Maj i Listopad to najwilgotniejsze miesiące w Khanom, więc należało się spodziewać odrobiny deszczu. I tak jak pierwsza połowa wyjazdu była urocza, tak druga była równie urocza, ale w inny sposób.
Jesienny monsun rozszalał się na dobre w okolicach 11 listopada (ani chybi żeby w ten sposób podkreślić wagę naszego dnia niepodległości) i tak jak niektóre dni były deszczowe od rana do wieczora, inne były bezdeszczowe, ale sztormowe, a jeszcze inne – moje ulubione – kończyły się dziką burzą i ulewą późnym popołudniem. Burze nad nadbrzeżnymi wzgórzami to naprawdę niesamowity widok. Morze przez większość czasu mocno rozfalowane, w szczycie przypływu rozbijało się o seawall mojego condo.
Powrót zaplanowałem pociągiem, natomiast nie wziąłem pod uwagę, że zaczyna się high season i najazd turystycznej stonki. Ergo na bilet się nie załapałem i wracałem samolotem. W NST niespodzianka – otworzył się nowy terminal. Bardzo nowoczesny, ale mam tyle pozytywnych wspomnień ze starego, że trochę czasu zajmie mi oswojenie się z tą zmianą.
Po przylocie na DMK pandemonium. Miliardy ludzi, większość wściekła – jednak turystyka to sama przyjemność. Mam wrażenie, że tego dnia było jakieś zamieszanie z lotami, bo mój został przesunięty o kilka h do przodu (na szczęście dowiedziałem się z wyprzedzeniem), inny odwołany. Co nie zmienia faktu, że przygotowałem się na traumatyczne przejścia następnego dnia, przed lotem do LPQ.
W Bangkoku jedna noc w moim ulubionym hotelu – Column. Hotel ma tyleż wad, co zalet, natomiast widoki, szczególnie z corner suites, są jedyne w swoim rodzaju. We wrześniu zeszłego roku przekoczowałem tam ze dwa tygodnie, udając, że pracuję, ale głównie słuchając muzyki i patrząc przez okno. ;-)
Mimo oczekiwanego lotniskowego piekła, wszystko przebiegło super sprawnie. Kilka w lounge, potem bezproblemowy przelot. Na lotnisku czekała S., pięknie ubrana w czerwoną sukienkę z różami. Dom w jednym kawałku, choć nieco zakurzony.
All-in-all bardzo udany wyjazd (i powrót). Co nie zmienia faktu, że następnym razem poszukam sobie innego miejsca na tajski chill. Mam na oku kilka totalnie zapyziałych wysepek na Andamanach.
