Otóż tak, mamy w Laosie kryzys! Co prawda kryzys mamy praktycznie na całym świecie, ale skupię się tutaj na jego lokalnej, swojskiej wersji.
Gdzieś w maju okazało się, że w budżecie nie ma wystarczająco dużo waluty (głównie USD), żeby kupić wystarczające ilości benzyny. Jeśli dobrze pamiętam, to wystarczyło na 40% zapotrzebowania. Zaczęły się rzecz jasna kolejki na stacjach, zamykanie stacji, racjonowanie benzyny etc. Do tego oczywiście benzyna ostatnimi czasu drożeje, więc nie dość, że jest jej mało, to jeszcze z tygodnia na tydzień kosztuje coraz więcej. Laos ma małe możliwości rafinowania i składowania paliwa i nie jest w stanie tych wahań cen nieco wygładzać.
Dla mnie to, rzecz jasna, problem mały, bo jeżdżę tylko motorami, a na co dzień wręcz skuterem, więc kilkanaście litrów paliwa starcza mi gdzieś na 1000 km jazdy. Z zupełnie z innych powodów (żeby mieć zapas paliwa podczas eskapad łodzią) kila miesięcy temu zaopatrzyłem się w 10l kanister na benzynę, który na samym początku kryzysu napełniłem, i który starcza mi do dzisiaj.
Ale tak, jak zawsze uważałem ludzi kupujących SUVy, udawane pick-upy i inne odrażająco przerośnięte produkty chorej mentalności konsumpcjonistycznej, za kompletnych idiotów, to teraz mam kolejny argument na uzasadnienie tej tezy. :-)
No, ale problemy z benzyną to jedno, do tego dochodzi totalne osłabienie waluty. Primo dlatego, że lokalny bank centralny nie ma czym jej bronić (interwencyjnie skupując LAK), secundo pewnie dlatego, że rząd sprzedaje kipy, żeby mieć na benzynę, tertio dlatego, że na forexie większość siedzi na LAKu na krótko, spodziewając się dalszych osłabień, a może nawet niewypłacalności kraju. Bo do tego dochodzi potencjalny kryzys zadłużenia – Laos maw tym roku do spłacenia całkiem spory dług zagraniczny, oczywiście w USD.
Rzecz jasna inflacja nieco ponad 10%, ale to akurat dzisiejszy standard światowy, więc nie ma dramatu.
Wszystko to powoduje, że ceny zmieniają się z dnia na dzień, niektóre sklepy zaczynają podawać ceny w THB i na bieżąco przeliczać na LAK, nie wiadomo już, co jest ceną na dzisiaj normalną, a co spekulacją. Co prawda, to co mnie interesuje – czyli ryż, warzywa, owoce, tofu i okazjonalna rybka – kosztuje wciąż tyle samo, albo drożeje bardzo powoli, bo wytwarzane jest lokalnie i mało co na nie wpływa, poza cenami paliw. Do tego zarabiam w EUR, więc w ogóle jestem nieco na uboczu tego szaleństwa. Ale ceny importowanych produktów oszalały i dla osób, które nie przestawiły się lokalną kuchnię może to być problem.
Również dla wielu Laotańczyków życie staje się coraz trudniejsze. Na szczęście zaczynają się pojawiać turyści, a z nimi świeży strumień USD. Do tego tysiące ludzi wyjeżdżają do pracy w Tajlandii i dalej. Czy to uratuje kraj przed totalną zapaścią? Podejrzewam, że tak – że na scenariusz lankański mamy jakieś 20-30%… Ale najbliższe miesiące będą ciekawe.
Minusem napływu turystów jest fakt, że moja cicha i wymarła mieścina cokolwiek się ożywia, co wcale mi się nie podoba. Kto wie więc, może to czas, żeby powoli zacząć rozglądać się za nowym domem w SE Azji? Mam na oku kilka bardzo ciekawych miejsc, zobaczymy jak rozwinie się najbliższy rok.
Na razie jest ciekawie i nawet mnie to na swój sposób ekscytuje.


