreszcie skręcać jak człowiek. Skut pięknie kładzie się na zakrętach, łuki są ciasne, generalne czuć harmonię i zgranie człowieka z maszyną ;-). Do czasu aż nie odkryję kolejnego patentu.
⚘
Ostatnio znowu odwiedził mnie starszy brat – gekon tokaj:
Zabawił jedynie dwa dni, mimo że byłem dla niego bardzo miły (pomijając moczenie przysznicem, żeby sprawdzić jak długo wytrzyma przyklejony do ściany w ulewnym deszczu – jakieś 10 sekund).
⚘
Fakt, że kilka godzin w tygodniu uczę się tajskiego, oznacza, że poznaję kolejne aspekty tajskiej kultury i kuchni. I tak, dzisiaj dowiedziałem się o paście z fermentowanych rybek – กะปิ [gabpi]. De facto to กะปิมอญ [gabpi maawn], gdzie maawn oznacza naród Mon z południowej Birmy. Odwiedzałem ich nawet kilka lat temu. Na stronie thaifoodmaster.com można przeczytać nieco więcej.
Generalnie jedzie się na bazar, pyta o gabpi maawn i dostaje małą torebkę ciemnobrązowej pasty za 20 bahtów. Taką pastę ugniata się w moździerzu z róznymi warzywami, podgrzewa na oleju, a następnie wrzuca do niej, na przykład, krewetki. Albo tofu. Aby sprawie dodać kolorytu, do dania używa się także tzw. stink beans, สะตอ [satau], czyli śmierdzącej fasoli, po polsku zwanej parkią wspaniałą. Jest to absolutnie klasyczne tajskie danie.
Tutaj moja wersja:
Poniżej można obejrzeć proces przygotowania, w wykonaniu kogoś bardziej zaawansowanego kulinarnie ode mnie:
⚘
W ogóle bardzo polecam kanał YT ครัวบ้านหนู [Khruua Baan Nuu] (dosł. kuchnia w domu myszki – nuu, myszka, to popularny tajski pseudonim, zdrobnienie dla dzieci i młodych dziewcząt etc.) Masa ciekawych przepisów i dobrze nakręconych filmów.



