Category Archives: 2010

Wyprawy i wyjazdy w roku 2010

10.IX.2010 – W drodze do KTM.

Lot do Nepalu mam trzyetapowy: Warszawa – Bruksela – New Delhi – Kathmandu. Do Belgii lecę Lotem, a dalej indyjską linia Jet Airlines. Po wielu rozterkach zdecydowałem się nie kupować wizy tranzytowej do Indii, jako że – zgodnie z wieloma relacjami na forach – Jet opiekuje się pasażerami, którzy tranzytują w Delhi w drodze to Kathmandu.

Po nędznie przespanej nocy ok. 0500 rano jestem na Okęciu. Po raz pierwszy od wielu miesięcy z plecakiem i w butach trekkingowych, a nie w garniturze, udając poważnego biznesmena. To natychmiast wzbudza podejrzenia – jak ja w ogóle śmiem zbliżać się do stanowiska odpraw dla business class? Karta frequent flyer jednak czyni cuda i odprawę plus security check udaję mi się załatwić w 10 minut.

Już po drugiej stronie lustra orientuję się, że mam boarding pass jedynie na odcinek WAW – BRU, co wzbudza moje uzasadnione zaniepokojenie… Po chwili okazuje się, że systemy Lotu nie rozmawiają z systemami Jet Airlines, z którymi lecę do Delhi i boarding pass będę musiał załatwić sobie w Brukseli. Biorąc pod uwagę, że na transfer mam niecałą godzinę, a zupełnie nie znam lotniska, zaczynam się lekko niepokoić. Ostatecznie ładuję się na pokład czegoś bardzo małego i natychmiast zapadam w cen. Budzę się po jakimś czasie i z rosnącym niepokojem widzę, że wciąż stoimy na Okęciu… Jak na razie 10 minut opóźnienia. Oczyma duszy widzę się koczującego w BRU, czekając na kolejne połączenie do Delhi, podczas gdy hordy turystów całkowicie zadeptują Himalaje. Not cool. Zaraz potem startujemy. W BRU jestem 40 minut przed odlotem samolotu do Delhi. Sprintem przemierzam niekończące się korytarze, labirynty schodów i ruchowych chodników, kolejny security check i na 15 minut przed odlotem jestem przy właściwym desku. W chwile potem mam już boarding pass do Delhi i Kathmandu, a pan gejtownik zapewnia mnie, że mój plecak z całą pewnościa poleci ze mną. So far so good. Wchodzę na pokład i natychmiast znajduję się w innym świecie – sari, turbany, różne odcienie brązu, a do tego stewardessy piękne jak księżniczki. Co więcej, miejsce obok mnie jest wolne, co przy 8-godzinnej podróży ma znaczenie niebagatelne. Ani chybi dobra karma procentuje.

Startujemy, a ja w ramach oswajania się z kulturą subkontynentu oglądam Bollywódzki film sensacyjny „Khakee”. Trwa jedynie 3 godziny. Są to niezwykle ciężkie 3 godziny, podczas których stwierdzam, że robiłem słusznie unikając Bollywood do tej pory. Poza tym lot niezwykle udany, dobrze karmią. W Delhi jestem na czas – tutaj zaczyna się kolejny nieco nerwowy okres. Co prawda nie muszę spieszyć się na kolejny lot, samolot do Kathmandu odlatuje za osiem godzin, ale , jak wspominałem wcześniej, nie mam wizy tranzytowej.

Nowe lotnisko w ND robi bardzo dobre wrażenie – wielkie, puste i nieingerujące. Chwilami mam wrażenie, że pracowników jest więcej niż pasażerów. Każda toaleta ma swojego opiekuna, podobnie jak każde kilka rzędów krzeseł przy gejtach. Doprowadza to do zabawnych sytuacji – gdzieś nad ranem idę do jednej z toalet ogolić się i ogólnie doprowadzić  do stanu zbliżonego do ludzkiego. Gdy rozkładam utensylia, czuje na sobie czyjś wzrok – zerkam nieśmiało w lustro i widzę młodego Hindusa w uniformie, który stoi za mną i uważnie śledzi wszelkie moje poczynania. Staram się traktować to jako najnaturalniejszą rzecz na świecie – co nie przychodzi mi łatwo. Co więcej, mój asystent podaje mi papierowe ręczniki i za każdym razem pokazuje gdzie mam umieścić zużyte. Po pięciu minutach takich zabaw mam trochę dosyć, zwijam więc sprzęt i opuszczam łazienkę nie do końca pewien, czy mam dać jakieś pieniądze, podziękować, czy potraktować jak powietrze. Ostatecznie jedynie dziękuję.

Wracając do wizy – przemierzywszy kilometry korytarzy, docieram do strefy tranzytowej. Tutaj widzę już podekscytowane stadko trekerów, którym zawiaduje nieco zmęczony pracownik Jeta. Sprawdza mój boarding pass, dostaję przywieszkę na bagaż podręczny, zostaję przeszukany pod kątem bomb i innych narzędzi masowej zagłady i po niecałych 30 minutach, nic – poza 7 godzinami – nie dzieli mnie od lotu do KTM. Przez kolejne kilka godzin próbuje spać, co nie wychodzi najlepiej. Od kilku dni jestem pełen wyjazdowej antycypacji, co skutkuje adrenalinowym hajem, sen wydaje się kwestią nadmiarową i niepotrzebną. Jak później policzyłem, w ciągu 48h spałem ok. 8h, głównie zaliczając serie krótkich cat naps po 15-20 minut. Po 3-4 takich napsach mogłem całkiem nieźle funkcjonowac kolejne 4h. w końcu gdzieś na 2h przed odlotem udaje mi się zasnąć na nieco dłużej, całą godzinę.

Lot do Kathmandu bez niespodzianek – tutaj również nieźle karmią, mimo ze cała operacja trwa 1h 20 minut. LOT i Lufthansa powinny uczyć się od Jeta. Gdzieś na 30 minut przed lądowaniem z chmur wynurzają się Himalaje. Widok jest jedyny w swoim rodzaju, udały nam się te góry. Rozpoznaję oszczególne masywy i szkicuje w myślach swoją trasę… Mam do przejścia imponujący kawałek terenu.

Samo podejście do KTM również ciekawe – góry niższe, góry wyższe, generalnie nic nie wskazuje na to, że gdzieś w środku kryje się 2-milionowe miasto. W pewnej chwili zza gór wynurza się spora niecka, w której bez zbędnej zwłoki lądujemy.

Kwestie wizowe i security to formalność, miałem przygotowany formularz wizowy, zdjęcia, więc udaje mi się wysforować przed jakąś setkę trekkerów i po ok. 20 minutach wychodzę z terminala. Terminala, który w niczym nie przypomina tego w Delhi. Panuje przyjazna rozpierducha, z samolotu do budynku idziemy na piechotę, żołnierze i urzędnicy znudzeni do granic wytrzymałości nie zwracają na nic uwagi – generalnie zaczynam czuć się jak w domu. Biorę głębszy wdech i rzucam się w szpony tłumów czekających na zewnątrz…

11.IX.2010 – Kathmandu: lotnisko, pierwsze wrażenia, Boudha.

Tych tłumów nieco się obawiałem – czytałem o szarpaninach, agresywnych taksówkarzach i naganiaczach, generalnie atmosferze wymuszenia i stresu… Rzeczywistość okazuje się łagodniejsza, przed wejściem zaczepia mnie kilku taksówkarzy, którzy pytają gdzie jadę – mówię, że do Boudha, co oni biorą za dobrą monetę. Zaczyna się bratobójcza walka o to, z kim pojedzie Miro. Walka kończy się nader szybko – pytam ‘how much?’ –‘ twenty dollars’, odpowiada najszybszy z cabbies. To ewidentne naciągactwo, więc mowię: ‘I’ll pay you 200 hundred. Rupees. ’ Nagle zostaje sam. Wypłacam cash (zwykła Visa Electron z mBanku działa) i nadziewam się na kolejnego taksówkarza. Ten jest rozsądniejszy i chcę jedynie 500 rupii (jakieś 3x za dużo). Mówię 300 i po krótkich targach jedziemy za 300. Za bramą lotniska, zapłaciłbym ok. 200. W takich sytuacjach warto znać typową cenę przejazdu, to bardzo ułatwia negocjacje.

W trakcie targów mój taksówkarz wspomina, że w Pashputinach jest dzisiaj festiwal – święto kobiet, mówi , trzeba jechać okrężną drogą. Traktuję to jako wredną ściemę; mówię ‘we can go through Lhassa, you still get three hundred.’ Nie jest z tego zadowolony, ale i tak dostaje 50% więcej niż powinien.

Okazuje się, że festiwal faktycznie ma miejsce, na ulicach tłumy pięknych (pięknych!) kobiet, ubranych na czerwono. Nie wiem gdzie zatrzymać wzrok… Do tego mój taksówkarz jedzie tak, jakby goniły go najgorsze demony przepędzone z Himalajów przez Guru Rinpoche dwanaście wieków temu. Daje się na to złapać – kiedy na kursie kolizyjnym mamy 3 dziewczęta w czerwonych szatach, wołam …careful, careful! Gośc hamuje w ostatniej chwili, a lale nawet nie odwracają głów. Aha, myślę sobie, tu się tak jeździ. Potem mamy jeszcze kilka sytuacji poważnego zagrożenia życia, raz nawet zahaczamy o rower albo motor, na co nikt nie zwraca najmniejszej uwagi. Ja również nie (tak w każdym razie staram się wyglądać).

Ale taksówka z piekieł już nie robi wrażenia, bo zapach Kathmandu wywołuje u mnie gigantyczny flashback nigeryjski. Czuje się jak w domu – kozy, psy, gnijące odpadki, otwarte rynsztoki, kurz, warsztaty, przyprawy, temperatura i wilgotność tworzą niepowtarzalny aromat miasta w kraju rozwijającym się. Ale zapachy to dopiero początek, falą wracają obrazy Nigeryjskich straganów, handlarzy, sklepików, kramów i żebraków. Czuje się jakbym wrócił do Zarii po latach; po chwili szyja boli mnie od rozglądania się… Stres i niepokój znikają, jestem w domu.

Po drodze zaliczamy kilka korków, mój kierowca parę razy wybiega z samochodu i własnoręcznie rozwiązuje problemy. Krążymy niemiłosiernie, ale po 15 minutach docieramy na miejsce. Mieszkam w przyklasztornym guesthousie – po przekroczeniu bramy, której strzeże młody żołnierz, znika uliczny zgiełk. Ogrody, kwiaty, mnisi, spokój i całkowicie niewymuszona atmosfera. Dostaje klucz do pokoju. Mam własną łazienkę, ciepłą wodę i prąd, generalnie opływam w luksusy. Ale luksusy muszą poczekać, zrzucam plecak i ruszam na spotkanie z ulicami Kathmandu, tym razem bez samochodu.

Spacer, pomijając powracające wspomnienia, bardzo spokojny. Jestem jedynym cudzoziemcem na ulicy, ale nikt się mną nie interesuje – kilka ciekawych spojrzeń, kilka uśmiechów, ale absolutnie żadnego nagabywania. Robię parę zdjęć, ale obawiam się jeszcze fotografować ludzi, szczególnie w warsztatach, przy pracy. Nie forsuje się jednak, to pierwszy dzień, będą jeszcze okazje. Praktycznie od razu odczuwam brak szerokokątnego obiektywu, czuję, że będą pluł sobie w brodę do końca wyjazdu. W pewnej chwili zatrzymuję się na skrzyżowaniu pod drzewem Banyaan, wokół którego zbudowano  betonowy podest, na którym tłoczą się lokalsi. Siadam obok i piję wodę – obok mnie śpi jakiś gość, kawałek dalej grupka nastolatków gra w coś hazardowego. Grają na monety, więc stawki muszą być wyjątkowo niskie. Najmniejszy nominał jaki widziałem do tej pory to banknot 10-rupiowy. Siedzę więc pod Banyaanem i moje zadowolenie rośnie z każdą chwilą – nikt niczego ode mnie nie chcę, nikt nie patrzy krzywo, nikt nie chce mnie obrabować. Sprawy toczą się swoim torem, na który moja obecność nie ma najmniejszego wpływu. Chyba polubię Nepal. Po dwóch godzinach krążenia wracam do klasztoru, zjadam daal bhat i curry, po czym udaje się nadrabiać zaległości w spaniu. Budzę się kilka razy przerażony – jezusku, co ja tutaj robię, to zazwyczaj pierwsza myśl. Ale w miarę jak odzyskuję siły, psychika coraz szybciej adaptuje się do nowego-starego klimatu. Ostatecznie, późnym popołudniem wstaje zadowolony z życia i ruszam oglądać stupę Boudnath.

Jest już dosyć późno, około 1700, więc turystów praktycznie brak, za to tłumy mnichów, pielgrzymów i zwykłych ludzi, którzy po pracy wpadli zakręcić młynkiem modlitewnym, albo w inny sposób oddać cześć swoim bóstwom. Pierwsze wrażenie trochę oszałamia, więc siadam z boku, nieopodal odpoczywających policjantów i przez kwadrans przyglądam się tłumowi. Potem ruszam z falą, obchodzę kilka razy stupę, kręcę młynkami (a dobra karma się kumuluje!), w końcu wchodzę do samej stupy. Obchodzę ją kilka razy, ocieram się o flagi modlitewne, mijam modlących. Największe wrażenie robią na mnie kobiety bijące pokłony. Używają gładkiej, szerokiej deski , wysokości mniej więcej człowieka, po której ślizgają się używając dwóch szmatek trzymanych w dłoniach. Zaczyna się to od głębokiego skłonu, po którym ześlizgują się do końca deski aż do całkowitego wyprostowania ciała. Później, na modłę liszki, wracają do pozycji wyjściowej, prostują się i tak da capo al fine. Obok nich mamy tradycyjnie mantrujących, albo medytujących. W koło zapach kadzideł, łopotanie flag modlitewnych i wszechobecne psy. W stupie zostaję aż do zmroku, fotografuję, obserwuję ludzi i ośmiokątny plac, na którym stoi. Gdy zaczyna się zmierzchać robię szybkie zakupy – jedną z wielu potrzebnych map i ładną mala z kości jaka. Chcą za nią 450 rupii, ostatecznie staje na 300. Dzień kończę w jednej z restauracji  zlokalizowanych na dachach kamienic otaczających stupę (widoki absolutnie bezcenne, nawet nie próbuje opisać wrażeń i emocji) – zjadam znakomite curry z ryby, pije piwo Everest. Każdemu jego Everest!

Mam swoją mala. Może jutro wybiorę się do stupy pomedytować trochę na desce do pokłonów?

12.IX.2010 – Kathmandu: Thamel, Swayambhu.

Rano budzi mnie deszcz – to dobrze, bo mogę dalej spać. Kiedy godzinę później decyduję się wstać wciąż pada. Jest to typowy, ulewny, tropikalny deszcz, który nie składa się z kropel, ale raczej z pionowych strumyków wody. Chyłkiem przemykam się na śniadanie, dziś wyjątkowo europejskie: sadzone jajka, tosty i marmolada pomarańczowa. Deszcz najwyraźniej czekał aż zjem – bo znika kiedy dopijam herbatę. Ruszam na poszukiwanie taksówki, ulice toną w wodzie, błoto po kolana, w rynsztokach rwące strumienie. Krótkie targi z taksówkarzem i po chwili przebijamy się do centrum KTM… Na komunikację miejską jeszcze nie jestem gotowy.

Continue reading

13.IX.2010 – Bhaktapur.

Jako że dzień wczorajszy obfitował w multum atrakcji, dzisiaj postanowiłem odwiedzić tylko jedno miejsce – Bhaktapur, dawną stolice Nepalu, położoną kilkanaście kilometrów od Kathmandu. Taksówką dojeżdżam do Ratna Park, parku położonego w centrum miasta, dalej mam zamiar jechać zbiorkomem. Mam szczęście, bo mój taksówkarz wysadza mnie dokładnie na wprost przystanku autobusów do Bhaktapur.

Komunikacja zbiorowa w Nepalu to wyjątkowo szeroki temat, który dzisiaj mam nadzieję poznać nieco lepiej. Na samym dole drabiny znajdują się mechaniczne riksze, które z racji na pagórkowatość miasta i traffic, który wymaga decyzji podejmowanych w mgnieniu oka, nadają się wyłącznie do wycieczek na krótkie dystanse. Nieco wyżej znajdują się riksze silnikowe, czyli Tuk-tuki – urocze, trójkołowe pojazdy, coraz częściej napędzane silnikiem elektrycznym. O Tuk-tukach napiszę nieco więcej niżej. Potem mamy mikrobusy – coś jak pomniejszone wersje naszych busów z Zakopanego i okolic  – i na koniec właściwe autobusy. Autobusy też są mniejsze – mają 6-7 rzędów miejsc, w każdym rzędzie mieszczą się cztery osoby, dwie przy każdym oknie. Załoga autobusu składa się z dwóch osób – kierowcy i menedżera pojazdu, który ma za zadanie zbieranie pasażerów, informowanie wszystkich wokół dokąd autobus jedzie, oraz zbieranie opłat za bilety. Na samej górze drabiny mamy zaś taksówki , o których pisałem już wcześniej. Taksówki docierają w dowolnie wybrane miejsca, ale niekoniecznie są szybsze od Tuk-tuków. I 10x droższe.

Menedżer mojego pojazdu szybko wyławia mnie z tłumu, wołając ‘Bhaktapur?’. Potwierdzam, pytam o cenę i dowiaduję się, że po tej podróży zbiednieję o 20 rupii. Cena jest oszałamiająca, więc szybciutko ładuję się na pokład. W nieco ponad godzinę później jesteśmy na miejscu. Odwiązuję arafatkę z twarzy (ilość pyłu na nepalskich drogach jest zabójcza, sporo miejscowych nosi specjalne maski na twarz – prostokąty materiały z gumkami po bokach, które zaczepia się o uszy, osłaniając usta i nos) i ruszam na podbój Bhaktapur.

Bhaktapur to dosyć dobrze zachowane miasto średniowieczne. Wąskie uliczki, drewniane domy, place (łącznie z klasycznym Durbar square, placem przed pałacem króla) i placyki, enklawy klasycznego rzemiosła. Miasto ma dwa ciągi komunikacyjne – jeden turystyczny, który zaczyna się od Durbar square, z masą sklepików z lepszej lub gorszej jakości produktami, na które łasi są turyści i drugi, gdzie toczy się normalne życie. Nieco za późno wysiadam z autobusu, więc na początku trafiam na ten drugi ciąg. Robię trochę zdjęć i przymierzam się do fotografowania ludzi… Trafia mi się urocza dziewczynka, a potem biorę się za kamieniarza, który nie zwraca na mnie specjalnej uwagi, i nie wychodząc z rytmu wydobywa swoje lwy z kamienia. Potem pani od sortowania ziaren – tu też z górki, co prawda pani explicite życzy sobie pieniędzy za sesję, ale zgadza się – robię kilka zdjęć, moim zdaniem całkiem udanych, płacę i idę dalej. Zachęcony sukcesem próbuje szczęścia u kolorowo ubranych dziewcząt, robiących na drutach czapki i inne utensylia od zimna. Wyglądają zjawiskowo, ale na zdjęcia się nie zgadzają, pieniędzy również nie chcą. Zaczepiam kilka grupek, ale odpowiedź jest wszędzie taka sama. Żeby podnieść się na duchu zjadam momo w barze dla tubylców. Płace 30 rupii za pierogi z mięsem, co jest zdecydowanym rekordem. Pierogi jak zawsze znakomite, do tego pływają w pikantnej, nieco mlecznej zupie, która pochłaniam równie chciwie jak pierogi.

Po momosach robię się senny. No, trucizna działa szybko, myślę sobie, i ruszam na plac Durbar zrobić kilka ostatnich zdjęć. W chwile potem znajduję autobus z powrotem. Menedżer pojazdu tym razem jest sprytny – chce 50 rupii za kurs do KTM. Robię wielkie oczy i pytam jak to możliwe – w jedną stronę 20, a w drugą 50? Wyraźnie zbijam go z tropu, chyba jest mu głupio. ‘I’ll pay you twenty, OK?’ pytam, na co on ochoczo kiwa głową. W 40 minut później jestem przy Ratna Park.

Zachęcony udaną podróżą autobusem, szukam tuk tuka, który zabierze mnie do stupy. Okazuję się to wyjątkowo proste, bowiem tuk tuki gromadzą się pod tablicami z numerami tras. Znajduję właściwą tablicę i już po chwili jestem w środku. Standardowy tuk tuk jest maksymalnie klaustrofobiczny – w środku ma może 120 cm wysokości i 150 długości, wąskie ławki pod ścianami i okna, które kończą się na wysokości brody. Na te wąskie ławki wchodzi do 6 osób z każdej strony. Jako że okna są nisko, a głowa wysoko, widać niewiele, co dla osoby spoza Kathmandu może być frustrujące. Należy się jednak wyluzować i czekać aż menedżer pojazdu (bo w tuk tuku również mamy kierowcę i menedżera) dam nam znać, że czas wysiadać. Pojazd, którym jechałem nie miał żadnych wskaźników – wyłącznie kierownicę, pedały i otwartą skrzynie biegów (widać było stalową linkę, którą służy do zmiany przełożeń). Nie zmienia to faktu, że szybko i w miarę komfortowo (jak na Nepal) dojechałem na miejsce, płacąc ułamek tego, co zapłaciłbym jadąc taksówką. Zdecydowanie polubiłem tą formę transportu.

Dzień kończę wizytą w moim ulubionym barze mlecznym, tym razem nieco kontroluję się przy zamawianiu. Czarna herbata, Thuk pah i smażony ryż z warzywami. Wokół mnie kobiety w tybetańskich strojach, zywo konwersują. Żałuję, ze nie rozumiem ani słowa – może warto by się podciągnąć lingwistycznie w tym kierunku… No, ale to plany na dalszą przyszłość. Zaczepia mnie młody Nepalczyk, rozmawiamy trochę, ma 22 lata, właśnie kończy 10th grade, czyli coś jak nasza II klasa liceum (w starym systemie), potem planuje zostać nauczycielem. Pochodzi z Solu Khumbu, czyli dystryktu nieopodal Everestu. Fakt, że wiem, gdzie leży jego dystrykt sprawia mu dużą przyjemność. Rozmawiamy trochę o trekach, potem pyta mnie, czy jestem żonaty… Przez chwilę zastanawiam się, czy mnie czasem nie podrywa, ale zaraz przypominam sobie, że tutaj chłopaki chodzą za rękę, bo są kumplami, klimaty homoerotyczne nie mieszczą się w tutejszej mentalności, a w każdym razie nie są powszechnie akceptowane i z całą pewnością nie eksponowane.

Na koniec kilka słów o piwie w Nepalu. Standardowo piwo sprzedaje się w butelkach (nie widziałem jeszcze beczkowanego) 0,66l. Najpopularniejsze marki to San Miguel, Tuborg i Everest. Piwo jest dosyć drogie – wspominana butelka 0,66 kosztuje 150 rupii (6 zł) w sklepie i ok. 300 w knajpie. Biorąc pod uwagę, że w ulicznym bhatti można najeść się do syta za 100-150 rupii, jest to koszt znaczący. Na prowincji można spotkać piwo jęczmienne, ale nie miałem jeszcze okazji go spróbować. Lokalne alkohole takie jak niepowtarzalna jabłkowa brandy z okolic Jiri są w KTM praktycznie niedostępne (znaczy się, najpewniej trzeba wiedzieć gdzie szukać).

14.IX.2010 – Kathmandu: przed wyjazdem do Jiri.

Jutro ruszam na pierwszy trek (Jiri – Lukla – Tumlingtar – Makalu Base Camp – Tumlingtar), nie będzie mnie około miesiąca, więc dzisiaj ostatni moment na domknięcie rożnych spraw logistycznych. Spod stupy łapię mikrobus do Ratna Park, obok mam piekielny dworzec autobusowy i supermarket, instytucję praktycznie nie spotykaną Nepalu. Mikrobus zapchany do granic możliwości, w pewnej chwili dziewczyna w szkolnym mundurku jedzie na stojąco – niebywała ekwilibrystyka. Chcę nawet zaproponować, żeby usiadła mi na kolanach, ale wolę nie ryzykować poważnego culture cash.

Po krótkich poszukiwaniach udaję mi się znaleźć kasę biletową – płacę 470 rupii i mam bilet na super express bus do Jiri. Super express jedzie 7 godzin (o ile pamiętam jest to odległość 180 kilometrów). Zwykłe autobusy jadą nawet 12h, w porywach do 16h. Mam miejsce B12, nie wiem, czy doszukiwać się analogii z bombowcem. Po dworcu supermarket – klimatyzowany, strzeżony przez dwie urocze panie w mundurach. Kupuje szturm żarcie –  suszone owoce, orzechy, batony, masło czekoladowe. Teoretycznie nie będę potrzebował jedzenia, bo podstawowa infrastruktura jest dosyć dobrze rozwinięta w tej okolicy, ale wolę nie ryzykować.

Wracam przez stupę: kręcę młynkami i kupuję piękne, poczwórne, mosiężne dorje (vajra) , żeby uczcić pierwsze zetknięcie z Nepalem. Targi jak zwykle są długie i intensywne – ostatecznie staje dokładnie na 2/3 ceny wyjściowej. Sprzedawca na pożegnanie stwierdza, że dobrze się targuję, i koniecznie mam do niego wrócić, bo tym razem niczego na mnie nie zarobił. Śmieję się tylko, mówiąc ‘I’m sure you’ve made a nice profit on this one…’ – ‘no profit’, odpowiada smutno. Nie wiem doprawdy, jak on się utrzymuje w tym biznesie… No, ale faktycznie wrócę do niego – ma piękną kolekcję phurba, szczególnie jeden wpada mi  w oko. Wyjątkowo masywny, pięknie rzeźbiony w trzech rodzajach metalu. Cena wyjściowa dosyć odstraszająca, a ja już nie mam siły się targować. Do stupy wrócę jeszcze wieczorem, zapalić maślany znicz w intencji udanego treku!

Na koniec zahaczam o swoje bahtti i oprócz than tuk i momo, biorę na podróż dwa roti, tybetańskie chlebki. Od jutra koniec luksusów, zero Internetu, minimum cywilizacji. Kolejne odcinki tej relacji będę spisywał odręcznie i dopiero za 4-5 tygodni będę miał okazję wrzucić do sieci.

15.IX.2010 – Kathmandu-Jiri.

W wieczór przed wyjazdem do Jiri idę do stupy zapalić maślaną lampkę w intencji powodzenia wyprawy. Okazuje się to bardziej złożone niż myślałem… Na samym początku mam wątpliwości co do samego zastosowania takich lampek – obawiam się, że być może pali się wyłącznie w celu uczczenia pamięci zmarłych. Moje ubezpieczenie obejmuje co prawda transport zwłok, ale wolę ruszyć w góry ze zdecydowanie pozytywniejszym nastawieniem. Na szczęście ekspertów nie brakuje, w końcu mieszkam na terenie klasztoru. Zaczepiam jednego z młodych mnichów i pytam, czy intencji powodzenia wyprawy mogę taką lampkę zapalić. Jak najbardziej, mogę. Lampki są uniwersalne i mogą być palone praktycznie w każdym pozytywnym celu.

Ruszam więc w stronę stupy i po chwili natykam się na starszą Tybetankę, która sprzedaje lampki. Gestem pytam, czy mogę – “five rupees” słyszę. Płacę, biorę lampkę i chcę iść do stupy. Nic z tego! Lampkę pali się na miejscu, jeśli chcę zapalić w stupie, muszę iść do stupy i tam znaleźć odpowiednik pani od lampek. Odpalam lampę od jednej z już płonących, robię niezdarny pokłon, mruczę, że to w intencji udanego treku, dziękuje Tybetance i idę dalej. Mam już podstawową wiedzę, więc w stupie radzę sobie znacznie lepiej. Znajduję pomieszczenie z lampkami – a są tu lampki wszelkich rodzajów i wielkości, od malutkich, aż po potężne znicze – odpalam, ze skupieniem i precyzją określam intencję, na koniec wykonuję nieco zgrabniejszy pokłon. Przy wyjściu płacę kolejne 5 rupii i szukam na ostatni przed wyjazdem obchód stupy. Natychmiast czuję, że jestem w dobrych rękach, ani chybi intencja została uznana z godną i przyjęta. Oby.

W dniu wyjazdu budzę sie o 0400 i taksówką ruszam do przedsionka piekieł. Dworzec autobusowy Ratna Park w nocy wygląda równie źle, co w dzień – podejrzewam, że dla tego miejsca nie ma już ratunku. Po chwili krążenia znajduję swój autobus, plecak (szczelnie opakowany pokrowcem) wstawiam do środka, jako że dach jest szczelnie załadowany workami z ziarnem. Autobus jest pełny, ale na razie nie ma tłoku – ostatnie dwie godziny podróży radykalnie to zmienią, super express stanie się wówczas osobowym. Podróż przebiega bez większych niespodzianek, jest kilka krótkich toilet stops i jeden dłuższy przystanek na dal bhaat, ok. 1000, czy w porze nepalskiego śniadania. Nepalczycy tradycyjnie piją rano (ok. 0600) jedynie herbatę, a ok. 1000 jedzą sporą dawkę dal bhaat, co wystarcza im do ok. 1800, kiedy to jedą ostatni posiłek – zazwyczaj też dal bhaat.

Do Jiri docieramy spóźnieni jedynie godzinę. Miasto robi dobre wrażenie: miłe, zadbane, położone w dolinie z widokiem na zamglone, lesiste szczyty. Klimaty nieco bieszczadzkie, mimo że większość tych szczytów ma ponad 3000 mnpm, a samo Jiri leży gdzieś w okolicach 2000 mnpn. Na miejscu próbuje złapać autobus, albo jeep do Shivalaya, skąd miałem zacząć trek, ale okazuje się, że droga nie wróciła jeszcze do stanu używalności po monsunie. “Bus in 2 weeks, maybe” mówią tubylcy. Wygląda więc na to, że jutro długi dzień – muszę najpierw dojść do Shivalaya, a potem dalej, do Bhandar, gdzie zgodnie z planem mam zakończyć jutrzejszy dzień.

Jeszcze na punkcie kontroli paszportów kilka kilometrów przed Jiri, zaczepia mnie właściciel jednego z lokalnych lodge’ów – Jirel. Dobrze patrzy mu z oczy, ceny ma dosyć przystępne, a poza tym jego lodge został wymieniony w moim przewodniku. Dochodzę do wniosku, że nie ma co kombinować i zostaje na noc u niego. Na obiad dostaje rewelacyjną zupę czosnkową i porcję dal bhaat, która powaliłaby jaka. ceny 2x wyższe niz w moim tybetańskich bhatti w Kathmandu, ale w końcu jesteśmy już dosyć głęboko w górach. Za to pokój kosztuje grosze – 100 rupii za noc. Zgodnie z lokalnym podejściem, pokój traktowany jest jedynie jako dodatek do jedzenia. Nie jest trudno wytargować pokój za darmo, o ile zje się na miejscu dwa – trzy posiłki.

Jirel, który jest licencjonowanym przewodnikiem, najwyraźniej nie może doczekać się sezonu – chodzi w kółko znudzony i nie bardzo wie, co ze sobą zrobić. Trochę rozmawiamy, pokazuje mi kawałek miasta, ale wciąż wisi nad nim jakiś cień. Może powinienem zabrać go na piwo? Ostatecznie zostawiam go z jego cieniem i sam ruszam kawałek jutrzejszą trasą. Robię trochę zdjęć, prowadzę też uroczą konwersację z dwiema dziewczynkami w wieku mocno wczesnoszkolnym. Chcą ode mnie długopisu, cukierków, albo pieniędzy… Odmawiam, bo spełnianie takich życzeń prowadzi jedynie do eskalacji żebractwa. Ostatecznie proszą o zdjęcie, na którym wychodzą straszliwie spięte, mimo moich prób rozładowania atmosfery.

Po powrocie udaję mi się znaleźć lokalne cyber cafe. Jest to przedpotopowy komputer wciśnięty gdzieś w kąt sklepu ogólnoprzemysłowego. Natychmiast staje się lokalną atrakcją – młode dziewczęta tłoczą mi się za plecami, podglądając, co robię ba facebooku, przed sklepem gromadzi się kilku dorosłych mężczyzn, którzy obserwują mnie nieco bardziej dyskretnie. Staram się nawet nie myśleć o kwestiach bezpieczeństwa. W końcu konto na FB to nie jest zasób, który należy przesadnie chronić.  Owa nieskrępowana ciekawość jest bardzo w Nepalu charakterystyczna. Wielokrotnie zdarzało się, że kiedy wyciągałem telefon, żeby sprawdzić, czy mam zasięg, wokół mnie gromadziła się grupka porterów, dzieci, czy kto tam akurat był w okolicy i bez żadnych oporów obserwowała, co robię. Podobną atrakcją było golenie się – w górskich lodge’ach nie ma łazienek, a lustro zazwyczaj jest jedno, przymocowane na stałe gdzieś na zewnątrz. Jako że nie chciałem wyglądać jak zaniedbany Yeti, starałem się golić co 3-4 dni. Za każdym razem byłem bacznie obserwowany przez kilka osób, które przyglądały mi się z autentycznym zainteresowaniem. Co ciekawe, nie było przy tym żadnych komentarzy, śmiechów, złośliwości, czy wrogości.

Pod wieczór kąpiel – mój lodge ma mieć “24h hot water”, spodziewam się więc gorącego prysznica. Nic bardziej błędnego, prysznic jest lodowaty. Ale właściciel gotuje mi wiadro gorącej wody, w ten sposób faktycznie jest “24h hot water”.

Potem kolacja – jest kilka tygodni przed sezonem, więc w jadalni jestem na razie jedynym przyjezdnym, wokół grupka tubylców. Chwila rozmowy, po czym koncentrują się na TV. Leci właśnie nepalski odpowiednim “Magdy M”, czy innego “M jak miłość”. Cukierkowe sceny zabawnie wyglądają na tle lekko nadgryzionych miejskich krajobrazów Kathmandu, czy innego dużego miasta.

Po jedzeniu próbuje lokalnego wina – jakiejś odmiany rakshi. Smakuje fuzlem, poza tym nieco jak wytrawna Choya albo tokaj bez cukru. Pędzą to z ryżu i millet, z dodatkiem jakiegoś specjalnego zioła. Zastanawiam się, czy nie jest to przypadkiem ta słynna himalajska viagra, ale nie, to jakiś korzeń, o którym niewtajemniczeni nie wiedzą.

Na koniec dnia niespodziewane spotkanie – słyszę rozmowę po angielsku, po czym do lodge’owej jadalni wpada starsza pani Brytyjka. Zaczynamy rozmawiać, okazuje się, ze przed przeprowadzką do Nepalu mieszkała przy Russel Square, dwa kroki od UCL, na którym studiowałem przez ponad 3 lata. Zna też Rogera Raya, znajomego z forum Lonely Planet – doprawdy, świat jest mały. Brytyjka ma niestety skłonność do monologowania, na 1.5h rozmowy, mówię może 10 minut. Jest wolontariuszką i prowadzi organizację charytatywną, która rekrutuje i rozmieszcza innych wolontariuszy w Nepalu. Dużo ma pasji, energii i spontaniczności, nieco gorzej z planowaniem, analizą i organizacją.

16.IX.2010 – Jiri-Shivalaya-Bhandar.

Wstaję dosyć późno, o 0730 – to pierwszy dzień i jeszcze nie do końca opracowałem się codzienną rutynę. Potem śniadanie – chapatti z miodem i litr herbaty. Płacę, zostawiając 10% napiwku, jako że miejsce bardzo przyjazne, jedzenie dobre i miły pokój. Potem rozmawiamy o mojej trasie, dostaje kilka wizytówek zaprzyjaźnionych lodge’y. Na sam koniec dostaję kata – buddyjski szal, jako błogosławieństwo na drogę. Bardzo mnie to ujęło – nie musieli tego robić i zazwyczaj takie rzeczy się nie zdarzają, więc najpewniej była to spontaniczna inicjatywa.

Ruszam w drogę mocno po ósmej. Jest nieco zawiła, ale docieram do Shivalaya w 3.5h, akurat na obiad. Raz się poważnie gubię, myślę, że idę w niewłaściwą stronę jakieś 30 minut. Dopiero dwóch porterów bez ładunku, spotkanych po drodze, uświadamia mi, że źle idę. Rozmawiamy, w końcu zostaje tylko jeden, który próbuje mnie gdzieś prowadzić na zbocze, w gęsty las… Długo się waham, w końcu ruszamy. Po 10 minutach na bardzo stromej i ledwo widocznej ścieżce jestem z powrotem na właściwej trasie. Mój nowy przewodnik chce pieniędzy za przysługę – 100 rupii. To zdecydowanie za dużo, staje na 50. Płacę bez większych oporów, gdyby nie on, straciłbym kilka godzin i nie dotarł do Bhandar przed zmrokiem.

Do Shivalaya wchodzę w pierwszych kroplach deszczu, kilka minut później pada już regularny, monsunowy deszcz. Shivalaya to kolejne ładne miasteczko – schludne, zadbane i położone w o wiele ładniejszej okolicy niż Jiri. Nie mam jednak za dużo czasu na zwiedzanie, kończę obiad i ruszam w górę. Do pokonania mam 1000 przewyższenia na przełęcz Deorali. Idę bardzo powoli, przy każdej okazji pytam też o drogę – to dobry zwyczaj, który będę teraz praktykował codziennie. Sprawdza się lepiej od map, przewodników i kompasu. W pewnej chwili zaczepia mnie lokalny guide i pyta dokąd idę. Mówię, że pod Makalu. Guide jest wielce zaskoczony “strong man” – woła – “so many days”… No cóż, za parę tygodni okaże się, czy faktycznie strong.

Na przełęcz docieram po 3 godzinach – wychodzi ok. 350 metrów przewyższenia na godzinę, co nie jest złym wynikiem, biorąc pod uwagę 20-kilku kilogramowy plecak. Robi się ciemno, podnosi się mgła, ale na miejscu jest kilka murowanych lodge’y. W jednym z nich wzmacniam się herbatą i ruszam w dół do Bhandar, gdzie docieram o 1730. Jestem już mocno zmęczony, pod koniec dwa razy przewracam się na śliskich kamieniach. Kończy się na lekko wygiętym kijku i zabłoconych spodniach.

Bhandar zdecydowanie nie jest centrum świata. Kilkanaście domów rozciągnięte na przestrzeni dwóch kilometrów. W centrum mała gompa dwa asymetryczne chorteny – jeden zwieńczony kopułą, drugi piramidą. Zatrzymuje się w Shobha Lodge. Warunki nieco spartańskie, ale po długim dniu nie mam siły wybrzydzać. Poza tym mają autentyczny gorący prysznic – z wodą ogrzewaną piecykiem gazowym.

Po drodze do Bhandar natykam się na niezwykły entourage. Starszy, siedemdziesięciokilkuletni Japończyk na kucyku (albo osiołku), porter, przewodnik i menedżer kucyka. Kucyk dokonuje rzeczy niemożliwych, wwożąc starszego pana po bardzo stromych, śliskich stopniach. Zatrzymują się w tym samym lodge’u. co ja – próbujemy trochę rozmawiać, ale ciężko to idzie, jako ze Japończyk bardzo słabo zna angielski. Okazuje się, że idą do Gokyo, a planach mają co najmniej dwie przełęcze powyżej 5000 mnpm! Ambitnie, trzymam kciuki za kucyka.

Zastanawia mnie też jedna rzecz – jestem na totalnym odludziu, mgła, mżawka, zimno, mrok, nie ma światła, klimaty zdecydowanie depresyjne. Mimo to czuję się tutaj dobrze – nie czuje zagrożenia, pustki, nostalgii. Ciekaw jestem, czy to himalajski genius loci, nastawienie ludzi, czy po prostu fizyczne zmęczenie mnie tak nastawiają. Później wielokrotnie będę miał tą samą obserwację – gdzieś w zadymionym bhatti, kilka dni od najbliższej drogi, bez kontaktu ze światem, zdany praktycznie wyłącznie na siebie, będę się czuł mocno zrelaksowany i generalnie zadowolony z życia. 

17.IX.2010 – Bhandar-Sete.

Powoli wdrażam trekkingową rutynę – pobudka o 0600, śniadanie pół godziny później, w drodze mam być najpóźniej o 0730. Dzisiaj wyjście się nieco opóźnia, bo pada koszmarny deszcz. Czekając na lepszą pogodę, zaprzyjaźniam się z sympatyczną Brytyjką, która mieszka w lodge’u naprzeciwko. Szybko decydujemy się iść dzisiaj razem.

Dobry to pomysł – rozmawiamy jak najęci, czas mija bardzo szybko i w ciągu 3h jesteśmy w Kinja. Tu czeka na nas żołnierz, który sprawdza paszporty (właściwie to sami wpisujemy odpowiednie dane do grubego zeszytu). W rubryce nationality wpisuje POLISH – żołnierz z kolegami mają wątpliwości, czy to nie jest POLICE. Tak, czy inaczej, decydują się puścić mnie wolno.

Obiad jemy w bardzo miłym New Everest Lodge. Właściciel jest niezwykle towarzyski, zna też kilka słów po Czesku, dzięki czemu porozumiewamy się we wschodnioeuropejskich języku. Absurdalność całej sytuacji niezwykle bawi moją towarzyszkę – jestem gdzieś w głębi Himalajów i rozmawiam z Szerpą po Czesku.

Kilka zdjęć na pożegnanie i ruszamy pod górę. Dzisiaj kolejne 1000 metrów do zrobienia – podejście jest potworne, ale trzymamy tempo – po 1.5h mamy za sobą połowę. Zatrzymujemy się na herbatę, gdzie mam okazję wypróbować swoją znajomość podstaw nepalskiego. Pytam tubylców o nazwę wioski, w której jesteśmy. Odpowiadają zgodnym chórem, wyraźnie i pozytywnie zaskoczeni.

Po kolejnej godzinie z kawałkiem docieramy do Sete. Moja towarzyszka chce iść dalej, ma plan dotarcia do Namche a jakimś rekordowym czasie. Ja z kolei zupełnie nie mam ochoty się ścigać, więc rozstajemy się raczej chłodnawo.

Loguję się do lodge’a i po godzinie codziennych prac typu pranie, golenie, filtrowanie wody, uświadamiam sobie jak bardzo jestem zmęczony. Do kolacji siadam mocno ścięty, w pewnej chwili nawet mam dreszcze, ale dwie miski zupy czosnkowej, chow mein z jajkiem i masa herbaty szybko stawiają mnie na nogi. Mści się lenistwo – przez ostatnią godzinę podejścia wiał bardzo zimny wiatr, a mnie nie chciało się zdejmować plecaka, żeby założyć Gore!

18.IX.2010 – Sete-Junbesi.

Budzi mnie słońce, towar zdecydowanie deficytowy w ciągu ostatnich kilku dni. Wyglądam przez okno i prawie, że mdleje – widok na 1000 metrów w dół i kilka kilometrów w dal, w powietrzu nawet jeden drobiny mgły, na niebie kilka małych, strzępiatych chmur. Natychmiast nabieram motywacji do bardziej agresywnego działania i ponownie rozważam atak na okoliczny czterotysięcznik, Pikey Peak. To tylko 500 metrów wyżej niż przełęcz Lamjura La, przez która będę za kilka godzin przechodził.

Pogoda utrzymuje się przez mniej więcej godzinę, potem słońce wychodzi zza gór i ogrzewa stoki, które uwalniają potężne kłęby mgły. Kłęby w deprymującym tempie unoszą się w górę i wkrótce pojawia się nowa warstwa chmur. Moje nadzieje na czterotysięcznik zaczynają gwałtownie topnieć, nie jestem jeszcze gotów na błądzenie w himalajskiej mgle. Po szybkim śniadaniu ruszam w górę – do przełęczy muszę podejść ok. 700 metrów, do 3600 mnpm. Będzie to najwyższy punkt, jaki osiągnę w ciągu najbliższych 3 tygodni, wyżej wejdę dopiero w drodze pod Makalu. Po drodze na przełęcz dwa przystanki na czarną herbatę, cahlo ciya. Na przełęczy mgła tak gęsta, że nie widzę, co dzieje się 10 metrów przede mną. Czterotysięcznik poczeka.

Wczesny obiad zjadam w prostym bhatti na przełęczy. Jedna izba, w której cała rodzina mieszka, pracuje i śpi. Jedzenie jednak znakomite – dobrze ugotowany ryż, a do tego gęsty, grzybowy sos z warzywami. Miła odmiana od rozgotowanej soczewicy. Smakuje mi na tyle, że zgadzam się na dokładkę – zgodnie z lokalnym zwyczajem, będą mi uzupełniać braki na to talerzy dopóki nie powiem “tikcha”, wystarczy. Próbuje też kilku nowych zwrotów po nepalsku – sprawdzają się dobrze, chociaż częściej wywołują zaskoczenie niż entuzjazm. Może to kwestia akcentu, a może posługując się nepalskim przekraczam jakąś granicę i nie wiadomo jak mnie sklasyfikować.

Ruszam do Junbesi mając cichą nadzieje na dotarcie do Ringo, 3h za Junbesi. Po przekroczeniu przełęczy zaczynam lekko odczuwać wysokość, robię się poirytowany i lekko zdekoncentrowany. Próbuję robić zdjęcia, ale aparat szaleje – nie uświadamiam sobie jeszcze, że wszystko z nim w porządku, przełączył się tylko na inny, semiautomatyczny tryb, którego nigdy wcześniej nie używałem. Droga w dół się dłuży, bolą mnie stopy, plecak uwiera. Irytacja maleje wraz z utratą wysokości, dochodzę też do wniosku, że trochę za bardzo się forsuje. Zwalniam więc i spacerowym tempem docieram do Junbesi.

Jest to bardzo ładne miasteczko, wśród zadrzewionych wzgórz – znowu sprawia wrażenie bieszczadzkie. Co prawda w Bieszczadach buduje się co popadnie, a tutaj mamy bardzo spójną, lokalną architekturę. Przy wejściu do miasta mała gompa, inną widziałem na przeciwległej ścianie doliny nieco wcześniej. Zgodnie z przewodnikiem, okolica jest ich pełna – i trudno się dziwić, pięknie tu i spokojnie. Sam chętnie zamknąłbym się w jednym z okolicznych klasztorów, pod warunkiem, że miałby szybkie łącza. Zatrzymuję się w schludnym lodge’u z ładnym sadem jabłoni – “Apple garden lodge”. Na jabłka jest nieco za wcześnie – trudno o jakiekolwiek produkty z tychże. A okolica ma z nich słynąć – placek jabłkowy, szarlotka, dżemy, cydr, jabłkowe brandy…

Wczesnym popołudniem zaczyna padać i pada aż do wieczora. Nocą przeciera się i widać masę gwiazd, co sugeruje dobrą pogodę kolejnego dnia. 

19.IX.2010 – Junbesi-Nunthala.

Początek dnia zgodnie z trekkingową rutyną – o 0630 owsianka, chapatti i litr herbaty. Pogoda, jak na razie, rewelacyjna, więc wyciągam z plecaka aparat i po drodze do Ringmo robię sporo zdjęć. Ostatecznie docieram na miejsce po 4h, już w lekkim deszczu. Pierwsze dwa lodge zajęte przez grupy zachodnich turystów spieszących do Lukli, idę więc dalej. Ostatecznie trafiam do “Yak & Nak Hotel” na końcu wioski. Przed lodgem znajomy kucyk, w środku znajomy Japończyk. Rozmawiamy nieco dłużej, okazuje się, przez lata pracował dla IBMa w Tokio, zarządzał personelem.

Po trzech herbatach i dal bhaat z jedną dokładką jestem gotów do drogi. Przed wyjściem pytam ile waży plecak jednego z Szerpów z entourage Japończyka – 15 kg. Wspominam, że to mniej niż mój, co wzbudza powszechne zainteresowanie. Szerpowie podnoszą mój plecak i oceniają go na 25-26kg. IMO przesadzili o 3 kg, co nie zmienia faktu, że są pod wrażeniem i lekko zatroskani.

Mnie ten ciężar przeszkadza coraz mniej, nogi już się oswoiły, teraz zaczynają boleć mnie plecy. Generalnie kończę dzień znacznie mniej zmęczony niż wczoraj, czy dwa dni wcześniej. Ani chybi procesy adaptacyjne trwają! Kopiuję też sposób poruszania się porterów, małe kroczki, bardzo stabilnie utrzymywany ładunek, lekko ugięte nogi, wolne tempo i co parę minut krótki odpoczynek przy specjalnej, kamiennej lub drewnianej, ławie, która nazywa się tutaj chautara. Efekty widać od razu, mniej się męczę na podejściach i, co ważniejsze na zejściach, które jak do tej pory nieco mnie męczyły. Ogólnie, poruszam się szybciej i docieram na miejsce w o wiele lepszej dyspozycji. Z czasem zacznę wydłużać czasy między przystankami do 40-60 minut.

Do Nunthali docieram wcześnie, robię pranie i schodzę do common roomu na późny obiad. Spotykam tam parę Szwajcarów i Irlandczyka. Lekko zdołowani, albo zmęczeni, siedzą bez słowa i piją swoją herbatę, co mi zresztą bardzo odpowiada. Wczoraj, w Junbesi, w common roomie natknąłem się na stado Amerykanów – hałaśliwi, ekspansywni, bez odrobiny szacunku dla spokoju, czy prywatności innych. Po godzinie dzielenia z nimi jednego pomieszczenia, czuję się mocno zdołowany. Nie wiem, czy to kwestia narodowości, czy była to grupa po przejściach, szukająca w Himalajach harmonii i równowagi, ale roztaczali koszmarnie złą aurę. Nie spotkałem tu jeszcze nikogo, kto generowałby tyle złych wibracji. Ignoruję ich totalnie, bohu spasit odbierają przekaz i nie kwapią się do rozmów ze mną. Inni nie mają tyle szczęścia.

W Nunthali mam po raz pierwszy okazję spróbować słynnego himalajskiego apple pie. Jest to duży, opiekany pieróg, ze słodką, jabłkowo-cynamonową masą w środku. Smakuje absolutnie rewelacyjny, mruczę ukontentowany podczas konsumpcji, co wzbudza szczerą radość właściciela lodge’a.

Na koniec kilka słów o osłach. Pod koniec podejścia na przełęcz Taksimdu za Ringmo dogania mnie karawana osłów (mułów). Podobnie jak inne lokalne zwierzęta (na przykład rzeczne bawoły, o których później), osły się mnie boją i nie chcą wyprzedzić. Ida spokojnie za mną, zatrzymując się, jeśli zbliżą za bardzo. Po kilku minutach gromadzi się za mną całkiem spore stado. Poganiacza najwyraźniej to irytuje, bo krzykami i batem forsuje zwierzęta naprzód. Każdy osioł niesie dwa spore worki z ziarnem (30-50 kg) albo dwie butle z gazem – po jednej na każdym boku. Ścieżka prowadzi akurat wąskim wąwozikiem, wymytym w glinie przez spływającą wodę, przez chwilę obawiam się nawet, ze zostanę wprasowany w ścianę, ale osły przeciskają się obok mnie z wielką subtelnością, kończy się na lekkim potrąceniu butlą z gazem.

Karawany osłów, obok porterów, to jeden z głównych sposobów dostarczania towarów do bardziej odległych rejonów w górach. w jednej karawanie idzie do 50 sztuk, każdy niesie 60-100 kg ładunku. Gdzieś przeczytałem, że transport na odcinku, którego pokonanie zajmuje trzy dni kosztuje 20 rupii za kilogram. W trakcie rozmowy z jednym z poganiaczy dowiaduje się też, że jeden osioł kosztuje ok. 50 000 rupii (ok. 700 USD).

W naprawdę odległych i górzystych rejonach osły się nie sprawdzają, więc wykorzystywane są owce. Szyje im się specjalne uprzęże, pozwalające obciążyć zwierze dwoma niewielkimi (10 kg) workami z ryżem, czy inny sypkim towarem. Takie stado pędzone jest później przez wysokie przełęcze, przenosząc towary na spore odległości w bardzo trudnym terenie. 

20.IX.2010 – Nunthala-Bupsa.

Dzisiaj, ze sporym zaskoczeniem, odkryłem dziś w sobie pierwiastek rasistowski. I nie, nie ma to nic wspólnego z Nepalczykami, którzy są naprawdę wspaniałym narodem. Chodzi o Amerykanów. Hałaśliwych, ekspansywnych, obrzydliwie akcentujących angielszczyznę, nie mających pojęcia o lokalnej kulturze, poruszających się w dużych grupach z przewodnikiem i grupą tragarzy (a jakże). Amerykanów wyraźnie wystraszonych sytuacją, w której się znaleźli, obcą kulturą, nie zdominowaną bezmyślnym konsumeryzmem, zamykających się we własnym gronie i hałaśliwym bravado, próbujących pokryć swój brak pewności siebie, strach i ignorancję.

Wyruszyłem z Nunthali późno, lekko po 0730. Kilkanaście minut za miastem, cisze poranka przerywają mi wrzaski i smiechy. Po chwili doganiam grupę Amerykanów, zachowujących się jak na meczu baseballa. Mijam wyraźnie zawstydzonego guide’a, mijam ich samych, możliwie chłodnym tonem odpowiadając na “good morning”. Jeszcze dobre kilka minut słyszę za sobą tych Hunów.

Bohu spasit, mimo prawie 25 kg na plecach, szybko zostawiam ich w tyle. Doganiają mnie dopiero na przełęczy, gdzie kończę pierwszy obiad. Robię co w mojej mocy, żeby traktować ich jak powietrze – wychodzi mi nieźle. Wiem, ze nie powinienem się uprzedzać, ale ich sposób bycia i mentalność piętnastolatków wywołuje u nie natychmiastową irytacja i nieco agresji. Dotarłszy do Bupsy mam nadzieje, że zatrzymają się w innym lodge’u niż ja – Buddowie są łaskawi, więcej o Amerykanach nie słyszę.

Lodge w Bupsie wybieram najładniejszy, z typowo himalajskim widokiem na dolinę – 1500 m w dół, kilometry w dal. Widok niestety lekko zasnuty mgłą i deszczem. Lodge prowadzi samotna właścicielka – ładna Sherpani ok. 30-tki. Podoba mi się bardzo, ja też wzbudzam jej zainteresowanie. Mam nadzieje na dłuższa rozmowę, ale pojawiają się inni goście (japończyk z entourage) i didi bierze się za gotowanie.

W nepalu na osoby mniej więcej w naszym wieku, mówi się didi (starsza siostro), albo dai (starszy bracie). Na osoby wyraźnie młodsze, woła się bahi (młodszy bracie), albo dahini (młodsza siostro). Bardzo ładny zwyczaj, z którego z przyjemnością korzystam.

W ramach eksplorowania lokalnej kultury, postanawiam spróbować chaangu – lokalnego piwa, pędzonego z prosa. Jest bardzo słabe (2-3%), gęstawe, w brudnobiałym kolorze. Za 150 rupii dostaję półtoralitrowy dzbanek. Piwo ma nawet niezły, kwaśnawy smak, dobrze gasi pragnienie. Trochę jak Paulaner w wersji wczesna beta. Wypijam trzy kubki i daję spokój, raczej nie zostanę fanem chaangu. Za kilka dni okaże się, ze ten eksperyment przypłaciłem poważnymi problemami żołądkowymi… Chaang jest pędzony na wodzie prosto z rzeki, czy strumienia, co stwarza poważne ryzyko złapania jakiegoś lokalnego bakcyla.

21.IX.2010 – Bupsa-Pangum.

Dzisiaj kończę pierwszy odcinek treku. Zamiast iść na północ, do Lukli, jak znacząca większość osób idących z Jiri, skręcam na południe, w stronę doliny Arunu i miasta Tumlingtar. Wyprawa do Lukli kosztowałaby mnie 2 dni, do tego wracać musiałbym tą samą drogą. Lukla nie ma wiele do zaoferowania, jest to stricte turystyczny ośrodek, początek większości wypraw na Everest i treków do EBC. Na bardzo prężnie działającym lotnisku w sezonie ląduje nawet 50 małych samolotów dziennie. Trek do Tumlingtaru ma jedną poważną zaletę – jest bardzo, ale to bardzo mało uczęszczany, infrastruktura turystyczna jest bardzo prymitywna i można się tutaj otrzeć o nieskażoną zachodnimi wpływami kulturę Szerpów, Rai i Gurungów.

Continue reading

23.IX.2010 – Nadjindingma-Bung.

Od Szerpy w Nadjindingmie wychodzę z przyjemnością, obwiniając go za pogarszający się stan mojego żołądka. Lekko popaduje, psychicznie nastawiam się więc na kolejny dzień w deszczu. Mżawka prześladuje mnie aż do przełęczy, gdzie – już po raz drugi – jestem świadkiem pięknego zjawiska pogodowego. Po jednej stronie przełęczy chmury i deszcz, po drugiej słońce i bezchmurne niebo, pogoda zdecydowanie zachęcająca do życia. Ciesząc się słońcem wypijam herbatę w małym, czystym bhatii na przełęczy. Przygląda mi się dwójka małych dzieci, w tym dziewczynka o niezwykłej urodzie, zwykle nie zwracam na dzieci uwagi, ale od niej nie mogę oderwać wzroku.

Continue reading

24.IX.2010 – Bung-Sanam.

Z Bung ruszam o zwykłej porze, ok. 0730. Wcześniej, gospodyni robi mi śniadnie, dwa smażone jajka i duże chapatti z miodem. Niestety, tak jak udało mi się – z pomocą rozmówek angielsko-nepaskich – wyjaśnić, co chcę zjeść, tak nie próbowałem nawet wyjaśnić, że jajka zjem najpierw, a chappati z miodem na koniec. Dostałem więc talerz chapatii, na których leżały ociekające tłuszczem jajka. I słoik miodu na dokładkę.

Continue reading

25.IX.2010 – Sanam.

Ruszam w drogę po małym śniadaniu i już po paru minutach wiem, że będzie bardzo ciężko. Właściwie to z trudem idę. Nie wiem, czy antybiotyk, czy pierwotniak, ale długie podejście na przełęcz Salpa La wydaje się wysiłkiem zdecydowanie ponad siły. W niewielkim bhatti zatrzymuje się na herbatę i ciastka – czuję się po nich nieco lepiej. Bardzo powoli ruszam do góry. Po pół godzinie wiem, że dzisiaj nie dam rady. Zawracam więc do Sanam, dalsze forsowanie się nie ma większego sensu.

Continue reading

27.IX.2010 – Phedi-Chalise.

Okazuje się, że są sprawy, których przed wyjazdem nie wziąłem pod uwagę. Spawy całkiem oczywiste, takie jak słońce. Wyruszyłem jak zwykle o 0730 rano. Początkowo szło mi się nieźle, mimo że czułem nogi po wczorajszym długim dniu. Po kilku godzinach mocno zaczął dokuczać mi upał, zszedłem wszak wyraźnie poniżej 1000 mnpm, a poza tym jestem na południu Nepalu, w Teraiu, który słynie z tropikalnego klimatu.

Continue reading

28.IX.2010 – Chalise-Tumlingtar.

Noclegi u nepalskich rodzin mają to do siebie, że chodzi się spać o zmroku, a wstaje o świcie. W tym przypadku były to, odpowiednio, 1900 z kawałkiem i 0525. Dostaję poranną herbatę z mlekiem i bez specjalnego ociągania się ruszam w drogę. Pierwsze 3 godziny są nawet przyjemne, jest gorąco, ale nie piekielnie gorąco. Co 40 minut robię przystanek na wodę i suszone owoce – jestem wszak bez śniadania.

Continue reading

29.IX-1.X.2010 – Tumlingtar.

Pierwszy dzień w Tumlingatrze zaczyna się w iście kolonialnym stylu. Wstaje późno, bo lekko po 0700, śniadanie jem godzinę później w miłej altance w ogrodzie. Sadzone jajka, tosty, owsianka, czarna kawa (po raz pierwszy od dwóch tygodni). Brązowy chłopak, który podaje mi jedzenie stara się jak może – bardzo mi odpowiada jego zaangażowanie.

Continue reading