Tag Archives: Nepal

10-11.X.2010 – Yangle Kharka-Yak Kharka-rest w Yak Kharka.

Kolejnego dnia znów droga w deszczu, a po ponownym wyjściu ponad 4000 mnpm, śniegu. Ścieżka prowadzi łagodnie pod górę, potężnymi, alpejskimi halami, dopiero pod koniec zaczyna się mocne podejście. Gdyby nie pogoda, byłby to kolejny dzień wart zapamiętania – hale są otoczone potężnymi granitowymi ścianami, nad którymi górują 5-tysięczne szczyty. Niestety będę miał okazję zobaczyć je dopiero w drodze powrotnej.

Zgodnie z przewodnikiem Yak Kharka, czyli pastwisko dla jaków (kharka to nepalskie słowo oznaczające pastwisko) znajduje się na 4400 mnpn, mapa podaje 4200, z kolei tabliczka na lodge’u: 4100. I bądź tu mądry. Na ostatnim podejściu całkiem konkretnie dyszę, lekko pobolewa mnie też głowa, więc podejrzewam, że jestem bliżej 4400 niz 4100.

W Yak Karka stoją dwa budynki – mała kamienna chata z paleniskiem, która służy jako kuchnia i nieco większy budynek, podzielony na kilka części, w tym część hotelową i magazyn. W części hotelowej szerokie drewniane ławy pod ścianami i niski stół w środku. Komfortowo może tu mieszkać 4-6 osób. W pokoju koszmarny bałagan, najwyraźniej ktoś tu już mieszka. Babcia Lakpy nie zwraca na to najmniejszej uwagi – przerzuca śpiwory, koce i inne parafernalia i robi mi miejsce, na którym mogę spać i częściowo rozpakować plecak. Kilka godzin później okazuje się, że lokatorem – tymczasowo eksmitowanym – jest dziadek Lakpy. Nie jest do końca zadowolony z faktu, że ktoś będzie spał w jego pokoju, nie robi jednak większych problemów. Z czasem okaże się niezwykle przyjazną i towarzyską osobą.

Moszcze sobie legowisko, zjadam szybką zupę i idę spać na kilka godzin. Kiedy budzę się późnym popołudniem robię mały rekonesans – w pokoju znajduję kilka kuchenek Primusa, kartusze i puszkę kawy. Do tego stary numer GQ, pisma #1 wszystkich metroseksualnych mężczyzn świata. Jest to niezwykle korzystne zrządzenie losu, jako że wczoraj skończyłem książkę, pożyczoną z Dobate. W świetle czołówki, owinięty śpiworem oglądam więc testy tenisówek, które kilka miesięcy temu były najbardziej hip, poradnik jak nosić garnitur, żeby wyglądać możliwie cool, a następnie oddaję się lekturze kilku długawych artykułów i reportaży. Dobrze jest mieć zajęcie na takie popołudnia.

Noc koszmarnie zimna. Początkowo nawet nieźle śpię, ale potem zmienia sie front, robi się wyraźnie cieplej, coś dzieje się również z ciśnieniem, bo zaczynam się dusić w śnie. Typowa, ale mało przyjemna reakcja na wysokość – zasypiam, po chwili budzę się i jak ryba wyciągnięta z wody chciwie łapię powietrze. Dwa głębsze oddechy i sprawy wracają do normy, zasypiam znowu i rzecz dzieje się da capo al fine. Łykam nadprogramowy Diamox i po mniej więcej 30 minutach normalnie zasypiam.

Następny dzień zaczyna się dobrze – piękna pogoda, niezłe samopoczucie, pomijając lekki ból głowy. Wkrótce okazuje się jednak, ze sprawy nie wyglądają różowo. W lodge’ach w base campie nie ma żywej duszy, towarzystwo zamknęło interes i popędziło jaki na dół. To oznacza nocleg pod namiotem (biorąc pod uwagę temperaturę nie mam na to najmniejszej ochoty), albo powrót tego samego dnia. Jest 0730, ruszymy najwcześniej za godzinę, a wstępne, i jak się później okaże, znacznie przesadzone estymacje długości tej wycieczki to jakieś 8h, uwzględniając godzinę na miejscu. Do tego zaczyna psuć się pogoda i po chwili poranne słońce pozostaje wspomnieniem. Długo się waham, ale ostatecznie decyduję się na dzień restu. Jutro ruszę przed 0700, na lekko i przy lepszej aklimatyzacji.

Odpoczynek upływa nam przyjemnie – nam, bo w Kharce zostaje także kolega Hiszpan. Starszy Sherpa bardzo o nas dba, gotuje nam na śniadanie kawę na własnej kuchence, częstuje pieczonymi ziemniakami z solą (zastrzega, że to na koszt firmy, nie płacimy ani rupii). Jakiś czas potem, na wczesny obiad dostajemy pyszne, gorące jeszcze tybetańskie chlebki – roti.

Ogólnie dzień bez jakiegokolwiek wysiłku fizycznego. Doczytuje do końca GQ, po czym słucham nepalskiego radia. Przed snem łykam Diamox i, na wszelki wypadek, aspirynę, po czym zasypiam na 10h. Tym razem omija mnie syndrom karpia – najwyraźniej aklimatyzacja postępuje. 

09.X.2010 – Dobate-Yangle Kharka.

Z Dobate do Yangle Kharka jest ok. 3 godzin drogi, wyruszamy więc bardzo późno, bo około 0900. Pierwsza godzina rewelacyjna, szybko tracę ok. 800 metrów wysokości, schodząc w dolinę rzeki Barun, która prowadzi pod samo Makalu.

Potem padający deszcz, w połączeniu z nagłą utratą wysokości i bardzo nieprzyjemną drogą wzdłuż rzeki po śliskich głazach mocno mnie demotywują. Zaczynam się niemiłosiernie wlec, na domiar złego w pewnej chwili ześlizguję się z jednego z kamieniu i mocno obcieram nogę.

Gdzieś w połowie drogi, na 1.5h przed Yangle Kharka, Lakpa, wyraźnie za namową jednego z siostrzeńców, podejrzanego gościa, palącego papierosa za papierosem, bierze kosz i bez słowa wyjaśnienia rusza dalej. Spodziewam się, że poczeka kawałek dalej, ale do samego Yangle Kharka idę sam. Na miejsce docieram wściekły jak sama Kali, wiedząc komu przyjdzie odpokutować za deszcz, kamienie i wszystkie inne nieprzyjemności dzisiejszego dnia.

Robię małą awanturę – Sherpowie lekko przerażeni, jeszcze nie widzieli mnie rozzłoszczonego, jak do tej pory mieli do czynienia z mówiącym łamanym nepalskim, uśmiechającym się Miro light. Mój porter miota się między skrajnościami, nie wie, czy uciekać, czy prosić o przebaczenie. Prosze najlepiej mówiącego po angielsku Sherpę, żeby dokładnie wyjasnił Lakpie – idziemy razem, moim tempem, na prowadzę. Nie ma od tego wyjątków.

Po tej sesji idę na górę lodge’a rozpakowac plecak. Po chwili dołącza Lakpa, który wygląda jak ucieleśnienie poczucia winy – przynosi mi materac, poduszkę, pomaga rozwinąć śpiwór. Potem, jąkając się, pyta, czy jestem angry i pokazuje palcem w stronę, z której przyszliśmy. Wyjaśniam, możliwie najprostszą angielszczyzną; ‘Today first time, no problem. But not again!’. Chwyta najwyraźniej, bo żarliwie kiwa głową, mówiąc ‘not again’. Klepie go po ramieniu, na co on kurczowo łapię mnie za rękę. Mam nieco dosyć tych pojednań, więc dziękuję mu ładnie i daje wolne na resztę dnia.

Sam spędzam dzień głównie w śpiworze, czytając kiepską literaturę, która udało mi się wczoraj zdobyć. Na zewnątrz deszcz, zimno i mgła. Wkrótce po mnie pojawia się Juan, wspólnie zamykamy wszelkie możliwe okna i barykadujemy drzwi, które mają tendencję do otwierania się przy silniejszych podmuchach wiatru. Tak zabezpieczony pokój utrzymuje jakieś minimum ciepła, co ma niebagatelne znaczenie, kiedy trzeba opuścić kokon śpiwora!

08.X.2010 – Khongma-Dobate.

Pogoda, która wczorajszym popołudniem lekko zniechęcała do życia, tego ranka jest wyjątkowo zachęcająca. Pakuje plecak nie czekając na Lakpę wchodzę na pierwszą przełęcz, Khongma La, gdzie zresztą byłem już dzień wcześniej. Na górze powalający widok ośnieżonych szczytów, wyciągam aparat i przez kolejne pół godziny fotografuję – peak 6 i 7, Jaupa, peak 5, a z drugiej strony widok na masyw Kangczendzongi, jakieś 80-100 km stąd. Dobra karma najwyraźniej procentuje, bo po pół godzinie chmury zasnuwają szczyty. Lakpa i Hiszpan docierają na przełęcz juz post factum.

Z dużą przyjemnością ruszam dalej – droga prowadzi stosunkowo wąską granią, stopniowo wspinając się sie 4000 metrów. Krajobraz robi się wyraźnie subalpejski, co chwilę widać konkretniejszy górotwór. Wchodzę na kolejną przełęcz, Ghungru La, potem mijam niewielkie jeziorko, Kalo Pokhari. Wreszcie wchodzę na Shipton La, przełęcz nazwaną tak na cześć Erica Shiptona, który w roku 1952 szedł tędy z E. Hillarym podczas rekonesansu przed atakiem na Everest.

Na Shipton La wchodzę sam, bo porter z kolegą zatrzymują się nieco przed przełęczą, poczekać na resztę rodziny. Podejście lekko daje się we znaki, ciężko oddycham, mimo spokojnego, równego tempa – zbliżam się do 4200 mnpm i wysokość powoli daje o sobie znać. Na przełęczy chorten, ława dla porterów i dużo słońca. Sama przełęcz – łagodne siodło z cała masą lekko połogich płasienek, porośniętych miękkim mchem. Miejsce nieco kojarzy mi się z tatrzańską Dolinką Spadową i zdecydowanie zachęca do dłuższego odpoczynku. Wyciągam więc z plecaka suszone owoce, orzechy i wodę, po czym rozkładam się jak leniwy jak na jednej z omszałych poduszek. Zazdroszczę Shiptonowi – ładne miejsce nazwali jego imieniem. Widoki może przeciętne, ale atmosfera niepowtarzalna.

Po trzech kwadransach dołącza Lakpa z kolegą i resztą klanu. Zaczynają się różne zawody – kto dalej pchnie ciężkim kamieniem, kto wykona salto, albo przewrót z ustaniem na nogach. Przymierzam się, ale nie osiągam zbyt dobrych wyników. Próbuje przypomnieć sobie pady z Jitsu, ale minęło zbyt wiele czasu i ostatni element ciągle mi umyka. Salto z ustaniem na nogach jest już całkowitą porażką i wzbudza powszechne rozbawienie. Sam też się skręcam ze śmiechu, co dodatkowo nakręca dobry nastrój.

W chwilę potem ruszamy w dół, do sporego jeziorka z chortenem. Ojciec Lakpy częstuje mnie colą rozcieńczoną wodą z jeziorka. Wymawiam się grzecznie, tłumacząc, że piłem na przełęczy. Na tej wysokości woda powinna być sterylna, ale pomny niedawnych doświadczeń z Giardią, wolę być ostrożny. Z nad jeziora ruszamy w górę, na ostatnią dzisiaj przełęcz – Keke La, potem szybko w dół do Dobate.

Hotel w Dobate to jedna chata z częścią kuchenno-sklepową i sypialną. Ta ostatnia składa się z kilku ław, postawionych obok siebie i tworzących wygodną, szeroką platformę do spania. Na kolację smażone ziemniaki, po czym do łóżka – na sklepowej półce udało mi się wypatrzyć książkę po angielsku – pożyczam ją od właściciela i – po raz pierwszy od niemal 4 tygodni) – mam okazję poczytać coś innego niż przewodnik. Literatura nędzna bardzo, ale moje szare komórki są na tyle spragnione jakiejkolwiek stymulacji, ze nie przeszkadza mi to specjalnie. 

07.X.2010 – Tashigaon-Khongma.

Rozmowy z porterem, które miały się odbyć wczoraj wieczorem, ostatecznie odbywają się dzisiaj rano. Mój Sherpa ma 15-16 lat (zdaje się, że ciężko teraz o kogoś starszego), na imię ma Lakpa. Skończył już 8 klas, co – jak na nepalskie warunki – jest dużym osięgnięciem, jak na jego wiek. Po angielsku mówi kiepsko, w ogóle jest raczej małomówny, spokojny i bardzo zaangażowany, co jest zdecydowaną zaletą. W base campie był kilka razy, a do tego w Yak Kharka, czyli prawie u celu, mieszkają jego dziadkowie, lodgem w Khongmie zawiaduje jego matka, a lodgem w Dobate jego ojciec. Generalnie trudno o lepszy układ.

Lakpa bierze do kosza 50-60% mojego ładunku, co oznacza, że dla mnie nadchodzi czas relaksu – będę niósł 10-12 kg, on podobnie. Jak na tragarza to jest niewielkie obciążenie, więc podejrzewam, że będziemy poruszać się bardzo sprawnie.

Nie mylę się, z odciążonym plecakiem pędzę jak kozica na sterydach, pogoda średnia, więc nie zatrzymuje się na zdjęcia. W 3.5h jesteśmy w Khongmie. Droga cały czas pod góre, po drodze zatrzymujemy się na szybką herbatę w malutkiej pasterskiej osadzie w Chipla i na krótki postój na przełęczy Unshisha. Na miejscu loguję się do lodge’a i ruszam szukać zasięgu. Nie znajduję, więc rodzina o szczegółach mojej eskapady dowie się dopiero za jakieś 10 dni. Mam nadzieję, że z BC nie zdejmie helikopter.

Po obiedzie ruszam na krótką aklimatyzacyjną wycieczkę na najbliższą przełęcz – Khongma La (3850), 350 metrów nad Khongma. Czuję wysokość: oddech mam nieco krótszy, nogi lekko miękkie, świerzbią mnie też palce i dłonie, co jest efektem ubocznym działania Diamoxu. Potem wielokrotnie będę czuł ten efekt i czuł się nieco jak Dr. Jeckyll przed przemianą… Docieram na przełęcz, na której całkiem spory chorten i masa flag modlitewnych. Czuję się nieźle, może tylko lekko odurzony, co ogólnie jest bardzo przyjemne.

Schodzę i objawy ustępują, za to zaczynam odczuwać straszliwe wręcz pragnienie. Wypijam kilka kubków herbaty i gorącego soku pomarańczowego. Pragnienie ustępuje, a ja wchodzę w lekko bojowy nastrój przed kolejnym dniem.

Kolacja w kuchni pełnej Sherpów, akurat zeszła się cała rodzina, która jutro rusza obsadzać kolejne lodge na trasie. Jedzą ryż z lokalną odmianą kaszanki. Trochę żartujemy, trochę się sobie przyglądamy. W tle szerpańska muzyka, która jak dla mnie pobrzmiewa mocno tybetańsko.

Rozmawiam też chwilę z Juanem, Hiszpanem, który również idzie do base campu. Bardzo przyjazny gość, w Hiszpanii jest strażnikiem parkowym, regularnie jeździ na trekkingi w Himalajach. Mamy bardzo zbliżone opinie na temat agencji trekkingowych i zorganizowanych grup. 

05-06.X.2010 – Num-Sedua-Tashigaon.

Przejście z Num do Sedua męczące – bardzo gorący dzień, 1000 metrów w dół, do marnych 600 mnpm, a potem kolejne 1000 w górę. Sedua leży praktycznie na wprost Num, ale po drugiej stronie głębokiej doliny. Na miejscu rejestruję się w punkcie straży parkowej. Tradycyjnie nikt nic nie wie, dziwią się, że jestem sam. Wspólnie wypełniamy wielką tabelę w równie wielkim zeszycie. Po długich deliberacjach w pole “agency” wpisują “TIMS”.

Nieco pobolewa mnie gardło i ogólnie czuje się nędznie, więc łykam ibuprofen i aspirynę, po czym wcześnie idę spać.

Kolejny dzień krótki, w sumie ok. 3h chodzenia. W Tashigaon mam spotkać swojego portera i rodzinę, która poznałem w Khandbari. Rodzina jest potężna, właściwie to cały, kilkudziesięcioosobowy klan, reprezentowany między innymi w Czechach i Włoszech. Zdominowali większość trasy do Makalu BC, budując lodge praktycznie na każdym postoju – Tashi, Khongma, Dobate, Yangle Kharka i Yak Kharka. Ich wpływy nie sięgają jedynie base campu, ale podejrzewam, że to jedynie kwestia czasu.  Wśród rodziny jest młoda Sherpani, która uczy się w Tokio, i wpadła tu tylko na krótkie odwiedziny. Sherpani wyraźnie jest na etapie poszukiwania męża. Pokazuje mi album rodziny, w którym dominują zdjęcia jej siostry, co to wyszła za mąż za Czecha i w Czechach zamieszkała. Pytam jak się poznali – ‘przyjechał tu na trekking, tak jak Ty’, odpowiada chichocząc i wdzięcząc się. Czas uciekać, myślę sobie.

Kwestia tragarza wciąż aktualna. Umawiamy się na 800 rupii dziennie. Więcej niż się spodziewałem, ale jak tą wysokość i porę roku, jest to bardzo dobra stawka. Wieczorem rozmowy o szczegółach, mam nadzieje, że bez niespodzianek tym razem.

Dzień robi się leniwy, więc kolejne popołudnie spędzam grzejąc się na słońcu, rozmawiając z Australijczykami i snując dzikie plany na najbliższe kilka dni. Przed snem łykam Diamox – jutro wchodzę z 2000 mnpm na 3500 mpnm, spora zmiana wysokości jak jeden dzień, mimo że 3500 to nie jest jeszcze poważna wysokość. Co więcej, w drodze pod Makalu spędziłem kilka nocy w okolicach 3000 metrów. Tak czy inaczej, wolę dmuchać na zimne. 

4.X.2010 – Chichila-Num.

Dobry początek dnia, budzę się niepogryziony przez insekty, mimo że przed pójściem spać wygoniłem z pokoju potężnego pająka. Na śniadanie, punktualnie o 0630, naleśniki z dżemem i litr herbaty. Rozliczam się z właścicielem (740 rupii, w tym 200 za piwo) i zbieram do wyjścia.

W chwilę później pojawiają się spotkani wczoraj Australijczycy. Zamykają się w odosobnionym pomieszczeniu i tam, odseparowani o ciężkiej nepalskiej rzeczywistości konsumują coś wyrafinowanego. Wczoraj wieczorem to samo. Nie do końca to rozumiem, jeden z nich podczas wczorajszych rozmów deklarował, że największym przeżyciem w Nepalu są dla niego kontakty z ludźmi. Może chodziło o australijskiego kolegę?  Nie ukrywam, że irytuje mnie takie otaczanie się kilkoma warstwami abstrakcji. Australijczycy większość czasu spędzają we własnym towarzystwie, mieszkają we własnych namiotach, jedzą w zamkniętych komórkach. Jedyny kontakt z Nepalem mają przez dobrze mówiącego po angielsku przewodnika. Czasem pożartują trochę z tragarzami, ale są to łaskawe, naciągane, nieco za głośne żarty sahibów, z wysokości cywilizowanego zachodniego podejścia. Angielskie słowo, które dokładnie trafia w sedno sprawy to “patronizing”. Ci ludzie są uosobieniem, modelową definicją takieog podejścia. Dobrotliwi ojczulkowie, którzy łaskawie schodzą z wyżyn, żeby pożartować z prostym Sherpą…

Droga do Num bez niespodzianek, trochę płaskiego, trochę potem długie, nudnawe zejście. Po drodze mgła, więc żadnych widoków, nawet nie wyciągam aparatu. Zaraz za Chichila spotykam małpę, w odróżnieniu od tych w Swayabhu, w całkowicie naturalnym środowisku. Niestety nie reaguje na zachęcające odgłosy, jakie wydaję i znika w przydrożnych krzakach zanim zdążę wyciągnąć z plecaka aparat – zreszą i tak była za daleko, żebym mógł ją złapać swoją 50-tką.

Pewnych atrakcji dostarczają też osuwiska, w tym jedno naprawdę strome i potężne. Przed wejściem zatrzymuje mnie kobieta Rai i woła ‘danger!’. Uśmiecham sie i mówie ‘danger, but I’ll go anyway’. Nie do końca rozumie, dopytuje ‘jahne?’, ‘czy idziesz?’, ‘jahne, jahne’, odpowiadam i ruszam na pewną śmierć.  Na środku osuwiska spotykam grupę lokalsów idącą z naprzeciwka, ładuję się na w miarę stabilny kamień i przepuszczam towarzystwo. Przechodzą ostrożnie, zerkając na mnie nieufnie. W końcu zostaję sam na środku piargu, nawet mi się tam podoba. ‘Miro’, myślę, ‘jak pierdolniesz, to skończysz gdzieś pod lotniskiem w Tumlingtarze, a tam nikt nie chciałby skończyć’. Działa na mnie ta mantra, bo przechodzę przez osuwisko bezpiecznie, choć lekko rozgrzany. W końcu mam na plecach 20-kilka kg, do gibkiej kozicy nieco mi brakuje.

Wcześnie, bo około południa docieram do Num. Godzina w sumie młoda i rozważam dotarcie dzisiaj do Sedua, ale nie do końca widzę uzasadnienie, w końcu nigdzie mi się nie spieszy. Siadam więc na ganku z piwem, wyciągam nogi na barierce i grzeję się w słabym słońcu, lekko chłodzony zachodnim wiatrem, leniwie pisząc dziennik.

Ciekawskie dziewczęta – niechybnie córki właścicieli – zaglądają mi przez ramię. Pytam w którą stronę jest Makalu. Pokazują potężny front chmur na północy, mam nadzieję, że do BC nie będę szedł w deszczu.

Siedząc na swoim ganku obserwuje lokalne zwyczaje… Jedna rzecz rzuca się w oczy – nie istnieje tu coś takiego jak kosz na śmiecie. Śmieć rzuca się na ziemię, tam gdzie się stoi, a rankiem wymiata się go z bezpośredniego otoczenia domu na ulicę. Tam zostaje na wieczność. 

3.X.2010 – Khandbari-Chichila.

Niziny wciaż trzymają mnie w swoich lepkich, gorących łapskach. Mimo że planowałem wyruszyć ok. 0730, do 1000 muszę czekać na otwarcie banku. Jedyny bankomat w mieście nie działa i tracę kolejne pół godziny na pogaduszki z dyrektorem banku, który w międzyczasie stara się zmusić maszynę do współpracy. Ciekawe doświadczenie, po tych 30 minutach niemalże potrafię administrować bankomatowym softwarem.

Przed wymeldowaniem się z hotelu zaczepia mnie mój ostatni kandydat na portera. Jest tu jego rodzina, jak się okazuje właściciele kilku lodge’y od Tashigaon do Yak Kharka (kilka godzin drogi od BC). Chcą, żebym dzielił z nimi portera, ale decyduję, że do Tashi dotrę samodzielnie. Obiecują mi kogoś tam znaleźć i tą obietnicą się żegnamy.

Ostatecznie wyrywam się z nizin. Ścieżka przez parę godzin pnie się łagodnie w strone Bohtebas i wychodzią na długą, łagodną grań, na której leżą zarówno Chichila, mój dziesiejszy cel, jak i Num, cel na kolejny dzień. Widoki z każdą chwilą coraz lepsze, do tego ostatni odcinek grani praktycznie płaski.

W dobrym czasie docieram do Chichila, znajduję miły lodge i skupiam na sprawach logistycznych – mycie, pranie etc. Po zmroku idę na spacer po wsi, okoliczne wzgórza i szczyty lekko zamglone, atramentowe niebo, zapach palonego drewna, dźwięki cichych rozmów po nepalsku. Staję na krawędzi grani, sto kilkadziesiąt metrów pode mną mały staw, a dalej kilometry przestrzeni poprzetykanej mgłą. Cykady uzupełniają dźwiękowe tło. Bardzo uspokajający moment, czuję się pogodzony ze wszystkim, co w środku i na zewnątrz – dobrze znów być w drodze.

W moim lodge’u dwóch Australijczyków. Idą do MBC, a potem przez Sherpani Col i kilka wysokich przełęczy do Solu Khumbu i dalej, do Rolwaling. Mają dwóch przewodników i siedmiu tragarzy, cały entourage. Nie mają pojęcia o lodge’ach za Tashigaon, więc niosą jedzenie na całą trasę… Kolejne ofiary agencji trekkingowych. Rozmawiamy chwilę, potem idę spać. 

2.X.2010 – Tumlingtar-Khandbari.

Z radością wyrywam się z Tumlingtaru. Ucieczka nie była łatwa, znów ponad godzinę czekałem aż zbierze się komplet pasażerów jeepa, którym zdecydowałem się pojechać.

W Tumlingtarze zdecydowałem się zatrudnić na kilka dni Sherpę. Ciekaw jestem takiego doświadczenia, poza tym jestem chyba pierwszą osobą w sezonie, która idzie pod Makalu – spodziewam się całkowitego odludzia, co w połączeniu z obawami o reakcję na duże wysokości jest dodatkowym bodźcem do znalezienia sobie towarzysza.

Znalezienie portera do łatwych nie należy. W jednym z hoteli trafiam na Sherpę, który obiecuje mi kogoś znaleźć. Niestety, lokalsi niechętnie dzwonią na mój polski numer, więc jedyny kontakt ze mną jest przez hotel. Właściciel hotelu natychmiast wyczuwa okazje do zrobienia interesu i w ten sposób pojawia się kolejny pośrednik. Ma to też swoje dobre strony – interview z porterem zostaje umówione w hotelu w Khandbari, we w miare cywilizowanych warunkach.

Po godzinie w jeepie docieram na miejsce. Portera rzecz jasna nie ma. Pojawia się po dwóch godzinach, ma 14 lat i nigdy nie był dalej niż Num (dwa dni drogi stąd 1500 mnpm, Makalu BC jest 9 dni drogi stąd i 4900 mnpm). Do tego życzy sobie 1100 rupii dziennie, czyli jakieś 2x więcej niż powinien. Wściekam się lekko i gonie precz tak portera, jak właściciela hotelu, który asystował w rozmowach.

Mija troche czasu i pojawia się kolejny kandydat. Kiepsko mówi po angielsku, ale zgadza się na 600 rupii dziennie i 1000 za dzień, w którym dotrzemy do base campu. Gość jest solidnej budowy, ma ponad 20 lat i generalnie mam ochotę go zatrudnić. Okazuje się jednak, że nie ma żadnego sprzętu, trzeba mu kupić buty i plecak albo kosz. Do tego zaczyna narzekać na zdrowie – ‘I eat medicine’, mówi. Pokazuje na mapę i stwierdza ‘Sedua, rest’. Sedua jest 3 dni stąd, a rest planowałem po powrocie do Khandbari. Interview znowu kończy się porażką. Gość potem zaczepia mnie jeszcze na ulicy, ‘we go’, mówi. ‘I go’, odpowiadam, ‘You eat medicine, you need rest’ i ruszam dalej. ‘No problem’, woła za mną, ale stracił swoją szansę.

Na koniec młody chłopak, ok. 15 lat. Bardzo ambitny, chce się ścigać do BC niemalże. Stwierdzam, że szukam kogoś w swoim wieku. Pytają ile mam lat – 34, odpowiadam. Z pewnym zadowoleniem obserwuje konsternacje i niedowierzanie. Później wyjaśniam, że jednak pójdę sam, dziękuje wszystkim stronom za udział i mam spokój.

Jutro ruszam więc samotnie. 

29.IX-1.X.2010 – Tumlingtar.

Pierwszy dzień w Tumlingatrze zaczyna się w iście kolonialnym stylu. Wstaje późno, bo lekko po 0700, śniadanie jem godzinę później w miłej altance w ogrodzie. Sadzone jajka, tosty, owsianka, czarna kawa (po raz pierwszy od dwóch tygodni). Młody chłopak, który podaje mi jedzenie stara się jak może – bardzo mi odpowiada jego zaangażowanie.

Continue reading

28.IX.2010 – Chalise-Tumlingtar.

Noclegi u nepalskich rodzin mają to do siebie, że chodzi się spać o zmroku, a wstaje o świcie. W tym przypadku były to, odpowiednio, 1900 z kawałkiem i 0525. Dostaję poranną herbatę z mlekiem i bez specjalnego ociągania się ruszam w drogę. Pierwsze 3 godziny są nawet przyjemne, jest gorąco, ale nie piekielnie gorąco. Co 40 minut robię przystanek na wodę i suszone owoce – jestem wszak bez śniadania.

Continue reading

27.IX.2010 – Phedi-Chalise.

Okazuje się, że są sprawy, których przed wyjazdem nie wziąłem pod uwagę. Spawy całkiem oczywiste, takie jak słońce. Wyruszyłem jak zwykle o 0730 rano. Początkowo szło mi się nieźle, mimo że czułem nogi po wczorajszym długim dniu. Po kilku godzinach mocno zaczął dokuczać mi upał, zszedłem wszak wyraźnie poniżej 1000 mnpm, a poza tym jestem na południu Nepalu, w Teraiu, który słynie z tropikalnego klimatu.

Continue reading

25.IX.2010 – Sanam.

Ruszam w drogę po małym śniadaniu i już po paru minutach wiem, że będzie bardzo ciężko. Właściwie to z trudem idę. Nie wiem, czy antybiotyk, czy pierwotniak, ale długie podejście na przełęcz Salpa La wydaje się wysiłkiem zdecydowanie ponad siły. W niewielkim bhatti zatrzymuje się na herbatę i ciastka – czuję się po nich nieco lepiej. Bardzo powoli ruszam do góry. Po pół godzinie wiem, że dzisiaj nie dam rady. Zawracam więc do Sanam, dalsze forsowanie się nie ma większego sensu.

Continue reading

24.IX.2010 – Bung-Sanam.

Z Bung ruszam o zwykłej porze, ok. 0730. Wcześniej, gospodyni robi mi śniadnie, dwa smażone jajka i duże chapatti z miodem. Niestety, tak jak udało mi się – z pomocą rozmówek angielsko-nepaskich – wyjaśnić, co chcę zjeść, tak nie próbowałem nawet wyjaśnić, że jajka zjem najpierw, a chappati z miodem na koniec. Dostałem więc talerz chapatii, na których leżały ociekające tłuszczem jajka. I słoik miodu na dokładkę.

Continue reading

23.IX.2010 – Nadjindingma-Bung.

Od Szerpy w Nadjindingmie wychodzę z przyjemnością, obwiniając go za pogarszający się stan mojego żołądka. Lekko popaduje, psychicznie nastawiam się więc na kolejny dzień w deszczu. Mżawka prześladuje mnie aż do przełęczy, gdzie – już po raz drugi – jestem świadkiem pięknego zjawiska pogodowego. Po jednej stronie przełęczy chmury i deszcz, po drugiej słońce i bezchmurne niebo, pogoda zdecydowanie zachęcająca do życia. Ciesząc się słońcem wypijam herbatę w małym, czystym bhatii na przełęczy. Przygląda mi się dwójka małych dzieci, w tym dziewczynka o niezwykłej urodzie, zwykle nie zwracam na dzieci uwagi, ale od niej nie mogę oderwać wzroku.

Continue reading

21.IX.2010 – Bupsa-Pangum.

Dzisiaj kończę pierwszy odcinek treku. Zamiast iść na północ, do Lukli, jak znacząca większość osób idących z Jiri, skręcam na południe, w stronę doliny Arunu i miasta Tumlingtar. Wyprawa do Lukli kosztowałaby mnie 2 dni, do tego wracać musiałbym tą samą drogą. Lukla nie ma wiele do zaoferowania, jest to stricte turystyczny ośrodek, początek większości wypraw na Everest i treków do EBC. Na bardzo prężnie działającym lotnisku w sezonie ląduje nawet 50 małych samolotów dziennie. Trek do Tumlingtaru ma jedną poważną zaletę – jest bardzo, ale to bardzo mało uczęszczany, infrastruktura turystyczna jest bardzo prymitywna i można się tutaj otrzeć o nieskażoną zachodnimi wpływami kulturę Szerpów, Rai i Gurungów.

Continue reading

20.IX.2010 – Nunthala-Bupsa.

Dzisiaj, ze sporym zaskoczeniem, odkryłem dziś w sobie pierwiastek rasistowski. I nie, nie ma to nic wspólnego z Nepalczykami, którzy są naprawdę wspaniałym narodem. Chodzi o Amerykanów. Hałaśliwych, ekspansywnych, obrzydliwie akcentujących angielszczyznę, nie mających pojęcia o lokalnej kulturze, poruszających się w dużych grupach z przewodnikiem i grupą tragarzy (a jakże). Amerykanów wyraźnie wystraszonych sytuacją, w której się znaleźli, obcą kulturą, nie zdominowaną bezmyślnym konsumeryzmem, zamykających się we własnym gronie i hałaśliwym bravado, próbujących pokryć swój brak pewności siebie, strach i ignorancję.

Wyruszyłem z Nunthali późno, lekko po 0730. Kilkanaście minut za miastem, cisze poranka przerywają mi wrzaski i smiechy. Po chwili doganiam grupę Amerykanów, zachowujących się jak na meczu baseballa. Mijam wyraźnie zawstydzonego guide’a, mijam ich samych, możliwie chłodnym tonem odpowiadając na “good morning”. Jeszcze dobre kilka minut słyszę za sobą tych Hunów.

Bohu spasit, mimo prawie 25 kg na plecach, szybko zostawiam ich w tyle. Doganiają mnie dopiero na przełęczy, gdzie kończę pierwszy obiad. Robię co w mojej mocy, żeby traktować ich jak powietrze – wychodzi mi nieźle. Wiem, ze nie powinienem się uprzedzać, ale ich sposób bycia i mentalność piętnastolatków wywołuje u nie natychmiastową irytacja i nieco agresji. Dotarłszy do Bupsy mam nadzieje, że zatrzymają się w innym lodge’u niż ja – Buddowie są łaskawi, więcej o Amerykanach nie słyszę.

Lodge w Bupsie wybieram najładniejszy, z typowo himalajskim widokiem na dolinę – 1500 m w dół, kilometry w dal. Widok niestety lekko zasnuty mgłą i deszczem. Lodge prowadzi samotna właścicielka – ładna Sherpani ok. 30-tki. Podoba mi się bardzo, ja też wzbudzam jej zainteresowanie. Mam nadzieje na dłuższa rozmowę, ale pojawiają się inni goście (japończyk z entourage) i didi bierze się za gotowanie.

W nepalu na osoby mniej więcej w naszym wieku, mówi się didi (starsza siostro), albo dai (starszy bracie). Na osoby wyraźnie młodsze, woła się bahi (młodszy bracie), albo dahini (młodsza siostro). Bardzo ładny zwyczaj, z którego z przyjemnością korzystam.

W ramach eksplorowania lokalnej kultury, postanawiam spróbować chaangu – lokalnego piwa, pędzonego z prosa. Jest bardzo słabe (2-3%), gęstawe, w brudnobiałym kolorze. Za 150 rupii dostaję półtoralitrowy dzbanek. Piwo ma nawet niezły, kwaśnawy smak, dobrze gasi pragnienie. Trochę jak Paulaner w wersji wczesna beta. Wypijam trzy kubki i daję spokój, raczej nie zostanę fanem chaangu. Za kilka dni okaże się, ze ten eksperyment przypłaciłem poważnymi problemami żołądkowymi… Chaang jest pędzony na wodzie prosto z rzeki, czy strumienia, co stwarza poważne ryzyko złapania jakiegoś lokalnego bakcyla.

19.IX.2010 – Junbesi-Nunthala.

Początek dnia zgodnie z trekkingową rutyną – o 0630 owsianka, chapatti i litr herbaty. Pogoda, jak na razie, rewelacyjna, więc wyciągam z plecaka aparat i po drodze do Ringmo robię sporo zdjęć. Ostatecznie docieram na miejsce po 4h, już w lekkim deszczu. Pierwsze dwa lodge zajęte przez grupy zachodnich turystów spieszących do Lukli, idę więc dalej. Ostatecznie trafiam do “Yak & Nak Hotel” na końcu wioski. Przed lodgem znajomy kucyk, w środku znajomy Japończyk. Rozmawiamy nieco dłużej, okazuje się, przez lata pracował dla IBMa w Tokio, zarządzał personelem.

Po trzech herbatach i dal bhaat z jedną dokładką jestem gotów do drogi. Przed wyjściem pytam ile waży plecak jednego z Szerpów z entourage Japończyka – 15 kg. Wspominam, że to mniej niż mój, co wzbudza powszechne zainteresowanie. Szerpowie podnoszą mój plecak i oceniają go na 25-26kg. IMO przesadzili o 3 kg, co nie zmienia faktu, że są pod wrażeniem i lekko zatroskani.

Mnie ten ciężar przeszkadza coraz mniej, nogi już się oswoiły, teraz zaczynają boleć mnie plecy. Generalnie kończę dzień znacznie mniej zmęczony niż wczoraj, czy dwa dni wcześniej. Ani chybi procesy adaptacyjne trwają! Kopiuję też sposób poruszania się porterów, małe kroczki, bardzo stabilnie utrzymywany ładunek, lekko ugięte nogi, wolne tempo i co parę minut krótki odpoczynek przy specjalnej, kamiennej lub drewnianej, ławie, która nazywa się tutaj chautara. Efekty widać od razu, mniej się męczę na podejściach i, co ważniejsze na zejściach, które jak do tej pory nieco mnie męczyły. Ogólnie, poruszam się szybciej i docieram na miejsce w o wiele lepszej dyspozycji. Z czasem zacznę wydłużać czasy między przystankami do 40-60 minut.

Do Nunthali docieram wcześnie, robię pranie i schodzę do common roomu na późny obiad. Spotykam tam parę Szwajcarów i Irlandczyka. Lekko zdołowani, albo zmęczeni, siedzą bez słowa i piją swoją herbatę, co mi zresztą bardzo odpowiada. Wczoraj, w Junbesi, w common roomie natknąłem się na stado Amerykanów – hałaśliwi, ekspansywni, bez odrobiny szacunku dla spokoju, czy prywatności innych. Po godzinie dzielenia z nimi jednego pomieszczenia, czuję się mocno zdołowany. Nie wiem, czy to kwestia narodowości, czy była to grupa po przejściach, szukająca w Himalajach harmonii i równowagi, ale roztaczali koszmarnie złą aurę. Nie spotkałem tu jeszcze nikogo, kto generowałby tyle złych wibracji. Ignoruję ich totalnie, bohu spasit odbierają przekaz i nie kwapią się do rozmów ze mną. Inni nie mają tyle szczęścia.

W Nunthali mam po raz pierwszy okazję spróbować słynnego himalajskiego apple pie. Jest to duży, opiekany pieróg, ze słodką, jabłkowo-cynamonową masą w środku. Smakuje absolutnie rewelacyjny, mruczę ukontentowany podczas konsumpcji, co wzbudza szczerą radość właściciela lodge’a.

Na koniec kilka słów o osłach. Pod koniec podejścia na przełęcz Taksimdu za Ringmo dogania mnie karawana osłów (mułów). Podobnie jak inne lokalne zwierzęta (na przykład rzeczne bawoły, o których później), osły się mnie boją i nie chcą wyprzedzić. Ida spokojnie za mną, zatrzymując się, jeśli zbliżą za bardzo. Po kilku minutach gromadzi się za mną całkiem spore stado. Poganiacza najwyraźniej to irytuje, bo krzykami i batem forsuje zwierzęta naprzód. Każdy osioł niesie dwa spore worki z ziarnem (30-50 kg) albo dwie butle z gazem – po jednej na każdym boku. Ścieżka prowadzi akurat wąskim wąwozikiem, wymytym w glinie przez spływającą wodę, przez chwilę obawiam się nawet, ze zostanę wprasowany w ścianę, ale osły przeciskają się obok mnie z wielką subtelnością, kończy się na lekkim potrąceniu butlą z gazem.

Karawany osłów, obok porterów, to jeden z głównych sposobów dostarczania towarów do bardziej odległych rejonów w górach. w jednej karawanie idzie do 50 sztuk, każdy niesie 60-100 kg ładunku. Gdzieś przeczytałem, że transport na odcinku, którego pokonanie zajmuje trzy dni kosztuje 20 rupii za kilogram. W trakcie rozmowy z jednym z poganiaczy dowiaduje się też, że jeden osioł kosztuje ok. 50 000 rupii (ok. 700 USD).

W naprawdę odległych i górzystych rejonach osły się nie sprawdzają, więc wykorzystywane są owce. Szyje im się specjalne uprzęże, pozwalające obciążyć zwierze dwoma niewielkimi (10 kg) workami z ryżem, czy inny sypkim towarem. Takie stado pędzone jest później przez wysokie przełęcze, przenosząc towary na spore odległości w bardzo trudnym terenie. 

18.IX.2010 – Sete-Junbesi.

Budzi mnie słońce, towar zdecydowanie deficytowy w ciągu ostatnich kilku dni. Wyglądam przez okno i prawie, że mdleje – widok na 1000 metrów w dół i kilka kilometrów w dal, w powietrzu nawet jeden drobiny mgły, na niebie kilka małych, strzępiatych chmur. Natychmiast nabieram motywacji do bardziej agresywnego działania i ponownie rozważam atak na okoliczny czterotysięcznik, Pikey Peak. To tylko 500 metrów wyżej niż przełęcz Lamjura La, przez która będę za kilka godzin przechodził.

Pogoda utrzymuje się przez mniej więcej godzinę, potem słońce wychodzi zza gór i ogrzewa stoki, które uwalniają potężne kłęby mgły. Kłęby w deprymującym tempie unoszą się w górę i wkrótce pojawia się nowa warstwa chmur. Moje nadzieje na czterotysięcznik zaczynają gwałtownie topnieć, nie jestem jeszcze gotów na błądzenie w himalajskiej mgle. Po szybkim śniadaniu ruszam w górę – do przełęczy muszę podejść ok. 700 metrów, do 3600 mnpm. Będzie to najwyższy punkt, jaki osiągnę w ciągu najbliższych 3 tygodni, wyżej wejdę dopiero w drodze pod Makalu. Po drodze na przełęcz dwa przystanki na czarną herbatę, cahlo ciya. Na przełęczy mgła tak gęsta, że nie widzę, co dzieje się 10 metrów przede mną. Czterotysięcznik poczeka.

Wczesny obiad zjadam w prostym bhatti na przełęczy. Jedna izba, w której cała rodzina mieszka, pracuje i śpi. Jedzenie jednak znakomite – dobrze ugotowany ryż, a do tego gęsty, grzybowy sos z warzywami. Miła odmiana od rozgotowanej soczewicy. Smakuje mi na tyle, że zgadzam się na dokładkę – zgodnie z lokalnym zwyczajem, będą mi uzupełniać braki na to talerzy dopóki nie powiem “tikcha”, wystarczy. Próbuje też kilku nowych zwrotów po nepalsku – sprawdzają się dobrze, chociaż częściej wywołują zaskoczenie niż entuzjazm. Może to kwestia akcentu, a może posługując się nepalskim przekraczam jakąś granicę i nie wiadomo jak mnie sklasyfikować.

Ruszam do Junbesi mając cichą nadzieje na dotarcie do Ringo, 3h za Junbesi. Po przekroczeniu przełęczy zaczynam lekko odczuwać wysokość, robię się poirytowany i lekko zdekoncentrowany. Próbuję robić zdjęcia, ale aparat szaleje – nie uświadamiam sobie jeszcze, że wszystko z nim w porządku, przełączył się tylko na inny, semiautomatyczny tryb, którego nigdy wcześniej nie używałem. Droga w dół się dłuży, bolą mnie stopy, plecak uwiera. Irytacja maleje wraz z utratą wysokości, dochodzę też do wniosku, że trochę za bardzo się forsuje. Zwalniam więc i spacerowym tempem docieram do Junbesi.

Jest to bardzo ładne miasteczko, wśród zadrzewionych wzgórz – znowu sprawia wrażenie bieszczadzkie. Co prawda w Bieszczadach buduje się co popadnie, a tutaj mamy bardzo spójną, lokalną architekturę. Przy wejściu do miasta mała gompa, inną widziałem na przeciwległej ścianie doliny nieco wcześniej. Zgodnie z przewodnikiem, okolica jest ich pełna – i trudno się dziwić, pięknie tu i spokojnie. Sam chętnie zamknąłbym się w jednym z okolicznych klasztorów, pod warunkiem, że miałby szybkie łącza. Zatrzymuję się w schludnym lodge’u z ładnym sadem jabłoni – “Apple garden lodge”. Na jabłka jest nieco za wcześnie – trudno o jakiekolwiek produkty z tychże. A okolica ma z nich słynąć – placek jabłkowy, szarlotka, dżemy, cydr, jabłkowe brandy…

Wczesnym popołudniem zaczyna padać i pada aż do wieczora. Nocą przeciera się i widać masę gwiazd, co sugeruje dobrą pogodę kolejnego dnia.