Już tyle razy latałem w różne rejony Azji, że sam fakt przemieszczania się z miejsca na miejsce cokolwiek stracił dla mnie swój urok… Do tego dochodzi postępujące umasowienie podróży samolotami, co dodatkowo pogarsza sprawę. Jasne, wciąż jeszcze jest w tym nieco podróżnej ekscytacji, ale kiedy myślę o tych wszystkich lotniskach, przesiadkach, kontrolach bezpieczeństwa, nędznym jedzeniu (i jeszcze nędzniejszych współpasażerach), czy wreszcie jetlagu, to w sumie mógłbym ten etap pominąć i od razu znaleźć się na miejscu.
Ale nie ma tak dobrze, per aspera ad astra, trzeba swoje wycierpieć. Albo zacząć latać biznesem, ale to nie pasuje ani do moich antymaterialistycznych poglądów, ani do wrodzonej skłonności do racjonalizacji wydatków.
Tym razem leciałem przez Rzym i Abu Dhabi (WAW-FCO-AUH). Zastanawiałem się potem, co wolę – loty z dwiema przesiadkami (i.e. trzy krótsze loty), czy jeden lot zdecydowanie dłuższy i jedna albo zero przesiadek. I nie doszedłem do jakichkolwiek konkluzywnych wniosków. Długi, kilkunastogodzinny, lot potrafi zniszczyć człowieka psychicznie i fizycznie, natomiast mniej jest czekania na lotniskach (zazwyczaj), mniej zabaw z kontrolami etc. Krótsze, kilkugodzinne loty są mniej wyczerpujące, za to cała lotniskowa logistyka jest bardziej uciążliwa.
W samolocie do Rzymu rozwrzeszczane, pijane polactwo – dramatycznie konstrastujące z kulturalnymi i eleganckimi Włochami, którzy ilościowo dominowali na pokładzie. Mam rosnącą awersję do PL… Nawet przestałem przyznawać się za granicą, że jestem z Polski, a jeśli ktoś naciska, mówię, że mam polski paszport, ale widzę się expatą (expatem?).
Samo FCO całkiem przyjazne. Wygodne fotele do leżenia w różnych miejscach, gdzie można relatywnie bezstresowo przeczekać kilka h. Do tego szybkie wifi za darmo.
W AUH szczęśliwie nie mam za dużo czasu, więc po szybkiej kawie ładuję się do kolejnego aeroplanu. Obok mnie Nepalczyk, niechybnie wracający z saksów w Emiratach, który od rana (startujemy ok. 0800) systematycznie wali whisky. Bohu spasit, w odróżnieniu od rodaków-nierodaków, nie awanturuje się zupełnie.
Lądujemy w KTM przed czasem i w momencie, gdy moja cierpliwość do latania powoli się kończy (jeszcze jedno sudoku i pewnie się pochlastam). Na miejscu Indian summer, ok. 20C, praktycznie bez chmur (jeśli nie liczyć mglistej chmury smogu). Lotnisko w totalnym chaosie, ludzie, którzy kupowali wizy on-line stoją w potężnych kolejkach, ja szczęśliwie wydrukowałem tylko formularz i w stylu bardzo retro wypełniłem go odręcznie, co oszczędziło mi pewnie z godzinę czasu i masę frustracji. Potem długie czekanie na bagaż (mam przed oczami sytuację z Dhaki, jesienią 2014, kiedy to na bagaż się nie doczekałem), bezproblemowa wymiana USD na NPR i chyba godzina przy kontuarku Ncell, żeby kupić kartę SIM. Ale udaje się i mocno już zmęczony idę walczyć z taksówkarzami – jadę 40% poniżej ceny oficjalnej, ale i tak nieco przepłacam, co w kontekście akapitu niżej już tak bardzo mi nie przeszkadza.
Pierwsze wrażenia inne niż ostatnio – albo z innym kontekstem. Od pierwszej wizyty w Nepalu w 2010 r., kiedy byłem mocno podekscytowany powrotem do klimatów developing country po wielu, wielu latach i gdy miałem bardzo romantyczną wizję samego kraju i Himalajów, mam inny ogląd całej sprawy. Od tamtej pory bardzo dużo przeczytałem na temat subkontynentu i Azji w ogóle, zostałem buddystą, bardzo dużo podróżowałem i mam o wiele większą świadomość materialnych dysproporcji, braku socjalnej siatki bezpieczeństwa, czy wreszcie braku perspektyw, w jakim żyje tutaj większość osób.
Wg. danych z 2011 r. 25% osób żyje tutaj poniżej granicy ubóstwa. Co oznacza, że zarabiają 2 USD dziennie albo mniej. 2 USD za cały dzień pracy, często ciężkiej fizycznej pracy. Gdybym bardzo się uparł, jestem w stanie nie wydać tutaj więcej niż 2 USD dziennie na samo jedzenie, natomiast ciężko mi wyborazić sobie opłacenie z takiej kwoty mieszkania, ubrań i innych potrzeb. Generalnie fakt bycia wykształconym, białym facetem z EU oznacza dużą wygraną na karmicznej loterii i warto mieć tego świadomość.
Jasne, lokalsi, którzy pracują w biznesie turystycznym i okolicach, zarabiają znacznie więcej niż 2 USD dziennie i mogą sobie pozwolić na życie niemal na poziomie europejskim, natomiast to tylko pogłębia dysproporcje i może tworzyć fałszywy obraz sytuacji materialnej w Nepalu.
Ad rem. Jak zwykle zatrzymałem w Boudha – tybetańskiej dzielnicy, która powstała wokół stupy Boudhanath. Oprócz samej stupy jest tutaj co najmniej kilkanaście klasztorów i dzięki temu, że jest to cel pielgrzymek tybetańskich buddystów i dom tysięcy mnichów, samo miejsce nie ma stricte turystycznego charakteru. A może ma aurę turystyki duchowej, trudno powiedzieć – w każdym razie czuję się tutaj dobrze, czego nie mogę powiedzieć o backpackerskim gettcie w Thamelu.
Pierwsze noce w dobrze znanym Dragon Guesthouse, gdzie spałem już co najmniej kilka razy. Strasznie zimno – po zachodzie słońca robi się naprawdę mroźnie: nie dość, że Kathmandu leży na wysokości 1400 m.n.p.m., to grudzień to jeden z najzimniejszych miesięcy w roku. Mam ze sobą swój wyprawowy śpiwór, któremu nie straszne nawet -20C, co nie zmienia faktu, że praktycznie ciągłe przebywanie w nieogrzanych pomieszczeniach plus okazjonalny chłodny prysznic (czasem ciężko tu o ciepłą wodę), skutecznie mnie przeziębią.
