28.IX.2010 – Chalise-Tumlingtar.

Noclegi u nepalskich rodzin mają to do siebie, że chodzi się spać o zmroku, a wstaje o świcie. W tym przypadku były to, odpowiednio, 1900 z kawałkiem i 0525. Dostaję poranną herbatę z mlekiem i bez specjalnego ociągania się ruszam w drogę. Pierwsze 3 godziny są nawet przyjemne, jest gorąco, ale nie piekielnie gorąco. Co 40 minut robię przystanek na wodę i suszone owoce – jestem wszak bez śniadania.

Docieram do Kartike Pul i przechodzę na drugą stronę Arunu. Upał znowu staje się nie do zniesienia. W Chwayabesi robię przystanek w przydrożnym bhatti. Siedzi tam dwóch Gurungów – jak się później okaże, właściciel przybytku i jego syn. Dumne, ciemnobrązowe chłopaki o niefrasobliwym nastawieniu do życia – godzina 1000, na zewnątrz słońce topi ołów, a oni walą mocną rakshi. Kupuję lokalną colę, bo nie ma zimnej wody i siadam z nimi. Typowe pogaduszki z wędrowcem się zaczynają – skąd, dokąd, jak długo, dlaczego samemu. Po chwili uznają chyba, że jestem swój, bo częstują mnie rakshi – wiem, że to kiepski pomysł, ale w ramach walki z upałem jestem gotów zrobić wszystko. Wlewają alkohol do mojej coli – sączę ją spokojnie do końca, po chwili upał przestaje się tak bardzo dawać we znaki, a moje nastawienie do życia zmienia się na zdecydowanie lepsze.

Koledzy Gurungowie traktują to jako wstęp do regularnej imprezy i przynoszą więcej rakshi. Tym razem zdecydowanie odmawiam – do Tumlingtaru muszę dojść, nie doczołgać się. Chłopaki nie ustępują – pokazują na wiatrak, który chłodzi delikatną bryzą, na lodówkę, w której czekają litry zimnej coli i soku z mango, na rzekę, do której można wejśc i radykalnie obniżyć temperaturę ciała… Powinni pracować w marketingu, prawie daję się namówić. Zdecydowanie jednak odrzucam wizję dnia spędzonego w oparach rakshi, żegnam się z Gurungami – ściskamy sobie dłonie po europejsku, zakładam plecak i wychodzę w żar.

Przez kolejne trzy kwadranse idzie mi się nad wyraz dobrze, właściwie to nawet lubię trekking w upale. Już chyba wiem jak porterzy potrafią to wytrzymywać całe dnie, niosąc na plecach dwukrotnie większy ciężar niż ja.

Na godzinę przed Tumlingtarem staję w kolejnym bhatti. Pije pepsi, tym razem autentyczną i wmuszam w siebie dwie samosy. Jedzenie przy tym wysiłku i temperaturze przychodzi wyjątkowo ciężko, na samą myśl o przełknięciu czegokolwiek robi mi się niedobrze. Gazowane napoje co prawda nie należą do najzdrowszych, ale mają masę cukru, który szybko trafia do krwioobiegu i łatwo się przyswaja.

Żuje samosy, a wokól mnie zbiera się tłum porterów – oglądają mapę, którą przeglądałem przed jedzeniem, pokazują sobie nawzajem swoje miejscowości, pytają skąd, dokąd i jak długo. Dobrze nam się rozmawia, mimo że siedzimy w sercu martenowskiego pieca – jest 1300 i słońce na dobre się rozkręciło. Przymierzam się do ładunku jednego z porterów: z dużą dozą ostrożności podaje mi wór, wyposażony w specjalną taśmę, za pomocą której zawiesza sobie ładunek na czole. Wyraźnie boi się, ze upuszczę. Przygotowuje się na jakies 50 kg – potrzymam chwilę i odstawię na ławę.. Ładunek okazuje się mieć jakieś 15 kg, podnoszę go lekko, odstawiam i pokazuje na swój plecak – “mine is heavier”, mówię zadowolony. Przymierzają się, ale nie są pod wielkim wrażeniem, kwitują sprawę skinieniami głów.

Dzięki zabawom z ładunkami zyskuje towarzysza podróży na ostatnią godzinę. Porter od lekkiego worka również idzie do Tumlingtaru, więc siłą rzeczy ruszamy razem. Po drodze trochę rozmawiamy, ciężko to idzie, to on ledwie mówi po angielsku, a już mocno jestem zamroczony upałem. Na jednym z przystanków (porterzy zatrzymują sie co 10-15 minut na krótki odpoczynek; czasem nawet częściej, jeśli niosą ciężki ładunek, a teren jest trudny) częstuję go wodą. Zgodnie z tutejszym zwyczajem wlewa ją sobie do gardła nie dotykając ustami butelki. Bardzo to higieniczne.

Po godzinie jesteśmy pod moim hotelem. Jestem mokry, czerwony, mam zatkane uszy i generalnie dosyć słońca, nizin i tropików. Na boga, przecież przyjechałem tu w góry!

Doprowadzam się do stanu używalności i idę obejrzeć lotnisko, na razie zamknięte z powodu deszczów. Zgodnie z tym, co mówią lokalsi, zamknięte jeszcze tylko przez kilka dni… Kiedy prawie 20 dni później będę wracał z Makalu BC, lotnisko nadal będzie zamknięte. Robię kilka zdjęć na wieczną pamiątkę i wracam do hotelu odespać walkę ze słońcem.