Jako że po ostatnich dwóch dniach jazdy w terenie byłem nieco obolały, zrobiłem dzisiaj dzień restowy, uporządkowałem nieco YK (mamy teraz nowy dział z najnowszymi postami ze wszystkich kategorii) i zmontowałem pierwszy od dawna film.
Author Archives: miro
Pierwsze kroki w Luang Prabang.
Będzie z tego nowa kategoria i wiele miesięcy relacji (z całą pewnością codziennych), ale tak w ramach wzmianki niezobowiązująco wspomnę, że przenoszę do Luang Prabang, starej i niezwykle wyrafinowanej stolicy Laosu.
2020-09-27.
Jako że na ostatni weekend planowane były tajfuny, motory grzecznie spały na ganku. Co prawda okazało się, że Wientian nie został specjalnie (de facto w ogóle) dotknięty esktremalną pogodą – w odróżnieniu od południa – ale do końca nie było wiadomo jak to się skończy. Natomiast ten weekend chyba już można zaliczyć do tropikalnej jesieni/zimy, gdy temperatury schodzą nieco poniżej 30C, jest pogodnie i zasadniczo uroczo.
2020-09-18.
Nad Wientian nadciąga tajfun Noul-20 (być może skończy się na burzy tropikalnej, ale na razie nie wiemy). Cały region w oczekiwaniu, w południowej Tajlandii mobilizacja rozmaitych służb, otwierane są tamy, żeby zrobić w zbiornikach miejsce na cały ten deszcz.
Dziesięciolecie!
Otóż tak, wychodzi na to, że gdzieś teraz mija nam niezwykle ważna rocznica. Gdzieś teraz, bo nie pamiętam dokładnie, kiedy powstał blog, część notatek przepisałem z wersji papierowych jakiś czas po ich spisaniu, ale generalnie idea dokumentowania moich skromnych podróży przyszła mi do głowy gdzieś we wrześniu 2010, gdy to wybrałem się na trzymiesięczną wędrówkę po Himalajach Nepalu.
Bardzo dziękuję za te 10 lat i chciałbym wszystkim wiernym czytelniczkom i czytelnikom zadedykować poniższy utwór.
2020-09-14.
Jako że czerwony potwór w pełni sił (No, prawie, olej wciąż cieknie z niej jak z kambodżańskiej dziwki, ale przestałem się tym przejmować – kupiłem stuptuty, żeby mi nie brudziła spodni. Om.), kolejny weekend w drodze. Ostatni weekend było tak testowo tylko, do podwientiańskiej miejscowości Tha Ngon, ale ten weekend już kawałek dalej, nad zalew Nam Ngum.
2020-09-11.
Monsun wrócił i nie bierze ofiar! Dzisiaj w nocy i nad ranem spadł na miasto chyba z metr deszczu. Rano dramatycznie zimno, chyba ledwo ponad 20C i obrazki jak tutaj.
2020-09-09.
No i tak. Szkolny rok się zaczął, dzieci (nie moje, co prawda, bo ja nie cierpię bachorów i żadnej absolutnie progenitury się nie dorobiłem) wróciły do szkoły, a do mnie, po kilku tygodniach czekania w warsztacie na różne części z Aliexpress, wrócił duży motor. I jestem super szczęśliwy, że zdecydowałem się na małą regenerację silnika (nowy tłok, pierścienie i różne uszczelki), bowiem czerwony potwór (2.0) jest wreszcie godzien tego miana. Ryczy jak smok, rwie się do przodu, nie dymi, pracuje równo jak nigdy. Przy okazji masę nauczyłem się na temat silników i ogólnej budowy motocykla.
2020-08-29.
Największe deszcze mamy chyba za sobą. Zaczyna się nawet robić ciepło – to znaczy skończyły się mrozy w rejonie 25° C i nieśmiało wychodzimy poza 33° C.
W mieście chyba daje się wyczuć pewne zniechęcenie – wiadomo już, że jesienno-zimowy sezon turystyczny z bardzo dużym prawdopodobieństwem nie wypali. Zamyka się coraz więcej lokali. W okolicy coraz więcej pustych domów do wynajęcia.
2020-08-26.
Deszcze odpuściły na kilka dni, i całe szczęście, bo zacząłem łapać monsunowego bluesa. Nie da się nigdzie polecieć (ani tym bardziej pojechać, bo błoto po pas i ciągle pada), miasto mokre i ciągle pada, wszystko wilgotne, lepkie i ciągle pada, nic tylko siedzieć w domu i oglądać seriale. Do tego w pracy sezon wakacyjny i nic się nie dzieje. Doprawdy.
2020-08-16.
Jesień, o której pisałem w poprzednim poście okazała się wcale nie taka przejściowa. Sierpień to szczyt pory deszczowej tutaj, najbardziej mokry miesiąc w roku. Czerwiec i lipiec, które zwyczajowo też są mokre, w tym roku były całkiem pogodne, co uśpiło moją czujność.
2020-08-03.
W Wientianie zaczęła się jesień – przejściowa co prawda. Burza tropikalna Sinlaku zrzuciła na miasto hektolitry wody. Przed prawie dwa dni padało non-stop. Uliczka przed domem zamieniła się w strumień, uaktywniły się setki żab, rano znalazłem nawet pod drzwiami małą, czarno-żółtą ropuszkę.
2020-07-23.
Zasadniczo na wschodzie bez zmian. Laos cały czas zamknięty. Wyjechać się co prawda da, choć nie jest to łatwe, ale powrót to już zupełnie inna sprawa. Ergo, nie ruszam się stąd, bo to dobre miejsce jest – na pewno lepsze od tego faszystowskiego ścieku znanego jako RP. Poza tym patrząc na to, co dzieje się z naszym wesołym wirusiakiem w US na przykład, kolejne kilka miesięcy w laotańskiej izolacji brzmi naprawdę dobrze.
2020-07-07.
Moja aktywność kronikarska wyraźnie wskazuje na to, że tryb bawoła w błocie mi się spodobał. Monsun w pełni, nie za gorąco, ani nie za zimno. Pada, ale wyjątkowo skromnie jak na tę porę roku. Ogród zarasta, od morw wręcz bije dzika energia, wypuszczają nowe gałązki, zaczynają bifurkować.
2020-06-21.
I tak w jednym kawałku wróciłem w zeszłą niedzielę do VTE po zrobieniu pełnej pętli Thakhek. Notabene, jak zwykle, w pewnej chwili przestało mi się chcieć pisać relację, ale postaram się dokończyć wkrótce. ;-) Przed śmiercią ze starości w każdym razie.
Wracałem w deszczu i skończyło się to przeziębieniem (podejrzewam, że stresy związane z jazdą po laotańskich drogach też zrobiły swoje, bo nie najlepiej sypiałem w trakcie podróży), ale raczej nie był to kowidek, więc w miarę szybko doszedłem do siebie.
jak bawół w kałuży.
Zupełnie niepostrzeżenie zacząłem piąty miesiąc w Laosie. I to w drodze, podczas pierwszej lokalnej eskapady na motorze.
Thakhek – Thalang.
Panowie mechanicy lokalni doprowadzili Hondę do stanu używalności, dzięki czemu mogłem ruszyć w dalszą drogę. Co prawda w Wientianie i tak będzie musiał obejrzeć ją specjalista od Hond, ale wolę wrócić do domu o własnych siłach niż wozić motor tuktukami, autobusami i Buddha wie jakimi jeszcze środkami lokalnego transportu. Plus finansowo wyszło to mniej więcej tak samo, a nie musiałem rezygnować z dalszej części wycieczki i nauczyłem się sporo na temat budowy silnika. Trzymałem nawet w dłoni tłok mojej Hondy – to prawie jak trzymać dłoni czyjeś serce! ;-)
Thakhek.
Dwa dni nieprzewidzianego postoju i wstępnej załoby po Hondzie, ale chyba tym razem nam się udało. Motor spędził dwa dni w warsztacie i został rozłożony na części pierwsze. Woda była absolutnie wszędzie.
Pak Kading – Thakhek.
Bo bardzo intensywnej połowie dniu dotarłem do Thakhek. Była przeprawa promowa (solidnie udokumentowana, będzie z tego film), dziesiątki kilometrów w błocie, przeprawy przez monsunowe rzeczki po bardzo niestabilnych mostkach z desek, gałęzi, pni, zdechłych kotów i opon, kilka przypadków zakopania się po osie w gliniastym, pomarańczowym błocie, zero (zero) dropów i upadków. Uświadomiłem też sobie, że XRka potrafi wić się jak wąż na niestabilnym podłożu.
Vientiane – Pak Kading.
Pierwszą motocyklową wyprawę po Laosie zacząłem planować już w marcu, zaraz po zakupie motocykla tutaj. Nie wyszło ze względu na kowidka, ale idea wciąż tliła się tam gdzieś z tyłu głowy.
