Odważnie rozpoczęty kilka tygodni temu bakłażan project doczekał się dziś szczęsliwej kontynuacji – na bazarze udało mi się znaleźć kolejną odmianę makua, tym razem kulistą tajską żółtą.
Author Archives: miro
Jing jok vs dtook gae.
Jak już wielokrotnie wspominałem, mam gigantyczną słabość do gekonów. Co prawda w Bangkoku jest ich mniej niż na prowincji (w Khanom miałem w domu kilka średniej wielkości jaszczurek), ale są. W wysokich budynkach siłą rzeczy trafiają się rzadziej (chyba tylko najbardziej persystentne gady wlezą na 30 piętro), natomiast w Ekkamai, gdzie teraz mieszkam, domy są niskie, wokół pełno ogrodów, więc o gekony łatwiej. Tylko, że tutaj do mieszkania wchodzą mi tylko malutkie, kilkucentymetrowe osobniki. Większe można usłyszeć w ogrodzie, ale do tej pory nie widziałem żadnego na oczy.
Plaa ra.
W Tajlandii bardzo popularne są ryby, owoce morza i rozmaite przetwory rybne. Z tych ostatnich najbardziej powszechny jest sos rybny, น้ำปลา (nam plaa), czyli w dosłownym tłumaczeniu woda rybna. ปลา (plaa) to ryba – onomatopeicznie kojarzy się pluskiem*.
Bakłażan project.
Jako że Tajlandia bakłażanem stoi – na każdym większym bazarze można z łatwością kupić co najmniej trzy, a często i pięc, odmian tego warzywa, postanowiłem zrealizować mały projekt wizualnej dokumentacji tajskich bakłażanów: bakłażan project. Nie mylić z manhattan project, bo to coś zupełnie innego.
RIP Iconia.
Z przykrością donoszę, że po prawie pięciu latach ciężkiej pracy wyzionął ducha mój tablet – Acer Iconia A510.
Film – bazar Phra Khanong.
Nagrałem dzisiaj film ze swojej zwykłej pętli na bazarze Phra Khanong. Co prawda w środku dnia, więc kontrasty są strasznie mocne i generalnie nie oswoiłem jeszcze kwestii robienia filmów lustrzanką, ale daje to pewien obraz. Najlepiej wygląda w najwyższej rozdzielczości – 1080p.
Poipet.
Dzisiaj wygasło mi 30-dniowe extension zwolnienia z wizy, wybrałem się więc na visa run do Kambodży. Jako że ze względu na zobowiązania “akademickie” nie mogę teraz na dłużej wyjechać z BKK, zapłaciłem jednemu z biur pośrednictwa wizowego za zorganizowany, jednodniowy visa run.
Frog stew.
W ramach sobotniego odmóżdżania – kuchenne rewolucje po tajsku:
https://www.facebook.com/PtssProduction/videos/1919857124926534/
Maa suaan.
Wycieczki na bazar Phra Khanong praktycznie za każdym razem zapewniają jakieś niespodzianki. Do tego praktycznie codzienna nauka tajskiego powoduje, że zaczynam słyszeć coraz więcej niuansów w mowie lokalsów – różne tony, dźwięk niektórych liter i sylab. Okazjonalnie zdarza mi się rozpoznać też jakieś słowo albo zwrot, ale do podstawowej nawet biegłości jeszcze długa droga.
Nowy towarzysz; uroki nauki tajskiego.
Rano kolejna wizyta na bazarze Phra Khanong, gdzie ostatnio bywam niemal codziennie. Skuter otwiera zupełnie nowe możliwości w mieście takim jak Bangkok (na przykład pozwala właśnie na codzienne wizyty na bazarach). Oczywiście boli mnie fakt, że jest to pojazd spalinowy – miałbym o wiele czystsze (pun not intended) sumienie, gdyby był elektryczny (i ładowany energią odnawialną).
Wat Hong Thong.
Jak pisałem wcześniej, w piątek dostałem do ręki tutejsze prawo jazdy. Wczoraj, czyli w sobotę, rano pojechałem na On Nut wypożyczyć skuter (wypożyczenie neo-oldskulowej Yamahy Filano to wydatek 3000 THB na miesiąc), a popołudniem, już na skucie, pojechałem na jogę. Dzisiaj z kolei, w ramach walki z niedzielnym ennui, zrobiłem pierwszą wycieczkę krajoznawczą – 120 km.
Bai kap khee.
Nic pisałem nie ostatnio, jako że primo zacząłem uczyć się pisania i czytania po tajsku, a secundo, postanowiłem zrobić lokalne prawo jazdy (czyli bai kap khee) na skuter.
Soba i ikra w bananie.
Ostatnie tygodnie przyniosły sporo kulinarnych odkryć, o których nie zawsze chciało mi się pisać, że nie wspomnę już o robieniu im zdjęć. Natomiast pojawiło się coś, co na stałe weszło do mojego jadłospisu, a mianowicie makaron soba.
Shabushi.
Niedaleko stacji BTSu Ekkamai, z której zwykle zaczynam swoje codzienne podróże po Bangkoku, jest galeria handlowa Gateway Ekkamai. Generalnie nie cierpię takich miejsc, natomiast w Gateway znajduje się masa japońskich i koreańskich knajp i sklepów. A że moja ciekawość kultury japońskiej z roku na rok robi się coraz większa, bywam tam w miarę regularnie.
Akcesoria żałobne w erze rozpasanego konsumeryzmu.
Jak powszechnie wiadomo, jesienią zeszłego roku zmarł uwielbiany przez Tajów król Bhumibol. Naród pogrążył się w żałobie, której symbolem stały się czarne wstążki powszechnie przypinane do ubrań.
Tajski.
Coraz częściej stwierdzam, że brakuje mi umiejętności czytania tajskiego alfabetu. Ostatnio kilkukrotnie, w kryzysowej (relatywnie) sytuacji, nie byłem w stanie przeczytać kilku kluczowych znaków (tablicy na nadjeżdżającym autobusie, ceny, nazwy czegoś na bazarze etc.) Wzbudziło to we mnie zrozumiałą irytację i intelektualną frustrację.
Immi.
I tak, niepostrzeżenie, minął pierwszy miesiąc w Bangkoku. Jako że dzisiaj wygasło mi 30-dniowe zwolnienie z wizy, wybrałem się po extension do lokalnego biura imigracji, które mieści się spory kawałek za lotniskiem Don Muang. Czyli na końcu świata (coś jak 5 kilometrów za Wawrem w realiach warszawskich).
Liczi i lokalna maczeta.
Kilka dni temu znów pojechałem na bazar po rośliny. Tym razem dopadł mnie gigantyczny deszcz, który próbowałem przeczekać. Deszcz jednak niespecjalnie chciał przestać padać, więc po pół godzinie ruszyłem na poszukiwania parasola.
Medytacje na trudne czasy. :-|
Moja lokalna sangha, Little Bangkok Meditation Group, zorganizowała coś, co nazywa się Meditation for Challenging Times. Brzmiało ciekawie, więc postanowiłem się wybrać.
BKK diaries 2017.
Na wypadek, gdyby ktoś nie zorientował się, można już, jeśli naprawdę nie ma się niczego ciekawszego do roboty, czytać tegoroczne dzienniki bangkockie:
http://yakkharka.net/category/2017/tajlandia-bangkok-diaries/
Nie ulega najmnniejszych wątpliwości, że już wkrótce zacznę je pisać codziennie i robić setki zdjęć.
