2023-12-10.

Długo nie pisałem nic o LPB, jako że praktycznie cały listopad spędziłem w Khanom, a potem wciągnęły mnie rozmaite lokalne aktywności. Bedzie więc wyjątkowo długi i bogaty w treści post.

Laotańska jesień przechodzi powoli w zimę – na razie bardzo łagodną. Pod koniec listopada mieliśmy kilka zimnych nocy, zamówiłem nawet z TH miękką, ciepłą kołdrę, ale użyłem jej może dwa razy. Poza tym jest pocztówkowo:

Na razie też nie ma dzikiego najazdu turystów, pewnie zacznie się w okolicach świąt. Poniżej kilka jesiennych obrazków z popołudniowego spaceru.

Łódź

Łódź przechodzi różne metamorfozy, między innymi zmianę koloru i wymianę instalacji wodnej. Zaczyna też wozić turystów na krótkie na razie eskapady.

Czasami też służy jako pływający klasztor (zdjęcia nie moje):

W połowie listopada odbyła się też na łodzi piękna ceremonia, coś w stylu tej, którą zrobiliśmy w połowie zeszłego roku. Poniżej zdjęcia zrobione przez lokalnego fotografa. ;-)

Farma

S. w strumieniu; AD 2021.

Poza tym duża i niezwykle ekscytująca zmiana – wracamy na farmę, na której spędzaliśmy z S. (wówczas jeszcze A.) pierwsze tygodnie i miesiące naszej znajmości w 2020-2021.

Mówiąc szczerze, cieszy mnie ta zmiana, bo w Sansouk (SS), naszej dotychczasowej działce, poza rzeką i widokami na wzgórza o zachodzie słońca, niewiele jest atrakcji. Dojazd jest upierdliwy, na działce obok jest szkoła, więc jest koszmarnie głośno, miejsca mało, bo ledwie hektar i trochę nie ma się gdzie schować. Turystycznie, ze względu na odległość od LPB też raczej nie ma szansy tego zagospodarować. Więc jako folly może i ma rację bytu, ale i to jest racja mocno naciągana.

Tutaj mamy piękny kawałek ziemi zagubiony wśród wzgórz, powierzchni z 10x tyle, co w SS, staw z kanałem, własne wzgórze z relatywnie nienaruszonym lasem oraz piękny, obramowany bambusami strumień. Od promu w Chomphet może 10m spokojnej jazdy motongiem. Do tego uroczy bungalow, który wkrótce będzie miał towarzystwo, bo planujemy kolejny, znacznie większy. Ten mniejszy pewnie wynajmę od S. na kilka lat i będzie to mój country house na przedłużone weekendy i ucieczki z miasta. Muszę mu tylko znaleźć dobre imię. Czytam właśnie o życiu Iana Fleminga na Jamajce w latach 40-tych i 50-tych – zarówno on, jak i jego przyjaciele budują tam mniejsze lub większe domy i nadają im piękne imiona – bardzo to inspirujące. Mam już kandydata – Decoy, w sensie wabik, przynęta, która będzie mnie wywabiać z miasta na wioskę. ;-)

Mamy też w planach drugi, większy staw dla ryb, sadzenie złotych bambusów, zarybianie i plantacje owoców. Rodzina S. wkrótce przeniesie się z SS i zamieszka w pobliżu wjazdu na farmę. Pozostają pieskacze – jeden, Thongkhao, już dzieli czas pomiędzy mój uroczy dom w Phone Pheeng i farmę. Nammok i Damdee czekają na swoją kolej.

Zasadniczo, jako że lubię zmiany, jest to super okres, bo planujemy coś zupełnie świeżego, ekscytującego i na zupełnie inną skalę niż do tej pory. Na razie wycinamy niepotrzebne tekowce i rozmaite krzaki, które rozrosły się przez dwa lata. Wczoraj nawet szalałem nieco z ponad metrową piłą łańcuchową, wycinając gałęzie i tnąc główny pień na mniejsze kawałki. Gdy już doszedłem do wniosku, że praca z taką piłą jest prosta, Joi, brat S., pociął kawałek pniaka na równiutkie deski, z których powstanie stół i ławy, wprawiając mnie tym w radykalne zdumienie.

Farma – widok na staw, chatę na stawem i wzgórza.

Wycinanie tekowców.

Dom

Dom już mocno oswojony, co nie zmienia faktu, że co i raz odkrywam coś nowego. Kilka dni temu, rozglądając się po ogrodzie, trafiłem na dwa drzewa jackfruitrowe schowane gdzieś w rogu. Co więcej, drzewa w pełni funkcjonalne, mają już pierwsze owoce, które powinny dojrzeć za jakieś 4-6 tygodni. S. planuje już konfiturę jackfruitową.

Poza tym kilka dni w tygodniu pomieszkuje ze mną Thongkhao. Jednak pies w domu to wspaniała sprawa. :-)

Jackfruity.

Pies w dom…