Lo and behold! Świat wraca do ekwilibrium. Po ponad dwóch tygodniach od urwania haka od tylnej przerzutki Fudżik wraca na tajskie szosy. W ramach przeciwwagi Wielka Brytania opuszcza UE.
A było tak: dzień, czy dwa, po crashu zawiozłem rower do lokalnego mechanika, który stwierdził, że w ogóle nie ma problemu, raz dwa sprowadzi hak i najdalej za tydzień będę miał sprawny rower. Nie do końca ufny w te zapewnienia skupiłem się na szukaniu domu, a potem szukaniu sobie innych zajęć fizycznych (typu bieganie i pływanie).
Minął tydzień. Mechanik zadzwonił z informacją, że haka nie ma w całej Tajlandii. Lekko załamany rozważałem różne scenariusze typu sprowadzenie haka z Polski. Porozmawiałem raz jeszcze z mechanikiem, który zaproponował rozwiązanie stare i sprawdzone – spawanie haka. Zgodziłem się.
Równolegle napisałem do HQ Fuji w USA, jako że na stronie www nie mogłem znaleźć namiarów na dystrybutora w Tajlandii. Dostałem namiary na firmę w Bangkoku, która sprzedaje tu rowery Fuji. Ale mail odbijał, telefonu nikt nie odbierał i wszystko wskazywało na to, że przedstawicielstwo wyzionęło ducha. Napisałem do USA raz jeszcze i tym razem się udało – odpisał miły Taj, podał numery kont, kazał przelać 400 bahtów (jakieś 45 zł), podać adres i czekać na hak. Tak też zrobiłem.
Minęły dwa dni i landlord przyniosł mi szarą kopertę z hakiem. Cały szczęśliwy zawiozłem ją do warsztatu, który obiecał zrobić rower na dzisiaj. Zrobił. Dzisiaj przyszedł też zespawany hak. Tym samym mam jeden na zapas. Mam też nowe owijki. Stare były milsze w dotyku, bo z gąbki – nowe są z lateksu. Za to wyglądają bardziej oldskulowo.
Cała sprawa ma też wymiar głębszy. W sumie dobrze mi zrobiły te dwa tygodnie przerwy, bo przyjechałem tu pełen dzikiej energii i ochoty do działania, która za nic nie pasuje do indochińskiej prowincji. A tak, miałem okazję się wyciszyć i nieco dopasować tempo życia do tutejszych standardów.
Muszę też wziąć poprawkę na klimat – takiego lata, jak w tym roku, dawno tu nie widziano. Deszcze nieregularne, sucho i dramatycznie gorąco. Jeździć da się albo wcześnie rano (a ja raczej nie wychodzę tu z łóżka przed 1000), albo po 1700. W ciągu dnia jest za gorąco.

