Tag Archives: Motor

2023-12-16.

Pogoda, jak pisałem wcześniej, niebiańska – szczególnie w porównaniu z tym co się o tej porze roku dzieje w Środkowej Europie – więc staram się możliwie często jeździć. Za miesiąc zacznie się znowu robić dosyć gorąco, a pod koniec lutego dojdzie to tego kilka tygodni wypalania pól i daleko idącego utoksycznienia atmosfery.

Continue reading

2023-07-23.

Sansouk. Żona oporządza rybę na wieczerzę. ;-)

Znowu nieco szalone kilka tygodni. W pracy lekki zapieprz, bo w tym samym czasie dostarczamy kilka ficzerów, za których analizę jestem odpowiedzialny, praktycznie każdy weekend z przyległościami spędzamy z A. w Sansouk, a pozostałe marne resztki wolnego czasu staram się poświęcać na oswajanie nowego domu. Chyba należą mi się jakieś wakacje.

Continue reading

2021-06-13.

Jak widać, moje mocne postanowienie, żeby pisać coś przynajamniej raz w tygodniu dało dorodne i soczyste owoce. Ale w sumie nie było o czym pisać, lockdown trwa, choć powoli się kończy, nie bardzo jest się gdzie ruszyć (dopiero niedawno otworzyła się moja ulubiona siłownia oraz baseny w Pullmanie), więc skupiłem się na pracy.

Continue reading

2021-01-02.

Zima trwa, temperatury nocą spadają do 10C, a nawet poniżej (ostatniej nocy 8C). W dzień powoli wspinają się do nieco powyżej 20C. Jest to trudne do zaakceptowania po całym roku stricte tropikalnej pogody. Od lutego sytuacja zacznie się poprawiać, żeby w kwietniu i maju z kolei osiągnąć roczne maksima. A potem kilka miesięcy deszczu, błota i wilgoci.

Continue reading

Z Nong Khiaw po okolicy.

Zgodnie z planem zostałem w NK dzień dłużej, a że nie miałem na dzisiaj żadnych konkretnych planów, pojechałem w góry szukać innej drogi do doliny rzeki Nam Seng (to stamtąd przyjechałem kilka dni temu, ale nieco okrężną drogą przez góry).

Na mapie wypatrzyłem też drogę, która prowadziła do niewielkiej wioski nad Nam Ou i to był mój plan na drugą część eskapady.

I wszystko szło dobrze, dotarłem do osady, która była praktycznie na końcu drogi na mojej mapie, minąłem osadę i tutaj zaczęły się problemy. Bo z dołu widziałem chyba na grani szałasy, które mijałem kilka dni temu, natomiast prowadziły w górę bardzo, ale to bardzo wąskie i strome ścieżki. Takie dla bawoła z pasterzem.

W górach w drodze do Nong Khiaw. Chaty pasterzy.

Zasadniczo, nie ma moje aktualne możliwości – może z nieco mniejszym motorem, bo ten jest wysoki i trochę ciężko nim w trudniejszych warunkach operować (co nie zmienia faktu, że jest numerem jeden i dzisiaj nauczyłem się ze dwóch nowych trików!)

Zawróciłem więc, chyba ku pewnej uldze wieśniaków, którzy nie byli zachwyceni moim niespodziewanym pojawieniem się. Jeden z mijanych lokalsów nawet wyraźnie mi pokazał, że mam się wynosić – co prawda nikt nie rzucał kamieniami, ani nie ganiał mnie z kosą, ale są tu takie wioski, w których typowa laotańska gościnność gdzieś się zagubiła. Może kiedyś zawędrowali tu polacy. Bo normalnie to uśmiechy, machanie, sabaidee i pełnia szczęścia.

Ale to nic, bo sama droga niezwykle urocza i pełna obrazków jak poniżej:

Wracając próbowałem się przebić do wspomnianej wioski nad rzeką, ale szło ciężko, droga była trudna, bardzo wąska, stroma, z koszmarnymi koleinami, poza tym mnie się też już za bardzo chciało walczyć. Udało mi się za to zaliczyć i nagrać dropa! Potem pojechałem jeszcze kawałek, pokonałem kamienisty strumień, wjechałem na bardzo strome urwisko nad strumieniem i powiedziałem: enough! Drop uwieczniony poniżej.

Poniżej kilka zdjęć z gór.

Widok na północ.

Chata.

W drodze.

Wioska na grani.

Teraz mam wielki dylemat – którędy wracać do domu. Bo chciałbym cały proces rozłożyć na dwa dni, ale jeszcze nie wiem do końca, gdzie zatrzymać się pod drodze.