2024-01-16.

No dobrze, to świąteczne koszmary mamy za sobą. Nigdy nie lubiłem tej części roku, jako że pasjami nie cierpię katolstwa, świątecznej sztuczności i nadęcia oraz powiązanego rozpasanego konsumpcjonizmu. Na całe szczęście w buddyjskim kraju jest to znacznie mniejszy problem, szczególnie jeśli nie spędza się czasu między expatami – którzy w przeważającej większości są mocno ograniczonymi półgłówkami – tylko lokalsami.

Seangsouly i Thongkhao.

No, ale poza tym same dobre wiadomości: co (przedłużony) weekend jestem na farmie, gdzie wre praca nad dwoma nowymi domami. S. w ferworze organizacji, wszystko nieco w stanie przejściowym, ale to jest bardzo fajny stan. Rodzina S. i wszystkie trzy psy są już na miejscu, coraz więcej roślin, kury w trzech odmianach i generalnie wieś jak malowanie. ;-) I tak jak Thongkhao (największy pies i jedyny chłopak w grupie) był nieco nieśmiały na początku, to gdy dołączyły dziewczęta – Nammok i Damdee – przejął incjatywę i zdecydowanie nabrał pewności siebie. Psy stadnie przeganiają najazdy kóz z sąsiedztwa, eksplorują włościa i najwyraźniej mają masę frajdy na nowym terenie. Very much bright-eyed and bushy-tailed. Zrobię im nieco zdjęć gdy je wreszcie wykąpiemy.

Poza tym robię zdjęcia macro rozmaitym owadom, co potrafi być sporym wyzwaniem i ze względów technicznych, jak i czysto praktycznych – o tej porze roku nie jest ich jeszcze za wiele.

Poza tym nic godnego wzmianki, laotański chill all over. W lutym planujemy małą eskpadę w dół rzeki zieloną łodzią, może też wyskoczę do Bangkoku na zakupy po chińskim nowym roku. Na Indie w marcu na razie nie mam ochoty, za dobrze mi tutaj – ani chybi się starzeję. Ale kto wie? Może się zmobilizuję w ostatniej chwili, jak to mam z zwyczaju.

A na koniec moja droga S. w dominującej pozie na naszych włościach.

Seangsouly.