Karma ma niewątpliwy aspekt cykliczny – i tak, po dwuletniej przerwie, znowu trafiłem do Szwajcarii. Tym razem nie na stałe, ale z perspektywą regularnych odwiedzin co kilka tygodni.
Trochę to niespodziewany obrót sprawy, bo jeszcze w grudniu planowałem do wiosny siedzieć w Nepalu, ale – jak pisałem w innym miejscu – życie w Kathmandu nie do końca mi się spodobało (ani chybi starość) i z początkiem roku wróciłem do rzplitej burackiej (gdzie jest jeszcze gorzej ;-)).
Wcześniej był Zurych, a teraz mam okazję bliżej poznać szwajcarską prowincję. Wrażenia? Małe miasteczka na całym świecie mają podobny klimat – senna, nieco dusznawa aura, lekko podejrzliwi lokalsi i ryzyko popadnięcia we wszechogarniający marazm (co mi na szczęście nie grozi z racji obowiązków zawodowych). W środku miasta pasą się owce (rzecz jasna na bardzo porządnie ogrodzonej działce), wokoł pola, lasy i niewielkie wzgórza. Cudowny porządek architektoniczny – po wizualnym chaosie kraju nad Wisłą to prawdziwa ulga dla oczu i głowy.
Przy kolejnym podejściu zrobię być może kilka zdjęć. Tymczasem polecam street view.
