มะพร้าว, czyli ma phraao, czyli kokos.
Dzisiaj, przy okazji zakupów u mojej ulubionej pani od owoców, trafiłem na stertę kokosów. Nie kupowałem ich wcześniej, bo rzadko pojawiają się na tym stoisku, a dalej, na bazar za rzekę, jeżdżę tylko po rybę – siłą rzeczy z rzadka, bo jadam w przeważającej większości rośliny.
Do tego taki kokos jest wielki, ciężki i nieporęczny, więc trudno ich większą ilość przewozić nawet dużym skuterem. Dzisiaj jednak skusiłem się i do domu przywiozłem 3 młode kokosy:
I to była znakomita decyzja! W jednym było ze 400 ml znakomitej wody kokosowej, bardzo smacznej i znakomitej na uzupełnienie elektrolitów w tutejszym upale.
Jutro cotygodniowy bazar w Khanom, więc mam plan przywieźć sobie zapas na cały tydzień – tak ze dwa na dzień. Kokos kosztuje tutaj 20 THB za sztukę, co jest ceną, jak na polskie warunki, nawet nie tyle atrakcyjną, co wręcz barbarzyńsko niską. W Warszawie działają już nawet firmy, które różnym półmózgom wkręconym w tzw. wellness, sprzedają młode kokosy po ca. 20 zł sztuka.
Muszę tylko wykoncypować jak je przewozić… Bo trzy sztuki to mały problem, ale 15?!
[edit] Byłem na bazarze i wróciłem z 14 kokosami:To ma być zapas na tydzień. Cześć zmieściła się w lodówce, część czeka na swoją kolej pod ścianą w kuchni. Mam nadzieję, że nie powysychają za bardzo. Jeśli będą schnąć, to za tydzień przywiozę takie w pełnej skorupie. Będę też musiał kupić kolejną maczetę, bo zwykłym nożem ciężko dobrać się do takiego orzecha.
A cały zapas (jakieś 35 kg) przewiozłem na grzbiecie, w torbie wyprawowej North Face. Torba przejechała spory kawałek Himalajów na grzbiecie jaka, więc transport kokosów skuterem może wydawać się pewną degradacją.



