Już tyle razy latałem w różne rejony Azji, że sam fakt przemieszczania się z miejsca na miejsce cokolwiek stracił dla mnie swój urok… Do tego dochodzi postępujące umasowienie podróży samolotami, co dodatkowo pogarsza sprawę. Jasne, wciąż jeszcze jest w tym nieco podróżnej ekscytacji, ale kiedy myślę o tych wszystkich lotniskach, przesiadkach, kontrolach bezpieczeństwa, nędznym jedzeniu (i jeszcze nędzniejszych współpasażerach), czy wreszcie jetlagu, to w sumie mógłbym ten etap pominąć i od razu znaleźć się na miejscu.
Ale nie ma tak dobrze, per aspera ad astra, trzeba swoje wycierpieć. Albo zacząć latać biznesem, ale to nie pasuje ani do moich antymaterialistycznych poglądów, ani do wrodzonej skłonności do racjonalizacji wydatków.
