Zabrałem dzisiaj motor na mały przegląd, bo za tydzień chcę ruszyć w dzicz na jakiś czas. Mam już urlop, nie wiem jeszcze tylko, czy cały sprzęt, jaki zamówiłem, dotrze na czas z Tajlandii.
Może więc nie pojadę, ale czuję, że to dobry moment na pierwsze obwąchanie dzikiego Laosu. Oswoiłem się z domem, upały się skończyły i chyba zaczynam czuć lekką motywację podróżną. Na początek wybrałem coś prostego, tzw. Thakhek Loop. Plus jeśli będę miał siłę, ochotę i motor nie umrze mi po drodze, to mniejszą pętlę dookoła masywu Phou Bia, zahaczając o Phonsavan, Plain of Jars, Kasi i wracając do Wientianu od zachodu.
Zobaczymy. Nie mam już takiego ciśnienia jak w grudniu, gdy miałem motor tylko na miesiąc i chciałem zrobić możliwie dużo, co jednak było mocno wyczerpujące psychicznie. Wszystko wskazuje na to, że zostanę w Lao na dłużej, więc będzie jeszcze sporo okazji do przygód.
I tak, mój ulubiony mechanik Fuark (tym razem, de facto, jego żona albo siostra) zrobili mi mały przegląd motonga, wymieniając przy okazji przednią zębatkę, która była już bardzo mocno zjedzona przez łańcuch.
W ogóle, to chodzi mi po głowie zakup kolejnego motoru. Tym razem czegoś mniej terenowego – popularne są w tym rejonie Kawasaki Estrella, które mają nieco retro feel, niskie siedzisko i normalną, wyprostowaną pozycję (XRka też ma taką pozycję, ale wysoko nad ziemią, co mi już przestało przeszkadzać).
Optymalny byłby oczywiście Royal Enfield Himalayan, ale ciężko je dostać w tej części świata, poza tym legalnie w Laosie nie można mieć motocykla o pojemności większej niż 250cc. Inna rzecz, że prawo to nie jest zbyt restrykcyjnie egzekwowane.



