Około czwartej na ranem budzą mnie sąsiedzi, tłumnie opuszczający lodge – mam nadzieję, że nie spieszą na jedyny autobus do Kathmandu. Wstaje i idę się rozejrzeć po mieście, ale miasto śpi jeszcze. Od sprzedawcy w jednym z kiosków udaję mi się dowiedzieć, że autobus do KTM rusza o 1100, wracam więc do łóżka.
Wstaję nieco zregenerowany i ruszam na poszukiwania kasy biletowej. Trochę błądzenia i trafiam we właściwe miejsce – autobus rusza o 1200, jedzie 14 godzin (spodziewałem się 18, więc uznaję, że to chwyt marketingowy, jak się później okaże, nie myliłem się).
Po śniadaniu mam sporo czasu na prysznic, golenie się i wędrówki po mieście – próbuje kupić jakaś gazetę, albo, lepiej jeszcze, książkę na podróż. Niestety, poza Kathmandu instytucja księgarni jest praktycznie nie znana, gazet też nie widuję.
Nieco przed południem znajduję swój autobus, oddaję plecak do schowka i siadam na swoim miejscu – ostatni rząd, miejsce nr. 17. Obok mnie z jednej strony czteroosobowa rodzina na dwóch miejscach, z drugiej dwóch sympatycznych studentów, z którymi chwilę rozmawiam. W rzędzie przede mną dwa wolne miejsca. Przesiadam się więc, zakładając, że to tylko tymczasowo… Na kolejnym przystanku okazuje się jednak, że na moje miejsce zostały sprzedane dwa bilety. Zostaję tam, gdzie jestem. Wygryzłem jakiegoś biednego Nepalczyka, ale nie wyobrażam sobie stania w tym autobusie przez 20h. Na każdym kolejnym przystanku odżywa dyskusja na temat miejsc – kilka razy odbywa się sprawdzanie biletów, liczenie pasażerów, analiza listy podróżnych, na próżno. Nie udaje się znaleźć winnego. W końcu, gdzieś za Dharan Bazaar, atmosfera robi się gorąca. Kierowca próbuje namówić mnie do powrotu na moje miejsce, na którym siedzi już Nepalka. Oprócz niej, w pięciomiejscowym ostatnim rzędzie mamy wspomnianą wcześniej rodzinę z dwójka dzieci i parkę z jednym dzieckiem, która wygoniła precz sympatycznych studentów. Faktycznie, brakuje tam tylko mnie… Patrzę na kierowce jak na szaleńca i wyraźnie odmawiam. Tłumaczę, że zapłaciłem za całe miejsce. Robi jeszcze jedną, nieśmiałą próbę, po czym saje spokój. Jakimś cudem znajduje miejsce tubylcowi, którego wygryzłem i po zaledwie trzech kwadransach ruszamy w dalszą drogę.
Kilka razy zatrzymuje nas policja – wchodzą do autobusu z latarkami, szturchają bagaże, zaglądają do luków. Bardzo to pro forma wszystko – mam na kolanach day pack, mogę w nim mieć bombę, kilka kilogramów heroiny, pistolety, granaty albo uran, czy uciętą głowę. Nikt się mną nie interesuje.
Po 12h mam już mocno dosyć, a wszystko wskazuje na to, że będziemy jechać jeszcze kolejne 6-8 godzin. Na jednym z przystanków kupuję “małpkę” whisky, działa lepiej niż nikotyna, gdzieś w środku nocy udaje mi się zasnąć. Niedługo po tym budzi mnie pianie koguta – nie wiem początkowo, czy mam halucynacje, czy whisky była czymś doprawiona… Ale inni pasażerowie śmieją się i przedrzeźniają kurę, więc to musi dziać się naprawdę. Jeden z podróżnych wiezie kury dla rodziny, opakowane szczelnie w trzcinowy koszyk, wciśnięte gdzieś pod dach autobusu.
W godzinę później jesteśmy w KTM – jechaliśmy prawie dokładnie 18h. Na dworcu – tym razem Gongabu – łapię taksówkę. Szybkie targi z kierowcą i jedziemy do Boudha. Droga głównie po obwodnicy, więc szybko docieramy na miejsce. Mój pokój dopiero się zwalnia, więc zjadam wczesne śniadanie i po 20h od wyruszenia z Hile mam wreszcie poczucie, że pierwsza część wyprawy dobiegła końca.
