Author Archives: miro

Miesiąc w Khanom.

Miesiąc życia na tajskiej prowincji za mną.

Po początkowym entuzjaźmie przyszło uspokojenie, potem rozleniwienie, a wręcz pogrążenie się w lekkim, bardzo wakacyjnym, maraźmie. Teraz etap oswajania marazmu i wymyślania workaroundów, a nawet szukania alternatyw.

Dużo emocji, ale w sumie było do przewidzenia, że zderzenie mózgu przyzwyczajonego do natłoku nowych wrażeń i rozmaitych impulsów z gęstym spokojem tropikalnej prowincji wywoła jakieś turbulencje. Oby z tego fermentu wyniknęła nowa jakość – dobra zmiana na przykład. ;-)

O tym wszystkim można czytać tutaj. Dokumentacja fotograficzna na razie uboga – muszę na nowo oswoić aparat, a przede wszystkim na nowo oswoić siebie z fotografowaniem ludzi.

Tajfun.

Dziś przez ponad 4 godziny bez przerwy padał deszcz – i wcale nie była to mżawka. Czegoś takiego jeszcze tu nie widziałem. Możliwe, że to efekt uboczny tajfunu, który kilka dni temu zaatakował Filipiny, bo wiał też bardzo silny wiatr.

Tajska wieś spokojna i wesoła skutecznie mnie zresetowała, aż się nie poznaję. Ale dosyć tego gnuśnienia, w najbliższych dniach czeka mnie wyjazd do Surat Thani, żeby przedłużyć wizę, a na weekend lecę do Bangkoku. Pójdę do kina, wypiję prawdziwą kawę i otrę się nieco o cywilizację.

Uspokojenie.

No dobrze, it’s official. Rozleniwia mnie to miejsce – ledwie trzy tygodnie, a tempo życia spadło mi o jakieś 2/3.

Zazen, książka, plaża, rower, trochę gotowania, wizyta na targu, ptaki, cykady… Najbardziej emocjonujące zdarzenie ostatnich dni to wizyta dwóch rudych kotów, które zaskoczyły mnie na werandzie późną nocą. Nawet nie chce mi się uprawiać zwyczajowej podróżnej grafomanii.

W sumie, po pierwszym szoku, jest to miłe uczucie, ale czasem jeszcze mózg budzi się i spanikowany rozgląda za zwyczajowym natłokiem impulsów.

ॐ.

Deszcze i jackfruity.

Monsun dziś od rana szczerzył zęby, ale przez dobre 10 godzin nic z tego nie wynikało. Owady zrobiły się drażliwe, niektórzy ludzie też (w każdym razie ja zdecydowanie tak), świat niby zamarł w oczekiwaniu na to, co nieuniknione. Było lepko, duszno i z lekka opresyjnie. Wczesnym popołudniem nawet spadł krótki, niewydarzony deszcz, ale to tylko pogorszyło sprawę.

Continue reading

Wieczory.

Zmrok o tej porze roku zapada tu wcześnie, około 1900. I wtedy zaczyna się najlepsza pora dnia, czas kiedy moźna z książką i czymś zimnym do picia na wiele godzin rozbić obóz na werandzie – tej otwartej na dżunglę. Wbrew pozorom nie jest to traumatyczna walka z moskitami: długie spodnie i rękaw plus wysmarowanie się Muggą elimnują problem insektów. Coś musi też być na rzeczy w lokalizacji albo porze roku – komary tutaj są o wiele mniej natarczywe niż choćby mazurskie w lecie. A może jakiś czas temu rejon został gruntownie opryskany DDT, w ten przyjazny sposœb eliminując życie owadzie.

Continue reading

Rowerowych przygód ciąg dalszy.

Świt w przypromowej garkuchni ma w sobie coś z lekka mistycznego. Trwająca od wielu godzin cisza nagle zostaje przerwana – brutalnie i na wszystkich moźliwych frontach. Pierwsze budzą się do życia ptaki, które zaczynają dziki, grupowy jazgot. Chwilę potem zaczynają pomrukiwać ciężarówki, ustawione w długiej kolejce na prom. Niektórzy kierowcy zbyt opieszale budzą się do życia, więc wzdłuż węża samochodów zaczyna jeździć skuter, najwyraźniej prowadzony przez osobnika z zaawansowanym adhd, nie dość bowiem, że gna na złamanie karku, to jeszcze trąbi niemiłosiernie głośno, wprawiając w zakłopotanie nawet rozkwilone ptaki, które chyba nieco milkną. A może to po prostu kontrast do narastającego basowego pomruku silników.

Continue reading

Psy i rowery.

Jpeg

Jpeg

Nic ciekawego się nie wydarzyło. Podczas inwestygowania okolic pod kątem nadających się zamieszkania domów, dopadła mnie monsunowa ulewa. Schroniłem się na opustoszałym dzisiaj bazarze (dzień bazarowy wypada w środy). Żeby nie było mi smutno, dołączył do mnie rudawy pies.

Aha, i nauczyłem się kluczowego słowa po tajsku – Mạngs̄wirạti (มังสวิรัติ), czyli wegetariański. Znam więc już w sumie jakies 10 słów po tajsku. W tym tempie do końca roku będę w stanie kupic owoce na targu bez uciekania się do angielszczyzny, czy języka migowego.

Niespodziewanie odzyskana lewostronność.

Dziś rano, po krótkiej sesji pływackiej (doprawdy, mam tu wprost idealne warunki do treningów triathlonowych), wziąłem szosówkę i ruszyłem na krótki, kilkudziesięciokilumetrowy objazd najbliższej okolicy. Początkowo nawet pamiętałem o tym, że w Tajlandii obowiązuje ruch lewostronny, ale po serii podjazdów w upale gdzieś mi to ukmnęło i do domu wracałem pod prąd.

Continue reading