Rano kolejna wizyta na bazarze Phra Khanong, gdzie ostatnio bywam niemal codziennie. Skuter otwiera zupełnie nowe możliwości w mieście takim jak Bangkok (na przykład pozwala właśnie na codzienne wizyty na bazarach). Oczywiście boli mnie fakt, że jest to pojazd spalinowy – miałbym o wiele czystsze (pun not intended) sumienie, gdyby był elektryczny (i ładowany energią odnawialną).
Tag Archives: Tajlandia
Wat Hong Thong.
Jak pisałem wcześniej, w piątek dostałem do ręki tutejsze prawo jazdy. Wczoraj, czyli w sobotę, rano pojechałem na On Nut wypożyczyć skuter (wypożyczenie neo-oldskulowej Yamahy Filano to wydatek 3000 THB na miesiąc), a popołudniem, już na skucie, pojechałem na jogę. Dzisiaj z kolei, w ramach walki z niedzielnym ennui, zrobiłem pierwszą wycieczkę krajoznawczą – 120 km.
Bai kap khee.
Nic pisałem nie ostatnio, jako że primo zacząłem uczyć się pisania i czytania po tajsku, a secundo, postanowiłem zrobić lokalne prawo jazdy (czyli bai kap khee) na skuter.
Soba i ikra w bananie.
Ostatnie tygodnie przyniosły sporo kulinarnych odkryć, o których nie zawsze chciało mi się pisać, że nie wspomnę już o robieniu im zdjęć. Natomiast pojawiło się coś, co na stałe weszło do mojego jadłospisu, a mianowicie makaron soba.
Shabushi.
Niedaleko stacji BTSu Ekkamai, z której zwykle zaczynam swoje codzienne podróże po Bangkoku, jest galeria handlowa Gateway Ekkamai. Generalnie nie cierpię takich miejsc, natomiast w Gateway znajduje się masa japońskich i koreańskich knajp i sklepów. A że moja ciekawość kultury japońskiej z roku na rok robi się coraz większa, bywam tam w miarę regularnie.
Akcesoria żałobne w erze rozpasanego konsumeryzmu.
Jak powszechnie wiadomo, jesienią zeszłego roku zmarł uwielbiany przez Tajów król Bhumibol. Naród pogrążył się w żałobie, której symbolem stały się czarne wstążki powszechnie przypinane do ubrań.
Tajski.
Coraz częściej stwierdzam, że brakuje mi umiejętności czytania tajskiego alfabetu. Ostatnio kilkukrotnie, w kryzysowej (relatywnie) sytuacji, nie byłem w stanie przeczytać kilku kluczowych znaków (tablicy na nadjeżdżającym autobusie, ceny, nazwy czegoś na bazarze etc.) Wzbudziło to we mnie zrozumiałą irytację i intelektualną frustrację.
Immi.
I tak, niepostrzeżenie, minął pierwszy miesiąc w Bangkoku. Jako że dzisiaj wygasło mi 30-dniowe zwolnienie z wizy, wybrałem się po extension do lokalnego biura imigracji, które mieści się spory kawałek za lotniskiem Don Muang. Czyli na końcu świata (coś jak 5 kilometrów za Wawrem w realiach warszawskich).
Liczi i lokalna maczeta.
Kilka dni temu znów pojechałem na bazar po rośliny. Tym razem dopadł mnie gigantyczny deszcz, który próbowałem przeczekać. Deszcz jednak niespecjalnie chciał przestać padać, więc po pół godzinie ruszyłem na poszukiwania parasola.
Medytacje na trudne czasy. :-|
Moja lokalna sangha, Little Bangkok Meditation Group, zorganizowała coś, co nazywa się Meditation for Challenging Times. Brzmiało ciekawie, więc postanowiłem się wybrać.
BKK diaries 2017.
Na wypadek, gdyby ktoś nie zorientował się, można już, jeśli naprawdę nie ma się niczego ciekawszego do roboty, czytać tegoroczne dzienniki bangkockie:
http://yakkharka.net/category/2017/tajlandia-bangkok-diaries/
Nie ulega najmnniejszych wątpliwości, że już wkrótce zacznę je pisać codziennie i robić setki zdjęć.
Are you living here or are you traveling?
Dziś zostałem zapytany jak w temacie. W sumie to nie wiem. Trochę jednego i trochę drugiego, ale ostatecznie ani jedno ani drugie. Bardzo to zen, czyli wszystko na swoim miejscu.
Talat Phra Khanong.
Przystanek BTSem i kilkaset metrów piechotą od mojego aktualnego domu jest wielki bazar, nazywany – od dzielnicy, w której się znajduje – bazarem Phra Khanong (talat Phra Khanong).
pora deszczowa.
W tym roku przyjechałem do TH akurat na rozpoczęcie pory deszczowej. Ostatnie dwa tygodnie były jeszcze dosyć suche i gorące, chociaż pojawiały się już nieśmiałe deszcze. Dzisiaj wszystko się zmieniło, nad ranem przeszła piękna monsunowa burza z masą wody, a teraz za oknem chmury i mżawka. Prawie jak europejska jesień, tylko temperatura się nie zgadza. W kolejne dni mają pojawiać się już regularne popołudniowe deszcze.
Seeyaek.
Doznałem dzisiaj językowego olśnienia. Ucząc się nowych tajskich słówek, przeczytałem, że yaek (prawie jak jak) to skrzyżowanie. W zależności od tego ile ulic odchodzi od skrzyżowania, przed yaek dodaje się liczebnik, ie. saam-yaek dla trzech ulic i see-yaek dla czterech. Pewnie dla pięciu będzie haa-yaek.
Bang Chak kontra Ekkamai.
Po kilku dniach w Bang Chak postanowiłem zmienić lokalizację w BKK i okazała się to być znakomita decyzja.
Vinyasa.
Moje lokalne studio jogi ma poza typowymi sesjami hatha jogi również sesje jogi (jóg?) vinyasa i yin.
Joga w BKK.
Kilka miesięcy temu wziąłem na Cruxie udział w warsztatach z przedwspinaczkowego rozciągania. Moje ciało tak pozytywnie zareagowało na dwie godziny takich ćwiczeń, że zacząłem rozglądać się za bardziej regularnym programem stretchingowym. Tak trafiłem na jogę do Centrum Jogi Adama Bielewicza.
WAW-DOH-BKK.
W tym roku poleciałem do BKK przez Dohę, Quatarem. Najszybszy lot chyba do tej pory – nieco ponad 12h, nie uwzględniając różnicy czasu. Wyleciałem z Warszawy pod wieczór, a na miejscu byłem nieco po 1200 lokalnego czasu. Spodziewałem się, że krótszy czas lotu i fakt, że leciałem w nocy zminimalizuje jetlag. Nie wyszło – mimo tego, że starałem się spać, zdrowo jeść (przemyciłem na pokład torbę suszonych orzechów i owoców), pić wyłącznie wodę (zrezygnowałem nawet z herbaty). Gdy opadła podróżna eksyctacja wpadłem w nastroje skrajnie negatywne, a potem spałem kilkanaście godzin.
Soi dogs.
Na profilu jednego z portali dla expatów w Tajlandii trafiłem niedawno na uroczy filmik z soi dog (tajskim ulicznym psem) w roli głównej. Jako że za kilka dni znowu będę w Bangkoku, uznałem, że warto napisać kilka słów o tych psach, które stanowią tak integralny element Bangkoku, jak stragany z ulicznym jedzeniem.
