Tag Archives: misc

Trzęsienie ziemi w Nepalu.

Tybetańscy pielgrzymi (among others) wokół stupy Boudhanath w Kathmandu. Duża stupa szczęśliwie nie ucierpiała, ale uszkodzona została jedna z mniejszych stup w okolicy.

Tybetańscy pielgrzymi (among others) wokół stupy Boudhanath w Kathmandu. Duża stupa szczęśliwie nie ucierpiała, ale uszkodzona została jedna z mniejszych stup w okolicy.

Sytuacja, szczególnie w Kathmandu, wygląda naprawdę bardzo mało fajnie. W sumie chciałbym tam być i robić coś, żeby pomóc, ale realistycznie – brak mi odpowiednich umiejętności typu ratownictwo medyczne, pożarnictwo, czy cokolwiek innego, co faktycznie mogłby sie przydać.

Są natomiast rozmaite organizacje, jak choćby World Food Programme, które mają dedykowane programy wsparcia dla Nepalu właśnie. Skoro nie pomogę w inny sposób, spróbuję przynajmniej tak. Kilkadziesiąt EUR to nie majątek, a starczy na masę dal bhat, pitnej wody etc.

Zachęcam.

[edit] Inny program pomocy, tym razem UNICEFu.

Axis mundi.

Usłyszałem wczoraj ciekawą opowieść o ludzie Achilpa.

Otóż jest to rdzennie australijski lub nomadyczny, który ma zwyczaj wznoszenia w centrum swoich siedlisk słupa – kauwa-auwa. Słup ten określa axis mundi, środek świata. Im dalej od słupa, tym mniej znany świat. Kiedy Achilpa przenoszą się z miejsca na miejsca, zabierają słup ze sobą i stawiają go w środku nowego siedliska.

Gdy zapytać ich, czy są ludem wędrownym, zdecydowanie zaprzeczą. Oni zawsze są u siebie, w centrum świata.

Nowy lightbox.

Od dawna męczył mnie niezbyt wygodny moduł do przeglądania zdjęć. W ramach noworocznych porządków zrobiłem niewielki upgrade bloga i teraz zdjęcia można oglądać w dedykowanym lightboxie, gdzie przyciski zawsze są w tym samym miejscu, a zdjęcia są skalowane zgodnie z rozdzielczością monitora (plus kilka innych, drobnych udogodnień).

To oznacza też, że aby w pełni wykorzystać możliwości nowego komponentu, muszę ręcznie przeszkalować jakieś 2000 zdjęć. No worries. Z całą pewnością uporam się z tym przed rokiem 2050!

Święta w Chocho.

Święta w Dolinie Chochołowskiej. Wyrwanie się z pogrążonej w dusznym, konsumerycznym szale Warszawy i tłumów kipiących bożonarodzeniową frustracją było jedną z trzech najlepszych decyzji, jakie podjąłem w tym roku. Czas zadumy dotknął mnie raz tylko, pod postacią pijanych górali wracających z pasterki w kapliczce na Polanie Chochołowskiej – darli się akurat pod moim schroniskowym oknem. Ale jestem pełen wyrozumienia – wszak w ten szczególny dzień ciężko zadumać się na trzeźwo.

Pogoda nie sprzyjała fotografii, dopiero na dzień przed wyjazdem udało mi się zrobić kilka, dosyć przeciętnych, zdjęć.