Kilka dni temu znów pojechałem na bazar po rośliny. Tym razem dopadł mnie gigantyczny deszcz, który próbowałem przeczekać. Deszcz jednak niespecjalnie chciał przestać padać, więc po pół godzinie ruszyłem na poszukiwania parasola.
Tag Archives: Bangkok
Medytacje na trudne czasy. :-|
Moja lokalna sangha, Little Bangkok Meditation Group, zorganizowała coś, co nazywa się Meditation for Challenging Times. Brzmiało ciekawie, więc postanowiłem się wybrać.
BKK diaries 2017.
Na wypadek, gdyby ktoś nie zorientował się, można już, jeśli naprawdę nie ma się niczego ciekawszego do roboty, czytać tegoroczne dzienniki bangkockie:
http://yakkharka.net/category/2017/tajlandia-bangkok-diaries/
Nie ulega najmnniejszych wątpliwości, że już wkrótce zacznę je pisać codziennie i robić setki zdjęć.
Are you living here or are you traveling?
Dziś zostałem zapytany jak w temacie. W sumie to nie wiem. Trochę jednego i trochę drugiego, ale ostatecznie ani jedno ani drugie. Bardzo to zen, czyli wszystko na swoim miejscu.
Talat Phra Khanong.
Przystanek BTSem i kilkaset metrów piechotą od mojego aktualnego domu jest wielki bazar, nazywany – od dzielnicy, w której się znajduje – bazarem Phra Khanong (talat Phra Khanong).
Bang Chak kontra Ekkamai.
Po kilku dniach w Bang Chak postanowiłem zmienić lokalizację w BKK i okazała się to być znakomita decyzja.
Vinyasa.
Moje lokalne studio jogi ma poza typowymi sesjami hatha jogi również sesje jogi (jóg?) vinyasa i yin.
Joga w BKK.
Kilka miesięcy temu wziąłem na Cruxie udział w warsztatach z przedwspinaczkowego rozciągania. Moje ciało tak pozytywnie zareagowało na dwie godziny takich ćwiczeń, że zacząłem rozglądać się za bardziej regularnym programem stretchingowym. Tak trafiłem na jogę do Centrum Jogi Adama Bielewicza.
WAW-DOH-BKK.
W tym roku poleciałem do BKK przez Dohę, Quatarem. Najszybszy lot chyba do tej pory – nieco ponad 12h, nie uwzględniając różnicy czasu. Wyleciałem z Warszawy pod wieczór, a na miejscu byłem nieco po 1200 lokalnego czasu. Spodziewałem się, że krótszy czas lotu i fakt, że leciałem w nocy zminimalizuje jetlag. Nie wyszło – mimo tego, że starałem się spać, zdrowo jeść (przemyciłem na pokład torbę suszonych orzechów i owoców), pić wyłącznie wodę (zrezygnowałem nawet z herbaty). Gdy opadła podróżna eksyctacja wpadłem w nastroje skrajnie negatywne, a potem spałem kilkanaście godzin.
Songkran.
W TH jutro zaczyna się festiwal noworoczny – Songkran – który potrwa do 15 kwietnia (a realnie pewnie do końca weekendu).
Scenes of old Bangkok.
BKK – KBP – WAW.
I tak, po prawie 5 miesiącach w TH, czas na powrót do rzeczpospolitej smoleńsko-burackiej. Nie mogę powiedzieć, żebym się palił do tego powrotu, ale trochę brakuje mi już jakiegoś zajęcia. Poza tym Tajlandię mogę uznać za oswojoną i, jak sądzę, będę tu regularnie wracał na kilkumiesięczne wakacje.
Phuket.
Ostatni weekend w TH niespodziewanie turystyczny. Kolega ze studiów, Maciek, i jego żona Marta, w drodze do Wietnamu zatrzymali się na kilka dni w Tajlandii. Z niezrozumiałych dla mnie powodów zdecydowali się spędzić dwie noce na Phuket, miejscu uchodzącym za lokalną wersję Władysławowa. Postanowiłem do nich dołączyć, mając pewne obawy, czy turystyczny charakter wyspy mnie nie rozczaruje.
Bangkok w czerni.
Od śmieci króla Bangkok działa w stanie lekkiego wyciszenia. Niby wszystko funkcjonuje jak do tej pory, ale ludzie są autentycznie smutni i przygaszeni – i nie czuć w tym pozy, udawania. Większośc ubrana na czarno, albo przynajmniej z czarną tasiemką przypiętą do ubrania. Popularność czarnych ubrań była w pewnej chwili tak duża, że rząd musiał wprowadzić kary za sztuczne windowanie cen.
[*]
Dziś zmarł król Tajlandii, Bhumibol Adulyadej.
Jest mi autentycznie przykro i smutno. Szacunek i oddanie, jakim darzyli go Tajowie jest trudny do opisania. Nie ukrywam, że i mnie się one udzieliły przez te krótkie kilka miesięcy tutaj.
Król był też stabilizatorem dosyć turbulentnej sytuacji politycznej w Tajlandii, działającym ponad politycznymi podziałami i wspierającym najsłabszych członków tajskiego społeczeństwa. Co więcej, król bardzo lubił psy, był fanem jazzu (sam grał na trąbce) i wziętym fotografem. Naprawdę, trudno króla nie lubić i nie szanować.
:-(

Georgetown 01.
Miejsce, w którym się zatrzymałem, Jawi Peranakan Mansion, dawna posiadłość kupców z kasty Jawi Peranakan, muzułmanów pochodzenia hinduskiego, którzy kiedyś stanowili lokalne high society, ma tak leniwą atmosferę, że niespecjalnie chcę mi się stamtąd ruszać.
Bangkok – Pedang Basar – Butterworth – Georgetown.
Z prawdziwą radością stwierdziłem niedawno, że te kilka miesięcy indochińskiego chill outu odbudowało moją, do niedawna trudną do poskromienia, a później mocno oklapłą, ochotę na podróże. Coraz częściej łapię się na układaniu wielotygodniowych treków przez himalajskie dzicze, rozważam wyprawy kajakowe, narciarskie, a nawet zwykłe obijanie się z plecakiem po różnych azjatyckich krajach. Może więc nie wszystko stracone i awersja do podróży, jaką miałem przez ostatni rok, czy dwa, zaczyna cofać się pod atakiem świeżego wanderlustu. Perspektywa krótkiej podróży pociągiem przez duża część Indochin jedynie tę ochotę wzmaga.
Z Bangkoku do Malezji.
Nie pisałem nic ostatnio, jako że wpadłem w miejską rutynę bangkocką, a przy okazji po raz kolejny przeziębiłem się od lokalnej klimatyzacji.
Pouczająca historia żarłocznych mnichów.
Moje (aktualne) miasto od kilku dni żyje historią żarłocznych mnichów. Otóż wspomniani mnisi urządzili sobie przyjęcie urodzinowe, na którym zjedli tort! Nie dość, że tort zjedli, to jeszcze zrobili sobie z tortem selfie, które następnie wrzucili w internety.
Departed glories.
Biosphere (coś jak jezus, albo inny muhammad, tyle że w świecie ambientu) ma nowy album, nazywa się Deprated Glories. Co prawda ciężko znaleźć bezpośrednie odniesienie do Bangkoku, czy Indochin w ogóle, ale jako tło dla refleksji nad kolonializmem* posłuży idealnie.
