Kwiecień to w Południowo-Wschodniej Azji sezon na mango. Zwykle właśnie w marcu i kwietniu pojawiają się pierwsze od kilku miesięcy poważniejsze deszcze, tzw. mango rains. Niestety, marzec i kwiecień to też okres masowego wypalania pól, żeby przygotować je na kolejne zasiewy.
W tym roku sytuacja zrobiła się dramatyczna – susza spowodowała, że deszcze pojawiły się dopiero w maju (tak, piszę ten post z przyszłości, relaksując się na tylnym siedzeniu DeLoreana) a nowy cash crop, maniok (cassava) z kolei zwiększył zapotrzebowanie na nowe pola uprawne. Efekt – prawie dwa miesiące pożarów, AQI w Luang Prabang regularnie ponad 500-600, tysiące hektarów utraconej dżungli, w tym w parkach narodowych.
Tak wyglądało powietrze w posiadłości A. – Seensouk – jakieś 40 km od Luang Prabang w kwietniu:
Tu kilka tygodni wcześniej, podczas tranzytu między LPQ a Seensouk:
Straty dla przyrody – gigantyczne. Przy okazji cierpi też lokalny przemysł turystyczny, jeden z filarów lokalnej gospodarki. Oczywiście problem dotyka nie tylko Laosu, to cała SE Azja, cześć Chin, subkontynent indyjski… I nie ma cienia szansy na rozwiązanie tego problemu w najbliższym czasie – ze względu na braki w edukacji, brak środków na maszyny, czy po prostu brak woli politycznej.
Natomiast mango chyba obrodzi – tu kilka pierwszych owoców, plus nieco batatów na górze:
W Seensouk mamy chyba z 10 mangowców, w sumie ze 4-5 odmian. A. dzielnie robi z tego bardzo smakowite dżemy plus oddajemy sporo owoców zaprzyjaźnionym mnichom z Wat Aphai i Wat Aham. Dobra karma procentuje.
