Author Archives: miro

2020-09-27.

Jako że na ostatni weekend planowane były tajfuny, motory grzecznie spały na ganku. Co prawda okazało się, że Wientian nie został specjalnie (de facto w ogóle) dotknięty esktremalną pogodą – w odróżnieniu od południa – ale do końca nie było wiadomo jak to się skończy. Natomiast ten weekend chyba już można zaliczyć do tropikalnej jesieni/zimy, gdy temperatury schodzą nieco poniżej 30C, jest pogodnie i zasadniczo uroczo.

Continue reading

Dziesięciolecie!

Otóż tak, wychodzi na to, że gdzieś teraz mija nam niezwykle ważna rocznica. Gdzieś teraz, bo nie pamiętam dokładnie, kiedy powstał blog, część notatek przepisałem z wersji papierowych jakiś czas po ich spisaniu, ale generalnie idea dokumentowania moich skromnych podróży przyszła mi do głowy gdzieś we wrześniu 2010, gdy to wybrałem się na trzymiesięczną wędrówkę po Himalajach Nepalu.

Bardzo dziękuję za te 10 lat i chciałbym wszystkim wiernym czytelniczkom i czytelnikom zadedykować poniższy utwór.

Continue reading

2020-09-14.

Jako że czerwony potwór w pełni sił (No, prawie, olej wciąż cieknie z niej jak z kambodżańskiej dziwki, ale przestałem się tym przejmować – kupiłem stuptuty, żeby mi nie brudziła spodni. Om.), kolejny weekend w drodze. Ostatni weekend było tak testowo tylko, do podwientiańskiej miejscowości Tha Ngon, ale ten weekend już kawałek dalej, nad zalew Nam Ngum.

Continue reading

2020-09-09.

No i tak. Szkolny rok się zaczął, dzieci (nie moje, co prawda, bo ja nie cierpię bachorów i żadnej absolutnie progenitury się nie dorobiłem) wróciły do szkoły, a do mnie, po kilku tygodniach czekania w warsztacie na różne części z Aliexpress, wrócił duży motor. I jestem super szczęśliwy, że zdecydowałem się na małą regenerację silnika (nowy tłok, pierścienie i różne uszczelki), bowiem czerwony potwór (2.0) jest wreszcie godzien tego miana. Ryczy jak smok, rwie się do przodu, nie dymi, pracuje równo jak nigdy. Przy okazji masę nauczyłem się na temat silników i ogólnej budowy motocykla.

Continue reading

2020-08-29.

Największe deszcze mamy chyba za sobą. Zaczyna się nawet robić ciepło – to znaczy skończyły się mrozy w rejonie 25° C i nieśmiało wychodzimy poza 33° C.

W mieście chyba daje się wyczuć pewne zniechęcenie – wiadomo już, że jesienno-zimowy sezon turystyczny z bardzo dużym prawdopodobieństwem nie wypali. Zamyka się coraz więcej lokali. W okolicy coraz więcej pustych domów do wynajęcia.

Continue reading

2020-08-26.

Deszcze odpuściły na kilka dni, i całe szczęście, bo zacząłem łapać monsunowego bluesa. Nie da się nigdzie polecieć (ani tym bardziej pojechać, bo błoto po pas i ciągle pada), miasto mokre i ciągle pada, wszystko wilgotne, lepkie i ciągle pada, nic tylko siedzieć w domu i oglądać seriale. Do tego w pracy sezon wakacyjny i nic się nie dzieje. Doprawdy.

Continue reading

2020-08-03.

W Wientianie zaczęła się jesień – przejściowa co prawda. Burza tropikalna Sinlaku zrzuciła na miasto hektolitry wody. Przed prawie dwa dni padało non-stop. Uliczka przed domem zamieniła się w strumień, uaktywniły się setki żab, rano znalazłem nawet pod drzwiami małą, czarno-żółtą ropuszkę.

Continue reading

2020-07-23.

Zasadniczo na wschodzie bez zmian. Laos cały czas zamknięty. Wyjechać się co prawda da, choć nie jest to łatwe, ale powrót to już zupełnie inna sprawa. Ergo, nie ruszam się stąd, bo to dobre miejsce jest – na pewno lepsze od tego faszystowskiego ścieku znanego jako RP. Poza tym patrząc na to, co dzieje się z naszym wesołym wirusiakiem w US na przykład, kolejne kilka miesięcy w laotańskiej izolacji brzmi naprawdę dobrze.

Continue reading

2020-07-07.

Moja aktywność kronikarska wyraźnie wskazuje na to, że tryb bawoła w błocie mi się spodobał. Monsun w pełni, nie za gorąco, ani nie za zimno. Pada, ale wyjątkowo skromnie jak na tę porę roku. Ogród zarasta, od morw wręcz bije dzika energia, wypuszczają nowe gałązki, zaczynają bifurkować.

Continue reading

2020-06-21.

I tak w jednym kawałku wróciłem w zeszłą niedzielę do VTE po zrobieniu pełnej pętli Thakhek. Notabene, jak zwykle, w pewnej chwili przestało mi się chcieć pisać relację, ale postaram się dokończyć wkrótce. ;-) Przed śmiercią ze starości w każdym razie.

Wracałem w deszczu i skończyło się to przeziębieniem (podejrzewam, że stresy związane z jazdą po laotańskich drogach też zrobiły swoje, bo nie najlepiej sypiałem w trakcie podróży), ale raczej nie był to kowidek, więc w miarę szybko doszedłem do siebie.

Continue reading

Thakhek – Thalang.

Panowie mechanicy lokalni doprowadzili Hondę do stanu używalności, dzięki czemu mogłem ruszyć w dalszą drogę. Co prawda w Wientianie i tak będzie musiał obejrzeć ją specjalista od Hond, ale wolę wrócić do domu o własnych siłach niż wozić motor tuktukami, autobusami i Buddha wie jakimi jeszcze środkami lokalnego transportu. Plus finansowo wyszło to mniej więcej tak samo, a nie musiałem rezygnować z dalszej części wycieczki i nauczyłem się sporo na temat budowy silnika. Trzymałem nawet w dłoni tłok mojej Hondy – to prawie jak trzymać dłoni czyjeś serce! ;-)

Continue reading

Pak Kading – Thakhek.

Bo bardzo intensywnej połowie dniu dotarłem do Thakhek. Była przeprawa promowa (solidnie udokumentowana, będzie z tego film), dziesiątki kilometrów w błocie, przeprawy przez monsunowe rzeczki po bardzo niestabilnych mostkach z desek, gałęzi, pni, zdechłych kotów i opon, kilka przypadków zakopania się po osie w gliniastym, pomarańczowym błocie, zero (zero) dropów i upadków. Uświadomiłem też sobie, że XRka potrafi wić się jak wąż na niestabilnym podłożu.

Continue reading