W tym roku poleciałem do BKK przez Dohę, Quatarem. Najszybszy lot chyba do tej pory – nieco ponad 12h, nie uwzględniając różnicy czasu. Wyleciałem z Warszawy pod wieczór, a na miejscu byłem nieco po 1200 lokalnego czasu. Spodziewałem się, że krótszy czas lotu i fakt, że leciałem w nocy zminimalizuje jetlag. Nie wyszło – mimo tego, że starałem się spać, zdrowo jeść (przemyciłem na pokład torbę suszonych orzechów i owoców), pić wyłącznie wodę (zrezygnowałem nawet z herbaty). Gdy opadła podróżna eksyctacja wpadłem w nastroje skrajnie negatywne, a potem spałem kilkanaście godzin.
Doha powoli zamienia się w coś, co przypomina pustynną stację poganiaczy wielbłądów. Tyle że zamiast czworonogów mamy stada dwunogów, a zamiast namiotów klimatyzowane terminale. Fakt, wszystko odbywa się super sprawnie, ale można poczuć się nieco jak w obozie pracy. Podróże samolotem są w dzisiejszych czasach wybitnie mało romantyczne.
Poza tym zdecydowanie wolę docierać na miejsce po zmroku. Jednak lądowanie w nocnym, rozświetlonym mieście ma o wiele większy urok niż lądowanie w środku dnia. No i taxi szybciej dociera do domu.
