tajski, dalsze eksploracje kulinarne etc.

Wyjazd do Wietnamu nieco mnie odciągnął od wioskowej egzystencji i przy okazji nieco też zmęczył – HCMC jest super, ale jak każde duże azjatyckie miasto, jest hałaśliwe, chaotyczne i nieco drenujące z energii. Czas więc, żebym nadrobił zaległości, jeśli chodzi o życie na prowincji.



Moja nauczycielka Tajskiego – Kru Bonat.

Mam nową nauczycielkę tajskiego – Kru Bonat. 4 godziny w tygodniu (chyba, że akurat podróżuję), spędzam na pisaniu, czytaniu, konwersacjach (no, powiedzmy) i uczeniu się nowych słów i struktur. I z każdym tygodniem otwierają się przede mną nowe horyzonty i widzę jak bardzo uboga była moja komunikacja jeszcze kilka tygodni wcześniej. Nadal nic nie rozumiem z tego, co mówi do mnie większość Tajów. To jest jakiś koszmar. Ale jestem w stanie zrozumiale przekazywać coraz bardziej złożone kwestie. Plus, to co mówię, zaczyna być poprawne gramatycznie, choć niekoniecznie semantycznie (bo tonalność jeszcze leży). Jestem w stanie zapisywać ze słuchu krótkie słowa i proste zwroty. Czytam – co prawda jak pięcolatek po lobotomii. Fakt, że nie stosuje się tutaj odstępów między wyrazami i że pojedyncza samogłoska może składać z kilku znaków, które mogą znaleźć się przed, nad i za spółgłoską, zupełnie nie ułatwia sprawy. Plusem jest to, że z roku na rok alfabet jest upraszczany i pewne litery są usuwane.


Rozglądam się za domem, który mógłbym wynająć na dłużej (w sensie: lata) i za bezcen. Po ostatniej eskapadzie do Wietnamu nie mam już wątpliwości: tajski second home i baza do różnych wypadów po Azji ma masę sensu. Najlepiej na uboczu, gdzieś w środku starej plantacji drzew gumowych albo palm. Pewnie trochę bym się bał po nocach, ale z drugiej strony miałbym totalny spokój i ciszę. Niestety nie jest to łatwe – taki dom, jaki mnie interesuje, trzeba sobie zbudować (ale to dopiero za kilka lat, jeśli w ogóle). Do wyboru są jakieś koszmarne turystyczne bungalowy, townhouses w środku miasta, albo to co mam teraz – niby dom, całkiem fajny, ale taki wakacyjny, w rezerwacie dla farangów. Mieszkają tu także lokalsi, ale tacy aspirujący do światowości – ergo, rezerwat. Miro jak zwykle chce lepiej, więcej, taniej i inaczej – przede wszystkim inaczej.


Jakiś czas temu zaczepiła mnie para turystów pytając o dobry viewpoint w okolicy. Dżizas… Ja tu tylko mieszkam, powiedziałem, a nie odwiedzam atrakcje turystyczne. Ale coś mnie tknęło i zacząłem rozpytywać. Faktycznie, mamy viewpoint.

Wieczorna panorama.

Obrazek w pełnym rozmiarze (uwaga: duży plik) można obejrzeć tutaj.


Zacząłem eksplorować efekt żyroskopowy podczas jazdy skutem. No tak, jednak jak się ma braki w technice, to jeździ się na pół gwizdka – albo robi sobie krzywdę. Natomiast że ja jestem z natury ostrożny, to z pokorą przyjmuję swoje ograniczenia. Ale, nieco researchu, kilka dni prób i zaczynam wreszcie skręcać jak człowiek. Skut pięknie kładzie się na zakrętach, łuki są ciasne, generalne czuć harmonię i zgranie człowieka z maszyną ;-). Do czasu aż nie odkryję kolejnego patentu.


Ostatnio znowu odwiedził mnie starszy brat – gekon tokaj:

Zabawił jedynie dwa dni, mimo że byłem dla niego bardzo miły (pomijając moczenie przysznicem, żeby sprawdzić jak długo wytrzyma przyklejony do ściany w ulewnym deszczu – jakieś 10 sekund).


Fakt, że kilka godzin w tygodniu uczę się tajskiego, oznacza, że poznaję kolejne aspekty tajskiej kultury i kuchni. I tak, dzisiaj dowiedziałem się o paście z fermentowanych rybek – กะปิ [gabpi]. De facto to กะปิมอญ [gabpi maawn], gdzie maawn oznacza naród Mon z południowej Birmy. Odwiedzałem ich nawet kilka lat temu. Na stronie thaifoodmaster.com można przeczytać nieco więcej.

Generalnie jedzie się na bazar, pyta o gabpi maawn i dostaje małą torebkę ciemnobrązowej pasty za 20 bahtów. Taką pastę ugniata się w moździerzu z róznymi warzywami, podgrzewa na oleju, a następnie wrzuca do niej, na przykład, krewetki. Albo tofu. Aby sprawie dodać kolorytu, do dania używa się także tzw. stink beans, สะตอ [satau], czyli śmierdzącej fasoli, po polsku zwanej parkią wspaniałą. Jest to absolutnie klasyczne tajskie danie.

Tutaj moja wersja:

Gabpi + krewetki + satao (parkia wspaniała).

Poniżej można obejrzeć proces przygotowania, w wykonaniu kogoś bardziej zaawansowanego kulinarnie ode mnie:


W ogóle bardzo polecam kanał YT ครัวบ้านหนู [Khruua Baan Nuu] (dosł. kuchnia w domu myszki – nuu, myszka, to popularny tajski pseudonim, zdrobnienie dla dzieci i młodych dziewcząt etc.) Masa ciekawych przepisów i dobrze nakręconych filmów.

ครัวบ้านหนู

Leave a Reply