2020-03-01.

Kilka dni przerwy, bo bolał mnie nadwrażliwy ząb i chodziłem wściekły, rozmyślając kogo by tu w pierwszej kolejności udusić. Ale o tym za chwilę, bo nawet ból zęba może być przyczynkiem do nowych, niezwykle interesujących, trzecioświatowych doświadczeń!

Ostatni weekend nieco szalony, bo gdy wróciłem z Nong Khai, z nową wizą w paszporcie, miasto weszło w fazę karnawałową. Zasadniczo jest tutaj spokojnie, ale są okresy (na przykład nów albo pełnia), gdy święta buddyjskie mieszają się obchodami animistycznymi i lokalnymi festiwalami. Tak właśnie było tydzień temu – w sobotę wielki festiwal wokół “jeziora” That Luang, który skończył się o trzeciej nad ranem, a potem szalona niedziela, gdzie w każdym niemal domu odbywało się koszmarne karaoke i pijaństwo do późnego wieczora. Laotańczycy zasadniczo lubią świętować, ale w ostatnich latach, szczególnie w stolicy, zaczęła się moda na wielkie soundsystemy (a, rzecz jasna, skoro sąsiad ma, to ja też muszę, ale większy – ludzie to jednak uniwersalnie głupi gatunek… przydałby się wirus, który wybije idiotów: planeta co prawda zrobi się cokolwiek pusta, ale to wszystkim wyjdzie na dobre), przez co społeczeństwo stopniowo głuchnie, a wszyscy wokół cierpią.

W poniedziałek oddałem paszport agentowi i teraz czekam na dokumenty. Chciałbym już otworzyć rachunki w lokalnym banku, wykupić własny P.O. Box (coś, co pamiętam jeszcze z Nigerii, a co w Europie jest mało rozpowszechnione), kupić pierwszy motor na miasto (elektryczny – mają tu bardzo fajne elektryczne motocykle z Chin za bardzo, ale to bardzo rozsądne pieniądze, ale o nich napiszę innym razem) i zacząć się trochę ruszać poza VTE.

W środę spotkanie z potencjalną nauczycielką laotańskiego. Chyba jest OK. Dostałem książkę, jutro pierwsza lekcja. Dzisiaj z kolei kupiłem z drugiej ręki słownik la-en/en-la, więc mam wszystkie potrzebne materiały. Teraz pozostaje znaleźć motywację do działania. Będzie dużo łatwiej niż z tajskim, bo alfabet jest bardzo podobny, wiele słów brzmi tak samo, albo bardzo podobnie, plus laotański wydaje się nieco łatwiejszy – albo to ludzie są bardziej otwarci i nie udają, że nie rozumieją ani słowa rozmawiając z farangiem, jak to często ma miejsce w Tajlandii.

Jakoś tak właśnie koło środy zaczął się odzywać ząb. Od dawna jest nadwrażliwy, ale ostatnie tygodnie to była totalna eskalacja, aż w końcu zaczął po prostu boleć. Po krótkim researchu dostępnych opcji stomatologicznych (masa super drogich miejsc ewidentnie nastawionych na NGOsy, ambasady etc.) pogadałem z landlordem i dostałem namiar na zaufanego lekarza z Jordanii. Landlord ostrzegł mnie co prawda, żebym zachował zdrowy dystans i nie przejmował się charakterem gabinetu. Faktycznie, jeśli jesteśmy oswojeni z totalną sterylnością, bielą, chromem i atmosferą jak z reklamy pasty do zębów, to taki gabinet może być lekkim szokiem. Wszystko nieco obdrapane, sprzęt z drugiej albo i trzeciej ręki, lekki półmrok. Ale profesjonalnie i konkretnie. Zrobiłem rtg uzębienia, po czym mój ząb został nieco spiłowany i polakierowany grubą warstwą sztucznego szkliwa. Wszystko za niecałe 6 USD, czyli nieco ponad 20 zł. I chyba zadziało, z dnia na dzień boli coraz mniej, przestał też reagować bólem na zimno i ciepło. Jeśli trend się utrzyma, to jutro powinno być OK.

Poza tym w najbliższym czasie czeka mnie mała zmiana pracowa – planuję zostać w tej samej korporacji, ale zmienić projekt. Ostatnie miesiące to była droga przez mękę… Wiem, że mam fajne CV, ale dlaczego ono tak często przyciąga niekompetentnych pseudomenedżerów z łapanki? Może to polska specyfika… Wiadomo wszak, że u nas dochrapanie się do stanowiska kierowniczego to cel życia rozmaitych ćwierćinteligentnych nuworyszy w pierwszym pokoleniu oderwanych od pługa. Efektów tego parcia na stanowiska nie trzeba długo szukać… Kompetencje menedżerskie w kraju nad Wisłą to już nawet nie tyle dno, co totalnie żenująca farsa.

Czy coś jeszcze? Chyba nie. Kronikarski obowiązek można uznać za spełniony for now.

Leave a Reply