Brak rzeczy – po pierwszym szoku – nie przeszkadza mi tak bardzo, jak mogłem się spodziewać. Owszem, jest to kłopotliwe, szczególnie brak ładowarki do aparatu – jeśli nie będę w stanie robić tu zdjęć, to znaczna część wrażeń z podróży przepadnie. Nie od razu, ale pamięć – w szczególności moja – jest zawodna. Do tego dochodzi natłok podróży w ostatnich latach. Kraje, wrażenia i emocje mają tendencję do zlewania się w nieco mglisty kalejdoskop.
Continue reading
Author Archives: miro
25.IX.2014 – Stara Daka.
Przez jetlag i ogólne rozbicie udaję mi się naprawdę zasnąć dopiero po bardzo wczesnym śniadaniu. Wstaję ok. południa i dużym nakładem siły woli pokonuję zniechęcenie, a wręcz może nawet monsunową deprechę i ruszam obejrzeć Starą Dakę.
24.IX.2014 – WAW-DXB-DAC.
Na Bangladesz ostrzyłem sobie zęby już od jakiegoś czasu. Pierwsze podejście zrobiłem w zeszłym roku, ale bez powodzenia. Jako że w tym roku projekty ułożyły się tak, że wczesną jesienią miałem do dyspozycji kilka miesięcy do zagospodarowania, nie zastanawiałem się specjalnie dokąd jechać.
Jutro wylot do Bangladeszu.
Ferwor!
Bangladesz – za 10 dni!
Mogę oficjalnie zacząć odliczanie do wyjazdu do Bangladeszu. Nie ukrywam, że jestem pełen radosnej antycypacji – to kraj, który planowałem odwiedzić już w zeszłym roku; nie udało się. Jako że okazja jest podniosła, na początek hymn Bangladeszu – z tekstem samego Rabindranatha Tagore – Aamar Shonar Bangla, czyli Mój Złoty Bangladesz:
Nowy sprzęt.
Zdjęcia ze Sri Lanki (marzec 2014) – Galle.
Dodałem kilka zdjęć z Galle na południowym wybrzeżu Sri Lanki. Fotograficznie to jest słabe – na samym początku wyjazdu rozbiłem swój ulubiony obiektyw (50mm 1.4) i został mi tylko szeroki kąt. Do tego pogoda była średnia, plus samo miasto niespecjalnie mnie porwało, jako typowo turystyczny skansen.
Zdjęcia z Iranu (kwiecień 2012) – Dolina Alamut i zamki Asasynów.
Kolejna zaległa galeria sprzed lat: Iran, dolina Alamut i zamki Asasynów. Głównie mrocznawe górskie widoczki.
Albumy.
Wprowadziłem niewielką zmianę, która powinna ułatwić przeglądanie galerii – albo przynajmniej linkowanie do galerii z danego kraju w danym roku. Teraz, w górnym menu, jest następująca struktura: galerie -> rok -> kraj -> lista galerii. Po kliknięciu na dany kraj, pojawia się album z galeriami z wybranego kraju, z danego roku. E.g.:
→ Sri Lanka 2014
→ Iran 2012
→ Myanmar 2012
→ Nepal 2010
etc.
Zdjęcia z Nepalu (wrzesień 2013) cz. I – świątynia Pashupatinath.
Galeria zdjęć z jesieni 2013 – świątynia Shivy w Kathmandu, Pashupatinath. W tym mała sesja modowa hinduskich świętych, sadhu.
Uaktualnione zdjęcia z Nepalu (wrzesień 2010) – Boudha i Swayambhu.
Uaktualniłem jedną z galerii z pierwszego wyjazdu do Nepalu – dzielnica Boudha ze stupą Bodnath oraz świątynia Swayambhu w Kathmandu. Nieco więcej zdjęć, większe rozmiary oraz “wywołanie” z formatu RAW (do tej pory były obskurne jpegi prosto z aparatu).
Relacje z wyjazdu do Iranu (marzec 2012) – Kharanaq i Meybod, Yazd-Khoor-Yazd.
Przepisałem relacje z dwóch kolejnych dni wyjazdu do Iranu wiosną 2012:
Kharanaq i Meybod: http://yakkharka.net/?p=1385
Yazd-Khoor-Yazd: http://yakkharka.net/?p=1392
Transkrypcja idzie mi koszmarnie ciężko. Pozostałe kilkanaście dni postaram się przepisać do grudnia 2020.
Zdjęcia z Syrii (marzec 2011) – Aleppo.
“Wywołałem” zaległe zdjęcia z wyjazdu do Syrii wiosną 2011. Wiele miejsc z tych zdjęć (i z pozostałych zdjęć z Syrii) już nie istnieje, albo jest w ruinie.
Kandy i powrót.
Do dziś próbuję sobie odpowiedzieć na pytanie po co właściwie pojechałem do Kandy, zamiast leżeć na plaży, względnie we willi w interiorze i oddawać się lekturom… Najpewniej skłoniły mnie do tego rozmaite entuzjastyczne opisy niezwykłej atmosfery miasta i jego położenia w uroczej dolinie, pośród zielonych wzgórz.
Pollonaruwa, Dambulla, Sigiriya.
Pollonaruwa, obok Anuradhapury, Sigiriyi i kilku innych, mniej znanych miejsc, położona jest w rejonie, który przewodniki kusząco określają jako ancient cities. Jako że mam dużą słabość do ruin, jechałem tam podekscytowany i pełen antycypacji. Anuradhapurę zdecydowałem się ominąć ze względu na dramatycznie dużą popularność, miałem nadzieję, że pozostałe miejsca będą nieco mniej oblegane.
Batticaloa.
Kiedy już wydawało się, że na dobre zapuszczę korzenie w piasku, pojawił się słaby impuls, żeby jednak ruszyć dalej. Impulsu nie zlekceważyłem i kolejnego dnia siedziałem w autobusie do Batticaloa.
Arugam Bay.
Pierwszego wieczora przyszły do mnie Psy. Psów jest czwórka, ale najwięcej śmiałości mają dwa – pies i suka – to z nimi się zaprzyjaźniam. Psy są koloru piasku, średniej wielkości, z nielicznymi białymi plamami, bardzo chude, ale nie wychudzone. Suka ma sierść jak bokser, ciasno przylegającą do skóry, pies jest nieco bardziej kudłaty. Najwyraźniej są to psy samorodne i samodzielne – nikt ich nie wyhodował, nikt o nie nie dba, żyją na plaży z dnia na dzień, licząc na dobre serce przyjezdnych, takich jak ja.
Do Arugam Bay.
Po Kataragamie planowałem zatrzymać się na noc w mieście Buttala i stamtąd odwiedzić kilka mniej znanych świątyń pochowanych po dżungli. Po doświadczeniach z Sittalpauwa, tracę jednak nadzieję na co ciekawsze doświadczenia tombraiderskie. Co więcej, zarówno Susa, jak i przemiły kelner z mojego ośrodka (nota bene o bardzo afrykańskiej urodzie, która na wyspie jest praktycznie niespotykana – ciekaw jestem jego korzeni i losów jego przodków, ale rozmowa nie wykracza poza typowe uprzejmości) na wieść o Buttali jedynie kręcą głowami. Najwyraźniej to lokalny odpowiednik Radomia. ‘There is nothing there’, zgodnie mówią, krzywiąc się z lekkim niesmakiem. Przed Buttalą jednak nie ma ucieczki, mój kolejny przystanek, zatokę Arugam, można osiągnąć jedynie z przesiadką w tym mieście.
Kataragama i interior.
Zobczywszy Galle, chcę na trochę uciec z wybrzeża, szczególnie jego południowej i zachodniej części, zobaczyć kawałek interioru, a potem wschodnie wybrzeże. Pierwszy przystanek w Kataragamie, gdzie znajduje się potrójne miejsce kultu, maha devala – na tym samym, nadrzecznym obszarze, swoje świątynie zbudowali buddyści, hindusi i muzułmanie.
Galle.
Wszystko wskazuje na to, że zaczął się monsun. Albo przynajmniej jeden z monsunów, bo na Sri Lance, w zależności od tego, kogo zapytać, występują dwa albo trzy. Po raz pierwszy od przyjazdu nie obudziło mnie wpadające do pokoju przez szpary w okiennicach słońce, tylko łoskot kropel o bananowe liście. Na werandzie, zamiast wściekłego, suchego upału, przyjazny chłód i wilgoć.

