Z tego wszystkiego zapomniałem dodać niusa o nowej eskapadzie. Już drugi tydzień siedzę w Tajlandii, jeszcze prawie miesiąc (a może dłużej?) przede mną. Klasycznie, Bangkok i Khanom.
Więcej w nowej kategorii – Okiem gekona.
Z tego wszystkiego zapomniałem dodać niusa o nowej eskapadzie. Już drugi tydzień siedzę w Tajlandii, jeszcze prawie miesiąc (a może dłużej?) przede mną. Klasycznie, Bangkok i Khanom.
Więcej w nowej kategorii – Okiem gekona.
Dzisiaj Visakha Buja, zwana także vesakiem, najpoważniejsze chyba buddyjskie święto. Kraj od kilku dni w atmosferze światęcznej, wszędzie flagi, festiwale, festyny.
Korzystając z pięknego światła przed zachodem słońca, wziąłem swój ulubiony obiektyw i zrobiłem kilka zdjęć w ogrodzie.
Dobra karma najwyraźniej procentuje. Dziś rano przed nadmorskim bieganiem wysłałem SMSa do jednego z okolicznych landlordów. Po bieganiu miałem już odpowiedź, a dwie godziny później oglądałem dom.
Jetlag i problemy ze spaniem minęły mi gdzieś koło środy, więc dzisiaj udało mi się wyspać, a nawet wstać nieco wcześniej, żeby zrobić krótką sesję na siłowni przed podróżą. Zauważyłem, że organizm, nieco wymęczony fizycznie z rana, o wiele lepiej znosi tutejsze temperatury.
Jeśli jest coś, dla mnie stanowi pewną esencję bycia expatą z wyboru, to są to nocne eksploracje azjatyckich miast na skucie. W Kathmandu to się tak średnio udawało, bo o 2100 miasto praktycznie zasypia, natomiast w Bangkoku, który jest metropolią 24 godzinną, trudno o lepszy sposób na spędzenie kilku późnowieczornych godzin.
Obowiązki zawodowe powodują, że nie mam czasu na leniwe eksploracje Bangkoku i generalne opierdalanie się. Ale bilans wychodzi zdecydowanie na plus, bo zasadniczo nie muszę się zastanawiać jak wypełnić dzień, tylko jak priorytetyzować rzeczy, które chcę zrobić – tak, żeby pogodzić je z pracą.
I tak oto, trzeci rok z rzędu, późną wiosną zawitałem w Tajlandii. Tym razem nieco w innym charakterze, bo jako człowiek pracy. Mój aktualny projekt prowadzony jest przez osoby, które rozumieją możliwości, jakie daje dzisiejsza technologia, i które nie mają nic przeciwko mojemu nomadyzmowi. Chwała i masa dobrej karmy im za to!
W BKK właśnie odbyła się Royal Ploughing Ceremony, czyli odwieczna ceremonia odprawiana na początku sezonu wegetacyjnego ryżu. Co prawda współczesne odmiany ryżu potrafią dawać plony 2-3 razy w roku, ale tradycji musi stać się zadość.
→ https://www.bangkokpost.com/photo/photo/1465126/rice-farming-season-begins
Na pierwszym zdjęciu widać nowego króla Tajlandii, VajiraLongkorna, czy też Ramę X, syna zmarłego jesienią 2016 Bhumibhola.
Ceremonia raczej o charakterze wedyjskim niż buddyjskim, co pokazuje wpływy tradycji hinduistycznych w Indochinach.
Znalazłem ciekawą publikację (webową) poświęconą sytuacji geopolitycznej w Indochinach. Nazywa się New Mandala. Warto czasem zajrzeć, bo w przeciwieństwie do The Diplomat, jest za darmo. Dużo artykułów na temat Tajlandii, Malezji, Indonezji i Birmy, troche mniej o Laosie i Kambodży. Do tego recenzje książek, podcasty, wywiady.
W The Diplomat ciekawy artykuł na temat potencjału legalizacji marihuany w Tajlandii.
Z moich planów, żeby co tydzień pisać coś na YK, na razie nic nie wychodzi. Podejrzewam, że globalna średnia nawet się zgadza, ale są okresy, jak teraz, gdy tygodniami nie dzieje się nic – ostatni raz napisałem coś na początku kwietnia.
Ale nic na siłę. I nic straconego. Wszystko wskazuje na to, że już za kilka tygodni polecę na pracujące wakacje (tak, tak, słowo staje się ciałem i Miro ma szansę stać się 100% digital nomad) na tajską prowincję i będę być może miał inspirację do częstszego pisania.
Wróciłem do w miarę regularnej nauki tajskiego. Czytam czytanki, ćwiczę litery, piszę (na komputerze, więc to się nie do końca liczy) różne słówka. Co prawda na razie głównie wpisuje je do słownika, starając się rozszyfrować różne zwroty z tekstów. Ma to aspekt bardziej rozrywkowy niż edukacyjny chyba, ale jakieś szczątkowe informacje zostają mi w głowie.
I dzisiaj doznałem małego olśnienia.
Karma ma niewątpliwy aspekt cykliczny – i tak, po dwuletniej przerwie, znowu trafiłem do Szwajcarii. Tym razem nie na stałe, ale z perspektywą regularnych odwiedzin co kilka tygodni.
Trochę to niespodziewany obrót sprawy, bo jeszcze w grudniu planowałem do wiosny siedzieć w Nepalu, ale – jak pisałem w innym miejscu – życie w Kathmandu nie do końca mi się spodobało (ani chybi starość) i z początkiem roku wróciłem do rzplitej burackiej (gdzie jest jeszcze gorzej ;-)).
Od kilku tygodni zbieram się, żeby podsumować ten wyjazd w kilku zdaniach.
Generalnie, nie mam powodów do narzekania – przetestowałem kolejne miasto pod kątem średnioterminowego ekspatyzmu, wziąłem udział w odosobnieniu w autentycznym tybetańskim klasztorze, poznałem reinkarnowanego Rinpoche (o czym w innym poście, którego jeszcze nie napisałem), oswoiłem się z codziennym życiem w Boudha – największym chyba ośrodku tybetańskiej diaspory w Nepalu.
Grudzień i styczeń to najzimniejsze miesiące w Kathmandu. Są tu również miesiące najbardziej suche, co skutkuje totalnym zapyleniem całego miasta. W połączeniu ze wyziewami mocno przestarzałych silników spalinowych, daje to mieszankę dosyć mało zachęcającą.
Plusem jest natomiast fakt, że praktycznie każdy dzień jest cudownie słoneczny (o ile słońce przebije się przez smog), a w środku dnia potrafi być nawet gorąco. Poniżej dwa zdjęcia zrobione w słoneczne popołudnie z jednej z dachowych kawiarni wokół stupy.
Od czasu pierwszej wizyty w KTM, jesienią 2010, mam swoją ulubioną, niezwykle obskurancką, miejscówkę na jedzenie i herbatę. Knajpa nazywa się Get Together i znajduje się na tyłach klasztoru Shechen, znanego z aktywnej działalności misjonarskiej (także na zachodzie), jak i z wygodnego przyklasztornego pensjonatu (Shechen Guesthouse). W Get Together jest super tanio, nie starając się specjalnie można zaspokoić dzienne potrzeby kaloryczne za jakieś 3 USD (ok. 10 zł).
Jak zwykle, mój coraz mniejszy entuzjazm do pisania (i do podróży i do życia in general) spowodował, że i tak nieregularna relacja w końcu urwała się zupełnie.
Postaram się nadrobić tyle, ile to możliwe, już z dusznych i dobrze znanych klimatów rzplitej burackiej.
Dzisiaj zrobiłem nieśmiałe podejście do projektu, do którego zbieram się od dawna, ale nie mogę do końca zebrać. Mianowicie do nagrywania dźwięków w różnych intrygujących miejscach, czyli tzw. field recordings.
Jako że lubię spędzać rozmaite święta w górach – z dala od ludzi i hałasu – postanowiłem wybrać się na krótki trek na przełomie 2017/2018. Odpocznę też nieco od klasztornej rutyny, która, choć fascynująca, po dwóch tygodniach zaczyna nieco męczyć swoją repetytywnością. Tak też jest jej idea, ale że nie to jest moja zasadnicza praktyka, tylko pewne doświadczenie poznawcze, mała przerwa z całą pewnością mi nie zaszkodzi.