Jako że jeszcze w połowie marca planowałem zostać w Tatrach co najmniej miesiąc, a może i dwa, nagłe wyrwanie ze schroniskowo-górskiego życia na projekt pozostawiło pewne puste miejsce, które teraz trzeba jakoś wypełniać. Tak się złożyło, że świąteczny horror powrócił pod postacią króliczków, jajek i dodatkowego dnia wolnego od pracy. Postanowiłem więc wrócić do Dol. Staroleśnej, próbować zakończyć to, co zacząłem tydzień wcześniej.
Dojazd do KRK bez problemów – wyjątkowo nikt nie rzuca się pod pociąg. W chwilę po wyjściu z pociągu łapię autobus (dla odmiany PKS Jelenia Góra a nie Szwagropol) do Zakopanego, który niestety dwukrotnie utyka w korkach i dociera na miejsce po niemal 3 godzinach. Ucieka mi tym samym ostatni bus do Łysej Polany, co stawia mnie w dosyć trudnym położeniu – mogę spać w Zako i jechać na Słowację następnego dnia rano, albo pojechać na Łysą taksówką i stamtąd przebijać się do Smokovca. Wybieram wariant taksówkowy. Wąż w kieszeni dostaje zawału.
Niestety, mimo tej kosztownej operacji, ucieka mi autobus do Smoko o 1655. Kolejny za 3h. Temperatura spada, pada śnieg, sklepy z Beherovką zamknięte, na drodze po jednym samochodzie na kwadrans. Jak żyć?
Zaczynam łapać stopa – w ciągu pół godziny mijają mnie dwa samochody, z czego drugi zabiera mnie do Łomnicy. Kierowca raczej małomówny i zamknięty w sobie, więc podróż bardzo przyjemna. Z Łomnicy mam Elektriczkę do Smokovca.
Smoko wymarłe, kolejka na Hrebienok już nie działa, więc pokrzepiwszy się piwem w dworcowej spelunie, ruszam na górę na fokach. Jakoś zakodowałem sobie, że podejścia jest 350m, więc na górze czeka mnie miła niespodzianka – Hrebienok okazuje się niższy o jakieś sto metrów.
Menedżment Bilikovej Chaty wydaje się czekać tylko na mnie i chyba nie jest zbyt uszczęśliwiony tym faktem. Dają mi klucz do pokoju i zaczynają – mocno, jak sądzę, spóźnioną – wielkopiątkową celebrację. Może byliby milsi, gdybym przyniósł im wielkanocną palmę z jednej z licznych kalwarii?
