Najnowsze

2024-01-16.
2024-01-16.miro16/01/2024Laos – Luang PrabangNo dobrze, to świąteczne koszmary mamy za sobą. Nigdy nie lubiłem tej części roku, jako że pasjami nie cierpię katolstwa, świątecznej sztuczności i nadęcia oraz powiązanego rozpasanego konsumpcjonizmu. Na całe szczęście w buddyjskim kraju jest to znacznie mniejszy problem, szczególnie jeśli nie spędza się czasu między expatami – którzy w przeważającej większości są mocno ograniczonymi półgłówkami – tylko lokalsami. No, ale poza tym same dobre wiadomości: co (przedłużony) weekend jestem na farmie, gdzie wre praca nad dwoma nowymi domami. S. w ferworze organizacji, wszystko nieco w stanie przejściowym, ale to jest bardzo fajny stan. Rodzina S. i wszystkie trzy psy są już na miejscu, coraz więcej roślin, kury w trzech odmianach i generalnie wieś jak malowanie. ;-) I tak jak Thongkhao (największy pies i jedyny chłopak w grupie) był nieco nieśmiały na początku, to gdy dołączyły dziewczęta – Nammok i Damdee – przejął incjatywę i zdecydowanie nabrał pewności siebie. Psy stadnie przeganiają najazdy kóz z sąsiedztwa, eksplorują włościa i najwyraźniej mają masę frajdy na nowym terenie. Very much bright-eyed and bushy-tailed. Zrobię im nieco zdjęć gdy je wreszcie wykąpiemy. Poza tym robię zdjęcia macro rozmaitym owadom, co potrafi być sporym wyzwaniem i ze względów technicznych, jak i czysto praktycznych – o tej porze roku nie jest ich jeszcze za wiele. Poza tym nic godnego wzmianki, laotański chill all over. W lutym planujemy małą eskpadę w dół rzeki zieloną łodzią, może też wyskoczę do Bangkoku na zakupy po chińskim nowym roku. Na Indie w marcu na razie nie mam ochoty, za dobrze mi tutaj – ani chybi się starzeję. Ale kto wie? Może się zmobilizuję w ostatniej chwili, jak to mam z zwyczaju. A na koniec moja droga S. w dominującej pozie na naszych włościach. [...]
2023-12-16.
2023-12-16.miro17/12/20232023 / Laos – Luang PrabangPogoda, jak pisałem wcześniej, niebiańska – szczególnie w porównaniu z tym co się o tej porze roku dzieje w Środkowej Europie – więc staram się możliwie często jeździć. Za miesiąc zacznie się znowu robić dosyć gorąco, a pod koniec lutego dojdzie to tego kilka tygodni wypalania pól i daleko idącego utoksycznienia atmosfery. Do tego dochodzi nowa lokalizacja – nasza farma leży na trasie kilku lokalnych terenowych pętli i o dwa kroki od niesamowicie ciekawych terenów w worku, jaki tworzy Mekong z grubsza patrząc od Sayabouli do Pak Beng. I tak wczoraj pojechałem trasą, która częściowo znałem już z wczęsniejszych eskapad – najpierw drogą 4B na zachód aż do Ban Nakhai, tam zjazd w teren – i to praktycznie od razu ładujący megapozytywnym nastawieniem do świata, bo zaczyna się od przejazdu przez ca. 20m szerokości bród, co zwykle stram się robić relatywnie szybko, rozpryskując wielkie fontanny wody i wzbudzając radość okolicznych wieśniaków. Kiedyś pewnie wyląduję w tym strumieniu, bo dno jest śliskie i kamieniste, ale jest ryzyko, jest zabawa. Dalej chciałem uniknąć nowo budowanej przez góry drogi i na rozstajach pojechałem w prawo, a nie w lewo. No i faktycznie uniknąłem – trasa dosyć trudna, z mułem, masą bardzo głębokich kolein wyżłobionych przez monsunowe deszcze i dodatkowo pogłębione przez lokalne traktory. Niektóre z nich były tak głębokie, że tylne koło nie sięgało dna i musiałem wyciągać motor do tyłu i próbować nieco inną drogą. Zaliczyłem też kilka uślizgnięć, jeden czy dwa dropy, no zasadniczo sama rozkosz. Do promu dotrałem spocony jak świnia, z lekko przetrąconym reflektorkiem (takim montowanym na gmolu, na dole motoru) i kilkoma metrami rozmaitych pnączy, które wkręciły mi się między oś a zębatkę. Dzień później z kolei czułem się jak po dobrej sesji na siłowni. Poza wyzwaniami terenowymi, piękne widoki, sporo wąskich, prawie singletrackowych ścieżek, wioski ludu Hmong, strumienie, strome zjazdy i podjazdy. Planowałem zrobić kilkadziesiąt zdjęć, ale albo nie chciało mi się zatrzymywać, albo wyciągałem motor z kolein i nie miałem ochoty na nic innego. Pewnie za tydzień powtórzę tę trasę, tym razem z focusem fotograficznym. Ostatecznie zrobiłem z 10 zdjęć, z czego 7 nadawało się do czegokolwiek. Na drugą stronę Mekongu miałem początkowo popłynąć małą łodzią, ale szcześliwie pojawiła się ciężarówka, więc popłynąłem dużym promem. Potem ze 20 km gravelu przez B. Sandkalok i szereg innych wiosek – droga świeżo wyrównana, więc mogłem się rozszaleć i śmigać tam 90-100 kmh, co było niezwykle adrenalinogenne. Przy rozjeździe do wodospadu Kuang Si zaczął się dziurawy asfalt, minibusy, turyści na skuterach, więc było nieco mniej fajniej, ale to tylko kilkanaście km. W LPB załadowałem się na prom do Chomphet i wkrótce potem zamknąłem pętlę. Wieczorem S. zrobiła znakomitą duszoną żabę z bazylią (tak, tak, uwielbiam jeść żaby i węże – jestem przekonany, że to nadal pescowegetarianizm ;-)). Do tego Lao Hai, czyli niezwykle smakowity (i niezbyt mocny) trunek ze sfermentowanego młodego ryżu. Więcej takich dni proszę. [...]
2023-12-10.
2023-12-10.miro11/12/20232023 / Laos – Luang PrabangDługo nie pisałem nic o LPB, jako że praktycznie cały listopad spędziłem w Khanom, a potem wciągnęły mnie rozmaite lokalne aktywności. Bedzie więc wyjątkowo długi i bogaty w treści post. Laotańska jesień przechodzi powoli w zimę – na razie bardzo łagodną. Pod koniec listopada mieliśmy kilka zimnych nocy, zamówiłem nawet z TH miękką, ciepłą kołdrę, ale użyłem jej może dwa razy. Poza tym jest pocztówkowo: Na razie też nie ma dzikiego najazdu turystów, pewnie zacznie się w okolicach świąt. Poniżej kilka jesiennych obrazków z popołudniowego spaceru. Łódź Łódź przechodzi różne metamorfozy, między innymi zmianę koloru i wymianę instalacji wodnej. Zaczyna też wozić turystów na krótkie na razie eskapady. Czasami też służy jako pływający klasztor (zdjęcia nie moje): W połowie listopada odbyła się też na łodzi piękna ceremonia, coś w stylu tej, którą zrobiliśmy w połowie zeszłego roku. Poniżej zdjęcia zrobione przez lokalnego fotografa. ;-) Farma Poza tym duża i niezwykle ekscytująca zmiana – wracamy na farmę, na której spędzaliśmy z S. (wówczas jeszcze A.) pierwsze tygodnie i miesiące naszej znajmości w 2020-2021. Mówiąc szczerze, cieszy mnie ta zmiana, bo w Sansouk (SS), naszej dotychczasowej działce, poza rzeką i widokami na wzgórza o zachodzie słońca, niewiele jest atrakcji. Dojazd jest upierdliwy, na działce obok jest szkoła, więc jest koszmarnie głośno, miejsca mało, bo ledwie hektar i trochę nie ma się gdzie schować. Turystycznie, ze względu na odległość od LPB też raczej nie ma szansy tego zagospodarować. Więc jako folly może i ma rację bytu, ale i to jest racja mocno naciągana. Tutaj mamy piękny kawałek ziemi zagubiony wśród wzgórz, powierzchni z 10x tyle, co w SS, staw z kanałem, własne wzgórze z relatywnie nienaruszonym lasem oraz piękny, obramowany bambusami strumień. Od promu w Chomphet może 10m spokojnej jazdy motongiem. Do tego uroczy bungalow, który wkrótce będzie miał towarzystwo, bo planujemy kolejny, znacznie większy. Ten mniejszy pewnie wynajmę od S. na kilka lat i będzie to mój country house na przedłużone weekendy i ucieczki z miasta. Muszę mu tylko znaleźć dobre imię. Czytam właśnie o życiu Iana Fleminga na Jamajce w latach 40-tych i 50-tych – zarówno on, jak i jego przyjaciele budują tam mniejsze lub większe domy i nadają im piękne imiona – bardzo to inspirujące. Mam już kandydata – Decoy, w sensie wabik, przynęta, która będzie mnie wywabiać z miasta na wioskę. ;-) Mamy też w planach drugi, większy staw dla ryb, sadzenie złotych bambusów, zarybianie i plantacje owoców. Rodzina S. wkrótce przeniesie się z SS i zamieszka w pobliżu wjazdu na farmę. Pozostają pieskacze – jeden, Thongkhao, już dzieli czas pomiędzy mój uroczy dom w Phone Pheeng i farmę. Nammok i Damdee czekają na swoją kolej. Zasadniczo, jako że lubię zmiany, jest to super okres, bo planujemy coś zupełnie świeżego, ekscytującego i na zupełnie inną skalę niż do tej pory. Na razie wycinamy niepotrzebne tekowce i rozmaite krzaki, które rozrosły się przez dwa lata. Wczoraj nawet szalałem nieco z ponad metrową piłą łańcuchową, wycinając gałęzie i tnąc główny pień na mniejsze kawałki. Gdy już doszedłem do wniosku, że praca z taką piłą jest prosta, Joi, brat S., pociął kawałek pniaka na równiutkie deski, z których powstanie stół i ławy, wprawiając mnie tym w radykalne zdumienie. Dom Dom już mocno oswojony, co nie zmienia faktu, że co i raz odkrywam coś nowego. Kilka dni temu, rozglądając się po ogrodzie, trafiłem na dwa drzewa jackfruitrowe schowane gdzieś w rogu. Co więcej, drzewa w pełni funkcjonalne, mają już pierwsze owoce, które powinny dojrzeć za jakieś 4-6 tygodni. S. planuje już konfiturę jackfruitową. Poza tym kilka dni w tygodniu pomieszkuje ze mną Thongkhao. Jednak pies w domu to wspaniała sprawa. :-) [...]
2023-11-20.
2023-11-20.miro01/12/20232023 / Tajlandia - back to KhanomMaj i Listopad to najwilgotniejsze miesiące w Khanom, więc należało się spodziewać odrobiny deszczu. I tak jak pierwsza połowa wyjazdu była urocza, tak druga była równie urocza, ale w inny sposób. Jesienny monsun rozszalał się na dobre w okolicach 11 listopada (ani chybi żeby w ten sposób podkreślić wagę naszego dnia niepodległości) i tak jak niektóre dni były deszczowe od rana do wieczora, inne były bezdeszczowe, ale sztormowe, a jeszcze inne – moje ulubione – kończyły się dziką burzą i ulewą późnym popołudniem. Burze nad nadbrzeżnymi wzgórzami to naprawdę niesamowity widok. Morze przez większość czasu mocno rozfalowane, w szczycie przypływu rozbijało się o seawall mojego condo. Powrót zaplanowałem pociągiem, natomiast nie wziąłem pod uwagę, że zaczyna się high season i najazd turystycznej stonki. Ergo na bilet się nie załapałem i wracałem samolotem. W NST niespodzianka – otworzył się nowy terminal. Bardzo nowoczesny, ale mam tyle pozytywnych wspomnień ze starego, że trochę czasu zajmie mi oswojenie się z tą zmianą. Po przylocie na DMK pandemonium. Miliardy ludzi, większość wściekła – jednak turystyka to sama przyjemność. Mam wrażenie, że tego dnia było jakieś zamieszanie z lotami, bo mój został przesunięty o kilka h do przodu (na szczęście dowiedziałem się z wyprzedzeniem), inny odwołany. Co nie zmienia faktu, że przygotowałem się na traumatyczne przejścia następnego dnia, przed lotem do LPQ. W Bangkoku jedna noc w moim ulubionym hotelu – Column. Hotel ma tyleż wad, co zalet, natomiast widoki, szczególnie z corner suites, są jedyne w swoim rodzaju. We wrześniu zeszłego roku przekoczowałem tam ze dwa tygodnie, udając, że pracuję, ale głównie słuchając muzyki i patrząc przez okno. ;-) Mimo oczekiwanego lotniskowego piekła, wszystko przebiegło super sprawnie. Kilka w lounge, potem bezproblemowy przelot. Na lotnisku czekała S., pięknie ubrana w czerwoną sukienkę z różami. Dom w jednym kawałku, choć nieco zakurzony. All-in-all bardzo udany wyjazd (i powrót). Co nie zmienia faktu, że następnym razem poszukam sobie innego miejsca na tajski chill. Mam na oku kilka totalnie zapyziałych wysepek na Andamanach. [...]
2023-11-05.
2023-11-05.miro05/11/20232023 / Tajlandia - back to KhanomZgodnie z wcześniejszym planem, listopad spędzam w swojej ulubionej, zabitej dechami dziurze na południu Tajlandii. Tym razem nieco zmieniłem model podróżowania i była to niewielka epifania. W ogóle ten rok zaczyna wyglądać nieco tak, jak to sobie zaplanowałem przed pandemią. Czyli baza w Luang Prabang i rozmaite wyprawy raz na 3-4 miesiące. W tym roku jeszcze niezbyt ambitnie, bo ca. dwa miesiące w TH (maj i listopad) i kilka tygodni w Warszawie, ale w przyszłym rok chciałbym już nieco rozwinąć skrzydła – wiosną południowe Indie na Royal Enfieldzie, latem tradycyjnie kilka tygodni w Warszawie, żeby powiedzieć mamie sabaidee, a jesienią być może Borneo, albo powrót do Nepalu po długiej przerwie. Do tego Indie mają 5-letnie wizy turtystyczne, więc jeśli spodoba mi się Kerala i Tamil Nadu, być może będzie to początek zupełnie nowej serii eskapad. No, ale ad rem. Kilka lat temu, gdy jeszcze pomieszkiwałem w Tajlandii po kilka miesięcy w roku, wybrałem się pociągiem z Bangkoku (ze stacji Hua Lamphong, która powoli zaczyna przechodzić do historii, ale o tym niżej) na wyspę Penang w Malezji (de facto do Georgetown, a potem promem na Penang). Była to super wyprawa, pociąg wyjechał z Bangkoku ok. 1500, a na granicy, w Pedang Besar, był kolejnego dnia rano. Potem przekroczenie granicy i kolejny pociąg do Georgetown, dalej prom na Penang – w sumie prawie 24h totalnego slow travel. I od tamtej pory chciałem powtórzyć tę podróż – najchętniej w rozszerzonej wersji, bo dzisiaj można przejechać z północy Laosu, aż do Singapuru (z przesiadkami co prawda). Tym razem powtórzylem podróż w wersji nieco skróconej, z Bangkoku do Nakhon Si Thammarat. 1-ego listopada – akurat w święto zmarłych (a umarli to przecież znakomici towarzysze podróży, z natury są małomówni) – poleciałem na DMK, potem szybki transfer do Graba i godzina jazdy przez Bangkok o zachodzie słońca, żeby na nieco przed odjazdem pociągu dotrzeć do nowej stacji kolejowej, Krunthep Aphiwat Central Terminal. Bardzo poważna nazwa. Wcześniej stacja nazywała się Bang Sue (Sue wymawiane po tajsku, z takim górno-podniebiennym yyy), ale gdy powszechne stały się żarty pt. we are going to bang Sue, nazwa została zmieniona. Poniżej krótki film ze stacji. Jak widać, zupełnie inny charakter niż dotychczasowa główna stacja. Poniżej krótki materiał BBC: Nieco obawiałem się, czy zdążę, bo pociąg miałem o 20:10, a samolot lądował o 17:20, ale udało się dużym zapasem. Wykupiłem całą kuszetkę, bo w jednym przedziale 1 klasy są dwa łóżka i zupełnie nie miałem ochoty spędzać nocy z losową osobą. Przedział mały, ale bardzo komfortowy. Mamy też dedykowaną obsługę, która dostarczy nam do przedziału jedzenie etc. Jedzenie niestety bardzo takie sobie. Podróż miała trwać 16h, ostatecznie trwała 17h. Nieco martwiłem się, że będę się nudził, ale de facto było zupełnie na odwrót. Podróż była nieco jak odosobnienie w klasztorze – przez kolejny dzień czułem się jak po sesshin. Jako że sporo latam, i to od ca. 20 lat, nie dostrzegam już nawet jak stresujące są wszelkie lotniskowe operacje. Plus latanie straciło masę uroku w ostatnich latach i stało się raczej przykrą koniecznością niż przyjemnością. Fakt, że mam dostęp do business lounges nieco uprzyjemnia całe doświadczenie, ale nie zmienia zasadniczo ogólnego odczucia. Ostatnio, wracając z Warszawy poleciałem nawet business class – w Qatar Airways, czyli jedną z najlepszych bc na świecie – ale nawet to mnie jakoś specjalnie nie podbudowało. Ergo, planes out, trains in – gdy tylko będzie taka możliwość. Na miejscu jak zwykle bajkowo. Co prawda trwa teraz jesienny monsun, który na północy nie występuje, ale na razie nie jest zbyt intensywny plus od dziecka uwielbiam tropikalne deszcze. Za kilka dni więcej zdjęć i filmów. [...]
2023-10-17.
2023-10-17.miro17/10/20232023 / Laos – Luang PrabangSezon deszczowy powoli się kończy, robi się coraz bardziej sucho, nieco chłodniej i zdecydowanie mniej pochmurno. Krótko mówiąc zaczyna się najlepsza część roku w Laosie. Oczywiście to oznacza też najazd turystów, co jest nieco mniej fajne. Natomiast kraj zdecydowanie potrzebuje pieniędzy, więc ma to i dobre strony w skali makro. Zamknęła się firma, która organizowała mi wizę biznesową, więc musiałem znaleźć nowego agenta, co wiązało się z ponowną aktywacją wizy na granicy (niestety trzeba to zrobić osobiście). Poleciałem na dwa dni do Vientiane, lokalną linią – Lao Skyway. Dokładnie takie latanie jak lubie – małe samoloty, do tego w połowie puste, lotniska też raczej opustoszałe, bo mało kto lata domestic. Przypomniały mi się moje loty do NST kilka lat temu – samolot NokAir z DMK praktycznie cały dla mnie, na lotnisku jakieś resztki zaspanego staffu, niepwotarzalny klimat prowincjonalnego lotniska poza sezonem (a dla NST chyba cały rok jest poza sezonem). A samolot, kóry mnie zabrał, turboprop, o którym myślałem, że to ATR (latałem takim kiedyś dwa razy w tygodniu z Warszawy na projekt do Wilna), okazał się być chińskiej produkcji – nazywa się Xian M60. Vientiane robi nieco przygnębiające wrażenie – LPB, ze względu na wielkość, położenie i atrakcyjność turystyczną lepiej zniosło pandemię i lepiej znosi aktualny kryzys ekonomiczny. W VTE masa pozamykanych knajp i sklepów, kawałki ulic wyglądają jak przedmieścia Detroit, strasząc zabitymi dechami wirtynami, generalnie daje się wyczuć klimat pewnego przygnębienia. Aktywacja wizy to typowe ćwiczenie biurokratyczne. Wyjazd z Laosu w Thanaleng, przejazd autobusem na stronę tajską, pieczątka w paszporcie, a potem to samo, tyle że w drugą stronę. Wyrobiłem się w niecałe 2h, ale i tak cała operacja mnie wyczerpała nieco. W LPB A. w wirze pracy, zabiera letników na wycieczki, walczy z konfiguracją AirBnB i Booking.com, generalnie samodzielnie już rozkręca swoje biznesy. Bardzo jest dzielna i bardzo jestem z niej dumny. Girl power! Plus, jak już pisałem, zmieniła imię na Saengsouly, niezwykle urocze. Zmieniła też włosy, cwiczy, ma dwa nowe tatuaże – ani chybi chce mnie wymienić na inny model (i wcale jej się nie dziwię, jestem przecież okropny, lol). U mnie tradycjnie ora et labora. Mam ochotę zrobić sobie kilka miesięcy przerwy od pracy… Popracować nad językiem, pojeździć więcej na motorze… Ale na razie tylko kilka dni przerwy w listopadzie, a potem małe workation nad tajskim morzem. Mam co prawda pewien niezwykle pociągający plan na wiosnę przyszłego roku, zobaczymy jak się ułożoą sprawy. [...]
2023-09-26.
2023-09-26.miro26/09/20232023 / Laos – Luang PrabangW weekend udało mi się troche pojeździć, chociaż nie obyło się bez wyzwań technicznych. I wygląda na to, że był to ostatni moment na komfortowe jeżdżenie, bo kolejna tropikalna depresja w drodze i przed nami kilka dni deszczu. Otóż tak – zaraz po powrocie z Warszawy odpaliłem motor. Wystartował bez problemów, pochodził z kwadrans, uznałem więc, że akumulator żyje i cały szcześliwy zająłem się swoimi sprawami. Potem przez tydzień padało, ale weekend 23-24.IX zapowiadał się pięknie. W sobotę rano pełen radosnej antycypacji poszedłem sprawdzić motor raz jeszcze – i dupa. Zapalił, po czym zgasł. Udało mi się go odpalić nieco pompując manetką, pochodził z 15m, ale przy kolejnej próbie odpalenia – zero napięcia, nawet dashboard się nie świecił. Nic to, pomyślałem, mam do akumulatora podpięte tzw. pig tails, które zaraz podłączę do ładowarki i za godzinę będzie dobrze. Niestety okazało się, że ładowarka zginęła podczas przeprowadzki. Wyciągnąłem więc akumulator i pojechałem do warsztatu ładować. Godzina ładowania – nic. Kolejny warsztat, dwie godziny ładowania – nic. I tak mi minęła sobota. W niedzielę pojechałem po nowy akumulator i motor odpalił jak ta lala. :-) Dostał tez świeżego oleju, dopompowałem opony, posmarowałem łańcuch i w drogę. Niesamowicie mi brakowało jazdy – Laos o tej porze roku jest niesamowicie zielony – monsun powoli dogasa, ale roślinność wciąż w overdrivie, nie zaczęły się jeszcze suchsze i pyliste miesiące Jechało mi się tak dobrze, że zrobiłem tylko dwa zdjęcia, mimo że widoków były masy. Czekam na kolejne okno pogodowe, żeby tym razem zrobić 2-3 dniową eskapadę. Powoli zaczyna się też sezon, A. spędza większość czasu zajmując się turystami, organizując im rozmaite wycieczki etc. W mieście też więcej ludzi i wyraźnie bardziej energetyczna atmosfera. Z ciekawostek: przeszukując schowek w domu znalazłem dwa, stuletnie chyba, miechy. Początkowo nie byłem pewien do czego służą, myślałem, że może do ubijania masłac, choć w Laosie masło to raczej mało popularny produkt. Ten bambusowy kijek, który widać na górze, zakończony jest dyskiem, który ciasno przylega do ścianek wyrdążonego pnia. Poruszając nim w górę i w dół, przez widoczny na dole otwór pod ciśnieniem ucieka powietrze, które służy do rozpalania węgla, czy czego tam używali lokalni rzemieślnicy. Miechy teraz stoją po obu stronach drzwi wejściowych. Uroki mieszkania w starym domu. :-) [...]
2023-09-14
2023-09-14miro14/09/20232023 / Laos – Luang PrabangPonad miesiąc w PL za mną… No, fajnie czasem zajrzeć do Warszawy, spotkać się z mamą, spędzić trochę czasu na działce, ale jednak życie w dużym mieście raczej mi się już nie podoba. Za mało przestrzeni, za mało drzew, za dużo ludzi, za dużo samochodów. I nie widać wzgórz po wyjściu z domu – tylko tony betonu. Plusem jest to, że mam dwie nowe lokatorki, także z Ukrainy. Tym razem siostry, które studiują i pracują w Warszawie. W Luang Prabang bez zmian, mój piękny dom stoi, bambusy rosną, A. (która w międzczasie zmieniła imię na S. za radą Bardzo Ważnego Mnicha) ma się dobrze. Monsun nie odpuszcza i od kilku dni jestem nieco jak zombie – jetlag i niskie ciśnienie to jednak kiepskie połączenie. Poza tym praktycznie codziennie pada, więc wszelkie poważniejsze wyprawy na motorze odpadają (chyba, że ktoś lubi kąpiele błotne). Lokalna waluta powoli osuwa się w czeluść, osoby blisko związane z lokalnymi finansami nie wykluczają bankructwa kraju do końca roku. Co prawda takie zapowiedzi slychać od kilku lat, więc nie ma co panikować (jeszcze). Czekam na zimę – na dniach powinienem sfinalizować rejestrację czerwonego potwora i ostrzę sobie zęby na kilka motocyklowych wypraw w sezonie. [...]
2023-07-23.
2023-07-23.miro23/07/20232023 / Laos – Luang PrabangZnowu nieco szalone kilka tygodni. W pracy lekki zapieprz, bo w tym samym czasie dostarczamy kilka ficzerów, za których analizę jestem odpowiedzialny, praktycznie każdy weekend z przyległościami spędzamy z A. w Sansouk, a pozostałe marne resztki wolnego czasu staram się poświęcać na oswajanie nowego domu. Chyba należą mi się jakieś wakacje. Dom zresztą jest wspaniały, właścicielka bardzo komunikatywna i wyrozumiała – w przyszłym tygodniu instaluje mi dodatkowe AC w największym pokoju, który się niemiłosiernie nagrzewa (taki urok drewnianej konstrukcji domu). Poza tym odwiedzają mnie okoliczne koty, które nie robiąc sobie nic z mojej obecności, śpią cały dniami pod motorami. Co do motorów też dobre wieści – po przeszło dwóch latach udało mi się zarejestrować potwora. Co prawda jeszcze nie wiem, czy nie czeka mnie wyprawa do Wientianu po tablice, ale być może uda się to załatwić w LPB, ewentualnie wysłać motor kurierem. Trasa do VTE nie należy do najciekawszych, a na razie nie mam czasu pojechać bardziej okrężną drogą. No, ale tablice oznaczają, że będę mógł się swobodnie wypuszczać w najdalsze zakątki Laosu – namawiam też A. na zakup normalnego motoru tak, żebyśmy mogli jeździć together. W Sansouk prace nad nowym domem dla letników, poza tym niesamowicie zielono i, jak zwykle, pięknie: Co prawda środek pory deszczowej, więc regularnie mamy ulewy, ale w tym roku, przez ENSO, monsun ma być skromniejszy i faktycznie, jak do tej pory, tak jest. Pada rzadziej, ale za to barziej intensywnie: Psy rosną, moja ulubienica Damdee ma już 10 miesięcy i zaczyna polować na kury. Mam nadzieję, że nie skończy tak jak Panda. Dzisiaj, czując lekkie niedzielne ennui, postanowiłem pojechać z Sansouk do Muang Nan. I okazała się to być całkiem konkretna terenowa wyprawa. Z Muang Nan wyskoczyłem jeszcze na most nad Mekongiem w Thaduea, miejsce, które do tej pory znałem tylko z poziomu rzeki. Poniżej mała galeria. I na koniec jeszcze smutny obrazek – totalnie zaniedbałem swoją łódź, która nadaje się teraz do małego remontu. Ale wszystko zaplanowane, staff w Sansouk ma skillsy, o których mi się nawet nie śniło i po deszczach uszczelnią mi łódź specjalną żywicą. [...]
2023-06-30.
2023-06-30.miro30/06/20232023 / Laos – Luang PrabangAbsolutnie szalone kilka tygodni za mną. Po prawie dwóch latach wyprowadziłem się ze swojego mieszkania w Mano i przeniosłem do pięknego, wielkiego domu z ogrodem. Cały proces był mocno stresujący, jak to przeprowadzki, ale powoli mentalnie oswajam się z nowym miejscem i jest mi tu niesamowicie dobrze. Poza tym mam masę miejsca dla siebie – pokój na biuro, pokój na siłownię, club room do słuchania muzyki/medytacji/czytania, uroczą sypialnię, duży living room, osobną jadalnię i kuchnię. I jeszcze kwatery dla służby na dole, bo dom jest w typowym laotańskim stylu podniesiony na kolumnach, co daje dodatkowe miejsce poniżej. Ani chybi muszę zatrudnić gosposię – na razie part time, ale zobaczymy co dalej. Do tego dużo pięnych drewnianych mebli, drewniane schody, różne zakamarki. Miałem jakiś czas temu taki insight gdzieś nad ranem, w tym mglistym obszarze między snem a jawą, że będę tu mieszkał co najmmniej pięć lat… Zobaczymy. Zaczałęm podstawowe prace w ogrodzie – zamówiłem 20 sadzonek bambusa i teraz sadzę je wzdłuż ogrodzenia. Praca z motyką i łopatą w 30+ stopniowym upale to spore wyzwanie. Cieszę się, że wybrałem karierę inżyniera oprogramowania a nie kopacza rowów. Mam kiełkującą ambicję, żeby stworzyć piękny, tropikalny ogród, ale obawiam się, że czasowo mogę nie dać rady. Może więc tylko ucywilizuję kawałki ogrodu, a resztę zostawię dziką. Ewentualnie dam A. wolną rękę, niech robi tu co chce – kto jak kto, ale A. ma chyba jakieś roślinne geny, bo mało kto – może poza moją mamą – ma taki talent do wszelakiej flory. Jak już się ze wszystkim uporam, zacznę wrzucać zdjęcia nowego lokum. [...]
2023-06-09
2023-06-09miro09/06/20232023 / Laos – Luang PrabangW Polskuni rozmaite kościółkowe gusła odprawiają, więc i ja mogę sobie zrobić długi weekend, bo część mojego teamu (w każdym razie ta, która nie pracuje z Indii) również oddaje cześć rozmaitym corpusom. Umyłem więc potwora i ruszyłem w drogę. Na początek do mojego ulubionego pływającego resortu na zalewie Pak Ou. Jest tu cicho i spokojnie, woda wokół, można pływać i oddawać się nicnierobieniu. Jedyny problem, że znakomicie karmią, więc po dwóch dniach tutaj warto zrobić sobie kilkudniowy post. ;-) Ponad miesiąc nie siedziałem na dużym motorze i muszę przyznać, że totalnie mi tego brakowało. Jednak dual sporty w rodzaju Hondy CRF Rally to najlepszy typ motoru do terenowo-drogowych eskapad. Poniżej dwa filmy z mostu przy samej tamie na Nam Ou: A tutaj pływające chaty: I mała próbka lokalnej kuchni: Jutro miałem jechać na kolejne dwa dni do Nong Khiaw, ale wygląda na to, że będę musiał wrócić do Luang Prabang, podpisać nową umowę najmu. Na dniach przeprowadzam się do nowego, pięknego (i wielkiego!) domu. Life is good. [...]
2023-05-29.
2023-05-29.miro29/05/20232023 / Laos – Luang PrabangDwa dni temu wróciłem do LPB po prawie miesięcznych wakacjach/workacjach w Tajlandii – o tym zresztą będzie w osobnym poście. Laos zdecydowanie potrzebuje morza. Dzięki wyjazdowi ominęły mnie ostatnie tygodnie pory suchej, kurzu, dymu i gorąca. Tak jak przed samym wyjazdem Mekong w LPB prezentował się dosyć smutno: To po powrocie wyglądało to już znacznie lepiej: Dzisiaj wczesnym popołudniem LPB zaczęło wyglądać tak, jak powinno, czyli pocztówkowo. Wyraźnie widać było okoliczne wzgórza na tle niebieskiego nieba, nieliczne białe chmury, do tego, dzięki regularnym od niedawna deszczom, zieleń zrobiła się soczysta, rośliny zaczynają się odradzać. A rano mieliśmy nawet próbkę tegorocznego monsunu: Z kolei powrót z TH z przygodami. Zebrałem nad morzem nieco muszli dla A., które zapakowałem do głównego bagażu. Bagaż nadałem i zadowolony z siebie poszedłem pić kawę w lounge’u i patrzeć na samoloty. Gdy doleciałem na miejsce, okazało się, że bagażu nie ma. Biuro AirAsia zaskakująco pomocne – w systemie mieli już zdjęcie mojego plecaka z informacją, że x-ray wykrył muszle i plecak został zatrzymany w Bangkoku. Musiałem podpisać zgodę na otwarcie bagażu i usunięcie muszli, lol. Plecak minus muszle przyleciał następnego dnia, spakowany tak, jak bym zrobił to sam, więc wielki plus dla AirAsia za tak profesjonalne załatwienie sprawy. Pierwszy wieczór w LPB oczywiście na łodzi – kolacja z rodziną A. Trochę brakowało mi już lokalnych specyfików w rodzaju goi paa czy goi tauhuu (drobno siekana ryba/tofu z przyprawami i chilli) i rzecz jasna ludzi. [...]
2023-04-16.
2023-04-16.miro16/04/20232023 / Laos – Luang PrabangKwiecień to w Południowo-Wschodniej Azji sezon na mango. Zwykle właśnie w marcu i kwietniu pojawiają się pierwsze od kilku miesięcy poważniejsze deszcze, tzw. mango rains. Niestety, marzec i kwiecień to też okres masowego wypalania pól, żeby przygotować je na kolejne zasiewy. W tym roku sytuacja zrobiła się dramatyczna – susza spowodowała, że deszcze pojawiły się dopiero w maju (tak, piszę ten post z przyszłości, relaksując się na tylnym siedzeniu DeLoreana) a nowy cash crop, maniok (cassava) z kolei zwiększył zapotrzebowanie na nowe pola uprawne. Efekt – prawie dwa miesiące pożarów, AQI w Luang Prabang regularnie ponad 500-600, tysiące hektarów utraconej dżungli, w tym w parkach narodowych. Tak wyglądało powietrze w posiadłości A. – Seensouk – jakieś 40 km od Luang Prabang w kwietniu: Tu kilka tygodni wcześniej, podczas tranzytu między LPQ a Seensouk: Straty dla przyrody – gigantyczne. Przy okazji cierpi też lokalny przemysł turystyczny, jeden z filarów lokalnej gospodarki. Oczywiście problem dotyka nie tylko Laosu, to cała SE Azja, cześć Chin, subkontynent indyjski… I nie ma cienia szansy na rozwiązanie tego problemu w najbliższym czasie – ze względu na braki w edukacji, brak środków na maszyny, czy po prostu brak woli politycznej. Natomiast mango chyba obrodzi – tu kilka pierwszych owoców, plus nieco batatów na górze: W Seensouk mamy chyba z 10 mangowców, w sumie ze 4-5 odmian. A. dzielnie robi z tego bardzo smakowite dżemy plus oddajemy sporo owoców zaprzyjaźnionym mnichom z Wat Aphai i Wat Aham. Dobra karma procentuje. [...]
2023-04-08.
2023-04-08.miro08/04/20232023 / Laos – Luang PrabangZaraz minie niemal rok od ostatniego postu i czuję, że czas przerwać milczenie i wrócić do przynajmniej cotygodniowego raportowania. Ostatnie kilka miesięcy było super intensywne pod różnymi względami, więc zacznę od krótkiego podsumowania, a później, jeśli znajdę czas i motywację, będę bardziej szczegółowo opisywał rozmaite zdarzenia Laos wciąż w sporym kryzysie ekonomicznym, inflacja oscyluje w okolicach 40%. Kip co prawda przestał pikować jak ruski śmigłowiec trafiony Javelinem, a nawet nieco się umocnił na kilka miesięcy – głównie dzięki słabnącemu dolarowi. Nikt natomiast nie wierzy, że będzie to umocnienie trwałe. Skończyły się poważniejsze problemy z paliwem, chociaż czasami wciąż potrafi go zabraknąć. Od paru miesięcy mamy też nowego premiera, poprzedni zrezygnował przed końcem kadencji w atmosferze mocnego skandalu (z chińską mafią i poćwiartowanymi zwłokami kochanki w walizce wrzuconej do Mekongu). Turystów jest coraz więcej, gotówka płynie wartkim strumieniem i mam wrażenie, że problemy kraju z walutą przestały być tak dramatyczne jak kilka miesięcy temu. Wciąż nie wiadomo jak wygląda kwestia spłaty zagranicznego długu. Na początku października 2022 minęły dwa lata od kiedy spotkałem moją drogą przyjaciółkę A. Poznaliśmy się podczas mojej pierwszej wizyty w Luang Prabang, w listopadzie 2020 i – pomijając kilka miesięcy przerw na rozmaite moje podróże – widujemy się prawie codziennie. I nie jest to nasze ostatnie słowo, lol! Przeżyliśmy masę różnych przygód (w tym mrożącą krew żyłach eskapadę w górę Mekongu, gdzie w naszej łodzi psuło się po kolei wszystko – ster, śruba, a na koniec silnik), mniejsze i większe wyprawy, praktycznie każdy weekend spędzałem ostatnio w Seensouk. To kawałek ziemi nad Mekongiem, 40km od LPQ, gdzie A. zbudowała nam niewielki dom i stawia rozmaite struktury typu sauna, czy salaa, lokalny pawilon, sadzi też multum roślin i gdzie parkują nasze łodzie. W wolnej chwili napiszę kilka słów o przyjaźni z Laotanką, różnicach kulturowych etc. bo to ciekawy temat. No właśnie, apropos łodzi – kupiliśmy sporą jednostkę (45m) i wkrótce powinniśmy wystartować z nowym biznesem – butikowymi cruises po Mekongu i noclegami Airbnb na łodzi. Łódź jest absolutnie zjawiskowa, cały projekt nieco onieśmielający, ale też niesamowicie stymulujący. A. jest w swoim żywiole zarządzając ekipami remontowymi i dzięki niej łódż niebywale wypiękniała. Sam nie byłbym w stanie zrobić nawet 10% tego, co ona. Na przełomie lipca i sierpnia zeszłego roku spędziłem też kilka tygodni w Warszawie. Spakowałem rzeczy do pudeł i wynająłem swoją klitę. Mam teraz wspaniałą lokatorkę z Ukrainy, panią Vandę, która mieszka tam z młodym synem. Szczerze powiedziawszy, zupełnie straciłem zainteresowanie mieszkaniem w Polsce. Na pewno ostatnie kilka lat rządów dobrej zmiany miało tu jakiś wpływ, natomiast bardziej zakończył się pewien proces, który zaczął się od podróży do Nepalu, przez małą fazę backpackerską, mieszkanie w Tajlandii i Malezji, żeby ostatecznie zapuścić korzenie w Laosie. Teraz, gdy skończyły się ograniczenia covidowe, i mamy coraz więcej połączeń lotniczych, powoli zaczynam nabierać ochoty na powrót do pierwotnego planu – czyli traktowania LPB jako bazy i cokwartalnych wypraw na kilka tygodni w różne miejsca w rejonie. Początkowo miejsca nadmorskie, bo jeśli czegoś mi w Laosie brakuje, to właśnie plaż i otwartych nadwodnych przestrzeni. [...]
2022-06-09.
2022-06-09.miro09/06/20222021-22 / Laos – Luang PrabangOtóż tak, mamy w Laosie kryzys! Co prawda kryzys mamy praktycznie na całym świecie, ale skupię się tutaj na jego lokalnej, swojskiej wersji. Gdzieś w maju okazało się, że w budżecie nie ma wystarczająco dużo waluty (głównie USD), żeby kupić wystarczające ilości benzyny. Jeśli dobrze pamiętam, to wystarczyło na 40% zapotrzebowania. Zaczęły się rzecz jasna kolejki na stacjach, zamykanie stacji, racjonowanie benzyny etc. Do tego oczywiście benzyna ostatnimi czasu drożeje, więc nie dość, że jest jej mało, to jeszcze z tygodnia na tydzień kosztuje coraz więcej. Laos ma małe możliwości rafinowania i składowania paliwa i nie jest w stanie tych wahań cen nieco wygładzać. Dla mnie to, rzecz jasna, problem mały, bo jeżdżę tylko motorami, a na co dzień wręcz skuterem, więc kilkanaście litrów paliwa starcza mi gdzieś na 1000 km jazdy. Z zupełnie z innych powodów (żeby mieć zapas paliwa podczas eskapad łodzią) kila miesięcy temu zaopatrzyłem się w 10l kanister na benzynę, który na samym początku kryzysu napełniłem, i który starcza mi do dzisiaj. Ale tak, jak zawsze uważałem ludzi kupujących SUVy, udawane pick-upy i inne odrażająco przerośnięte produkty chorej mentalności konsumpcjonistycznej, za kompletnych idiotów, to teraz mam kolejny argument na uzasadnienie tej tezy. :-) No, ale problemy z benzyną to jedno, do tego dochodzi totalne osłabienie waluty. Primo dlatego, że lokalny bank centralny nie ma czym jej bronić (interwencyjnie skupując LAK), secundo pewnie dlatego, że rząd sprzedaje kipy, żeby mieć na benzynę, tertio dlatego, że na forexie większość siedzi na LAKu na krótko, spodziewając się dalszych osłabień, a może nawet niewypłacalności kraju. Bo do tego dochodzi potencjalny kryzys zadłużenia – Laos maw tym roku do spłacenia całkiem spory dług zagraniczny, oczywiście w USD. Rzecz jasna inflacja nieco ponad 10%, ale to akurat dzisiejszy standard światowy, więc nie ma dramatu. Wszystko to powoduje, że ceny zmieniają się z dnia na dzień, niektóre sklepy zaczynają podawać ceny w THB i na bieżąco przeliczać na LAK, nie wiadomo już, co jest ceną na dzisiaj normalną, a co spekulacją. Co prawda, to co mnie interesuje – czyli ryż, warzywa, owoce, tofu i okazjonalna rybka – kosztuje wciąż tyle samo, albo drożeje bardzo powoli, bo wytwarzane jest lokalnie i mało co na nie wpływa, poza cenami paliw. Do tego zarabiam w EUR, więc w ogóle jestem nieco na uboczu tego szaleństwa. Ale ceny importowanych produktów oszalały i dla osób, które nie przestawiły się lokalną kuchnię może to być problem. Również dla wielu Laotańczyków życie staje się coraz trudniejsze. Na szczęście zaczynają się pojawiać turyści, a z nimi świeży strumień USD. Do tego tysiące ludzi wyjeżdżają do pracy w Tajlandii i dalej. Czy to uratuje kraj przed totalną zapaścią? Podejrzewam, że tak – że na scenariusz lankański mamy jakieś 20-30%… Ale najbliższe miesiące będą ciekawe. Minusem napływu turystów jest fakt, że moja cicha i wymarła mieścina cokolwiek się ożywia, co wcale mi się nie podoba. Kto wie więc, może to czas, żeby powoli zacząć rozglądać się za nowym domem w SE Azji? Mam na oku kilka bardzo ciekawych miejsc, zobaczymy jak rozwinie się najbliższy rok. Na razie jest ciekawie i nawet mnie to na swój sposób ekscytuje. [...]
2022-05-23.
2022-05-23.miro23/05/20222021-22 / Laos – Luang PrabangWczoraj ponarzekałem jak bardzo mi się nic nie chce, więc dzisiaj dla przeciwwagi kilka zdjęć. Po ostatnich opadach w rzekach jest naprawdę dużo wody, a nieasfaltowe drogi zamieniają się w bagna. Co więcej, sytuacja w niektórych rzekach robi się dramatyczna, bo poziom wody jest wysoki nie tylko od deszczu, ale i ze względu na zrzuty wody z rozmaitych tam. Na przykład Nam Song w Vang Vieng jest już w stanie mocno przedpowodziowym. W LPQ na razie bez dramatu. Łódź wciąż sprawuje się dobrze – to znaczy unosi się na wodzie, bo na razie na niej nie pływam. Pomysł, żeby zainstalować silnik, zaparkować łódź i wieczorami wpadać sobie nad rzekę na kilka h pływania, niestety nie wypalił, bowiem silnika nie da się tak zainstalować, żeby mi go w nocy nie ukradli. To nie Floryda. Ponieważ wozić go na motorze nie ma jak, a głupio mi było prosić Fooka o pomoc za każdym razym, gdy chcę popływać, przeniosłem silnik do sołtysa Ban Aphai – Ai Saca – dwa kroki od Nam Kham, gdzie parkuje łódź. Ale i tak mi się nie chce go targać za każdym razem, rozmawiać z ludźmi, umawiać się na powrót, żeby z powrotem go zamknąć w składziku etc. Na razie więc opróżniam łódź z wody po deszczach i wpadam posiedzieć nad wodą. [...]
2022-05-22.
2022-05-22.miro22/05/20222021-22 / Laos – Luang PrabangDługa cisza, ale to z kilku powodów – primo, w kwietniu Laos pokryła chmura dymu z wypalania pól i ruszałem się z domu tylko w ostateczności. Secundo nowa praca mnie niesamowicie wciągnęła. Tertio, chyba ogarnęło mnie coś w rodzaju ennui. O toksycznym powietrzu na wiosnę w regionie pisałem już nie raz, więc nie ma co wracać do tematu. Najlepiej na kilka tygodni wyjechać – na południe Tajlandii, na południe Indii, na Lombok (albo w ostateczności Bali). Europa jeszcze nie nadaje się do życia, bo kwiecień i marzec to taka pora przejściowa między koszmarem zimy i względną normalnością lata. Ale napiszę nieco więcej o pracy. Zacząłem właśnie czwarty miesiąc (czyli de facto skończyłem okres próbny, co jest idiotyzmem dla inżyniera oprogramowania z ponad 20-letnim doświadczeniem, ale niech im będzie), wszystko idzie super, mam rewelacyjny zespół z ludźmi z całego praktycznie świata (ze względu na strefy czasowe raczej, co prawda, z części Euroazjatyckiej), zajmuję się dosyć ciekawymi tematami. Do tego nieźle płacą, mam masę dodatkowych benefitów, mogę pracować zdalnie skądkolwiek (w granicach rozsądku ze względu na różnicę czasu – nie wiem, czy chciałbym logować się do pracy o czwartej nad ranem) i bardzo dobry life-work balance. Po roku w PKOBP, to jest zmiana jakościowa trudna do ujęcia w słowa. Pewnie jak przesiadka z furmanki do porsche, ale nie mam pojęcia o samochodach, więc porównanie może być chybione. Moja nowa firma to typowy fintech, ale już poza fazą start-upu, więc bez toksycznej kultury zwykle spotykanej w takich firmach. Zajmuję się jak zwykle inżynierią wymagań (analizą sytemową i biznesową), ale bardzo mocno w kontekście rynków kapitałowych. Nawet jesteśmy określani jako “financial engineers”, co ma sporo sensu i ładnie brzmi, szczególnie w zestawieniu z software albo requirements engineer. I bardzo mi się to wszystko podoba, więc mam nadzieję, że zagrzeję tam miejsca na dłużej. Pracować mogę co prawda z dowolnego miejsca w Azji, ale strasznie mi się nie chce nigdzie ruszać. Jeden z moich ulubionych autorów sci-fi, Neal Asher, którego książki opisują zaawansowaną, zarządzaną przez AI cywilizację, która chyba kwalifikuje się jako post-human, opisuje zjawisko ennui. Ludzie wspomagani przez zaawansowaną medycynę, nanoboty etc. żyją po kilkaset lat. I zasadniczo jest super, ale generalnie gdzieś w okolicy trzeciego wieku życia, wszystko im się zaczyna nudzić, bowiem suma doświadczeń zebranych przez te sto kilkadziesiąt lat jest na tyle duża, że mało co ich jest w stanie zainteresować. Ja mam chyba podobnie – tyle zrobiłem przez ostatnie kilkanaście lat, że zasadniczo każdy nowy pomysł to “zieeew” albo irytacja. Może to po prostu kryzys wieku średniego lol, a może zmęczenie pandemią, geopolityką i tak dalej. Rozpuściłem się na tyle, że nawet nie chce mi się lecieć do Bangkoku z przesiadką w VTE, nie mówiąc już o przechodzeniu przez most Nong Khai pieszo. Jak jebana sójka od miesięcy zbieram się do wizyty w PL – muszę wreszcie odwiedzić maman i opróżnić oraz wynająć mieszkanie na Wilczej, ale sama myśl o tym kraju wywołuje mdłości. Mam totalną awersję do Polski i polactwa, zresztą zawsze miałem, a kontekst pisowski potęguje to wykładniczo. Mam czasem taki pomysł, że może przeprowadzę się z powrotem do Bangkoku albo na Penang, wynajmę 300-metrowe condo gdzieś na bardzo wysokim piętrze, urządzę tam sobie biuro, siłownię, pokój do czytania i słuchania muzyki, pokój do medytacji i zamknę się tam na pięć lat, ograniczając kontakty ze światem zewnętrznym do zera. Bardzo pociągająca idea. Oczywiście alternatywą byłby klasztor tajskiej leśnej tradycji, ale wkurwialiby mnie wszyscy Ci mnisi dookoła, lol. Wracając do codzienności – w Laosie zaczęła się właśnie pora deszczowa i to tak na poważnie. Ciągle pada, jest szaro i wilgotno, masa chmur, prognozy na kolejne tygodnie pełne chmur i kropelek. OK, kończę pisać, bo zaczyna mnie to irytować. ;-) [...]
2022-03-28.
2022-03-28.miro29/03/20222021-22 / Laos – Luang PrabangKolejny zaległy post. Niedaleko od Luang Prabang, w stronę Nong Khiaw, zaraz za pierwszą tamą na Nam Ou, jest urocze miejsce, które nazywa się Bio Bamboo. Zasadniczo jest taki pływający hotel, z bambusowymi chatami zbudowanymi na wodzie. Spędziłem tam kilka dni, próbując łowić ryby, pływając i generalnie chillując (jedzenie jest znakomite). Poniżej kilka zdjęć. Jak widać na zdjęciach, sezon slash and burn w pełni, nad całym praktycznie regionem unosi się chmura dymu, widoczność jest kiepska, AQI jeszcze gorsze. Koniec marca nawet nie był taki zły, ale kwiecień do momentami był ultra toksyczny. Próbowałem łowić ryby, ale jako że to jest zalew, moje techniki gruntowe nie działały i co raz zaczepiałem haczyki na zalanych drzewach etc. Tutaj przydałby się spławik, ale nie byłem wyposażony na taką ewentualność – następnym razem. Generalnie był to super wychillowany wyjazd, jedyna wada, że chaty nie mają toalet i trzeba chodzić na brzeg. [...]
2022-03-20.
2022-03-20.miro20/03/20222021-22 / Laos – Luang PrabangZaległy post sprzed ponad dwóch miesięcy. Otóż w bardzo pogodną marcową sobotę wybrałem się na jedną z moich ulubionych pętli w okolicy. Nazywam ją Nakhai Loop, bo we wsi Nakhai zjeżdżam z asfaltowej drogi, żeby przejechać przez góry nad Mekong, ale to nie jest precyzyjna nazwa. Co nie zmienia faktu, że pętla jest zróżnicowana i bardzo piękna. Najpierw przejazd przez półwysep w Luang Prabang, potem prom do Chomphet. Następnie kilka km do Ban Bhoumlao, gdzie na rondzie odbijamy na zachód i bardzo dobrej jakości krętą drogą przez góry jedziemy do wsi Nakhai. Tam zjeżdżamy z drogi, pokonujemy całkiem spory strumień (właściwie to już małą rzekę) i przeprawiamy się przez góry aż na Mekong. Tam ładujemy motor na łódź i przeprawiamy się. Dalej wzdłuż rzeki: najpierw bardzo fajną szutrową drogą, na której można ładnie rozpędzić motor, a potem – od zjazdu do wodospadu Khuang Si – już krętą asfaltową drogą z powrotem do LPQ. Pętla jest krótka, poniżej 100 km, ale bardzo zróżnicowana i ze względu na przeprawy promowe i przejazd przez góry zajmuje jakieś 3h (albo więcej, jeśli zatrzymujemy się robić zdjęcia, podziwiać widoki, zjeść coś etc.) Jechałem tą trasą jakoś rok wcześniej i totalnie zaskoczyło mnie, że od Nakhai wgryzła się już całkiem poważnie w góry nowa droga – nie mam pojęcia, czy będą ją utwardzać, czy będzie to tylko szuter, ale całkiem dzika okolica została cokolwiek zepsuta. Poniżej galeria. [...]
2022-03-13.
2022-03-13.miro13/03/20222021-22 / Laos – Luang PrabangMoje ambitne plany jeśli chodzi o podróże biznesowe niestety zostały cokolwiek pokrzyżowane przez putlera (idi na huj!) Natomiast kraje ościenne otwierają się na potęgę, coraz łatwiej wjechać do Tajlandii, Wietnamu, Malezji, więc może zrobię jakąś eskapadę w regionie. Co prawda naprawdę dużo ostatnio pracuję (i, nie będę ukrywał, bardzo mi się nowa praca podoba), więc może po prostu na kilka miesięcy skupię się na robocie. Dzisiaj za to popłynęliśmy z Fookiem na ryby. Mam już tony sprzętu wędkarskiego (LOL), łódź w pełni sprawna (choć za każdym razem wozimy silnik i śrubę z Mano, co jest nieco męczące), bardzo pewnie już czuję się za sterem. Co prawda niczego nie złowiliśmy, za blisko miasta i za głośno, ryby przepłoszone, ale przetrenowałem logistykę, pakowanie sprzętu etc. Kolejny fishing gdzieś dalej, trzeba odpłynąć z godzinę od miasta, najlepiej w moje sekretne miejscówki w okolicach ujścia Nam Suang i tam walczyć. Na zdjęciu powyżej Cutty Snark przy brzegu. Widać silnik ze śrubą na długiej tulei. Widać też jak nędznej jakości jest teraz powietrze – niestety, w SE Azji mamy akurat sezon slash and burn, smog jak w Delhi i generalnie mało fajnie. Od maja będzie lepiej – zacznie częściej padać i atmosfera się nieco oczyści. A od czerwca monsun, mój trzeci monsun w Laosie. [...]
2022-02-28.
2022-02-28.miro28/02/20222021-22 / Laos – Luang PrabangNiewiele się dzieje, zasadniczo ora et labora. Mam w nowej pracy intensywne szkolenie z rynków kapitałowych. Temat co prawda dobrze mi znany od lat, natomiast też znakomita okazja, żeby pewne rzeczy usystematyzować, czy spojrzeć nań od strony brokera, a nie tradera. Mała łódź prawie gotowa, Fook tylko chce nieco usprawnić mocowanie silnika i zbudować mi wygodniejsze miejsce do siedzenia. Jestem pod wielkim wrażeniem jego zdolności manualnych i ogólnego ogarnięcia wszelkiego DIY. Wczoraj w ramach poważniejszych testów popłyneliśmy aż do mostu kolejowego w PhaOu, jakieś 20 km tam i z powrotem. Lódź radzi sobie super, ja czuję się coraz pewniej. Eskapady w mój ulubiony rejon, ujście rzeki Nam Suang, nie powinny stanowić żadnego probmemu. Mam też nową wędkę – do stylu, który po angielsku nazywa się bait casting. Dżizas, kołowrotek na górze, kilka pokręteł do regulacji, żyłka plącze się przy najmniejszym błędzie… Ale powoli ogarniam. Nie wiem tylko, czy lokalne ryby skuszą się na gumowe żabki, których bardzo lubię używać jako przynęty. No i są spore szanse, że w przyszłym miesiącu pierwszy od lat business trip. Najpierw robić szemrane interesy na Cyprze, lol, a potem szybka wizyta w WAW. Can’t wait! [...]
2022-02-20.
2022-02-20.miro20/02/20222021-22 / Laos – Luang PrabangW zeszłym tygodniu zacząłem nowy projekt dla – wstępnie – bardzo interesującego FinTecha, więc nie bardzo mam czas na cokolwiek poza onboardingami, szkoleniami etc. Miałem nadzieję weekend przeznaczyć na eskapady małą łodzią – duża chwilowo robi za houseboat na działce, ale logistyka oraz pogoda pokrzyżowała mi plany cokolwiek. Primo, wciąż czekam na kill switch do silnika. Nikt tutaj tego nie praktykuje, ponieważ lokalsi praktycznie żyją na tych łodziach od dziecka, ale zwykle na łodziach motorowych instaluje się taki awaryjny wyłącznik, który spiralnym kablem mocuje się do nogi. Jeśli zdarzy nam się z łodzi wypaść, albo łódź się przewróci, to kabel wyrywa z wyłącznika bezpiecznik, silnik się zatrzymuje i wszyscy żyją długo i szczęśliwie. Pływać będę generalnie wzdłuż brzegów, tylko okazjonalnie robiąc szybkie przeprawy na drugą stronę rzeki, więc chodzi tu nawet nie tylko o brak możliwości dopłynięcia do brzegu, co o śrubę, która może zrobić z małego Miro mięso mielone. Bardzo mało fajne zakończenie wędkarskiej eskapady. Głównym problemem w ten weekend był jednak nie tyle wyłącznik, co pogoda. Mamy niebywały niż – przez dwa dni padało non-stop, po kilka mm na godzinę, zupełnie jak w środku monsunu. Przez kolejne kilka dni mamy mieć temperatury po kilkanaście stopni, może low twenties. I tak w całym północnym Laosie – poniżej zdjęcie, które obiegło lokalne media dzisiaj. Dwa razy dziennie jeździłem do Aphay, gdzie zaparkowałem łódź, żeby wylewać z niej wodę. Dzisiaj rano, po całej nocy deszczu, w łodzi było tyle wody, że mój zwykły czerpak (nota bene zrobiony z górnej części kanistra po oleju – DIY jest ważny w Laosie) był bezużyteczny. Znalazłem na brzegu stare wiadro po farbie i przez dobre kilka minut wiadrami wylewałem wodę… Note to self: zamówić nieprzemakalny pokrowiec na łódź. W porze deszczowej raczej nie starczy mi czasu na walkę z deszczówką. No, ale jestem dobrej myśli jeśli chodzi o przyszły weekend. Powinienem już zainstalować silnik, wyłącznik, mam też namiot i matę do spania, cały stos utensyliów wędkarskich, więc są spore szanse, że uda mi się wyprawić na wędkarski overnight w okolicach ujścia rzeki Nam Suang. Fingers crossed. Aha, i chciałbym ciepło pozdrowić mojego nowego fana z Australii, który regularnie – a może nawet nieco obsesyjnie – czytuje moje wypociny. I truly appreciate your support, mate. ;-) [...]
2022-02-08.
2022-02-08.miro08/02/20222021-22 / Laos – Luang PrabangDzisiaj ważny dzień, bo mijają mi właśnie dwa lata w Laosie. Bardzo to w sumie ciekawe dwa lata były, nie spodziewałem się, że zostanę tak długo, i że tak mi się tu spodoba. Pamiętam, jak w lutym 2020 przyleciałem do VTE, to mimo wielu tygodni researchu i dyskusji na rozmaitych grupach FB, czułem się nieco zaniepokojony. Podekscytowany i generalnie szczęśliwy, ale też nieco zestresowany. Co prawda byłem już wcześniej kilka dni w Vientiane (chyba w 2016 roku), ale czym innym krótka wizyta, a czym innym totalna przeprowadzka na minimum rok. Dla bezpieczeństwa zatrzymałem się takich apartamentach biznesowych – Somerset. Uznałem, że jeśli absolutnie nie uda mi się znaleźć niczego akceptowalnego do zamieszkania, to zostanę tam kilka tygodni. No, ale znalazłem pierwsze mieszkanie w ciągu 2 dni. U Jeana, Francuza, który w Laosie mieszkał od 20 lat i miał niewielką kamienicę w dzielnicy Thongphanthong, nieopodal szpitala 103. Spędziłem tam 3 miesiące załatwiając wizy, otwierając rachunki bankowe, kupując pierwszy motor ever (moją ukochaną Hondę XR, która niestety, ze względu na swoją trudną przeszłość, przysporzyła mi masy kłopotów – ale było to znakomite learning experience). Oczywiście cały czas pracowałem zdalnie, więc musiałem te wszystkie poszukiwania pogodzić z projektami. Inna rzecz, że pracowałem od 1200-1300 do wieczora, więc pierwsza część dnia miałem dla siebie – co było rozwiązaniem bardzo praktycznym. Po trzech miesiącach znalazłem uroczy dom bardzo blisko Mekongu, w dzielnicy Sisattanak i tam przeniosłem się na kolejne pół roku. Teraz trochę żałuję, że nie wydałem nieco więcej i nie wynająłem domu bezpośrednio nad rzeką. Natomiast miałem bardzo mocne postanowienie, żeby przez pierwszy rok w Laosie, dopóki nie zdecyduję, że zostaję na dłużej, nie wydawać więcej niż 1000 USD miesięcznie. Co i tak jest całkiem niezłym budżetem jak na Laos. cdn. [...]
2022-01-30.
2022-01-30.miro30/01/20222021-22 / Laos – Luang PrabangJako że – jak pisałem wcześniej – przez tydzień padało, co, jak na tę porę roku jest pewnym ewenementem, kolejną eskapadę łodzią na północ trzeba było co i raz odkładać. Ostatecznie, 23 stycznia, zrobiło się ładnie, prognozy były dobre, więc ruszyliśmy. I to, szczerze powiedziawszy, był błąd. Po tygodniu deszczów Mekong był mocno wezbrany. Do tego dochodziła woda zrzucana z tam w Chinach, to dodatkowo pogarszało sprawę. Bystrzyce, które już dosyć dobrze znam były naprawdę dzikie, łodzią rzucało jak łupiną od orzecha kokosowego, A. płakała ze strachu, a ja mogłem sobie tylko pogratulować, że nie założyłem białych szortów. Do tego byliśmy jedyną jednostką tej wielkości na rzece – poza nami tylko min. 50m statki, w tym naprawdę potężne statki towarowe. Dotarliśmy tak do Geeng Khen, ostatniego niebezpiecznego miejsca, które znam. Po krótkiej naradzie zdecydowałem się zawrócić. Przede mną było kolejne 100 km rzeki, odcinek zupełnie mi nie znany, z co najmniej siedmioma niebezpiecznymi miejscami, ponoć trudniejszymi, od tych, które mam już jako tako oswojone. Trochę było mi szkoda, ale jak mówi stare wspinaczkowie powiedzenie – dobry wycof jest lepszy od zdobycia szczytu. Będę próbował wiosną, gdy woda nieco opadnie, a wcześniej popłynę na rekonesans łodzią pasażerską albo cargo. Zawróciliśmy więc i popłynęliśmy w dół rzeki na działkę A., gdzie właśnie zaczynały się prace nad budową domu. Miałem więc masę czasu na łowienie ryb – początkowo efekty były takie sobie, ryby co prawda już do zjedzenia, ale wciąż bardzo małe w porównaniu z tym, co lokalni rybacy wyciągają z sieci. Poniżej zdjęcie porównawcze – te duże okazy to te z sieci. Natomiast cierpliwość popłaca, bo kilka dni później złapałem swój pierwszy spory okaz. Nieco powalczyliśmy, bo ryba miała prawie 2 kg, w końcowej fazie chciała uciec pod łódź, ale udało się. Lokalsi pod wielkim wrażeniem: przychodzili oglądać, robili zdjęcia, zasadniczo wydarzenie dnia – falang złowił dużą rybę! Poczytałem nieco w atlasach i jest to Black Sharkminnow, po polsku Grubowarg Czarny. Dosyć popularna ryba w Mekongu, często łapana, bardzo smaczna. Co ciekawe, w młodości jest całkiem czarna i dopiero po jakimś czasie robi się srebrnawa, jak na zdjęciu niżej. Agresywna i terytorialna. W Europie młode sztuki trzymane są w akwariach – biorąc pod uwagę, że ryba dorasta to do ca. 90 cm, to taki średni pomysł. I jeszcze pocztówka znad Mekongu na koniec. [...]
2022-01-20.
2022-01-20.miro21/01/20222021-22 / Laos – Luang PrabangDeszczowy tydzień, więc tylko krótki update do poprzedniego postu. Primo aktualne zdjęcie mojej łodzi – świeżo po malowaniu, z wiosłem pod kolor. Taki kolor łodzi w Laosie określany jest jako kolor dojrzałych liści bananowca. Z kolei kolor wiosła to młody liść bananowca. Jako że każda łódź powinna mieć imię, moja dzielna jednostka będzie nazywać się Cutty Snark! Z tym wiosłem co prawda za daleko nie dajemy rady się wyprawiać, ale to nie jest nasze ostatnie słowo – po zakupie silnika mam szalony plan na spłynięcie w dół rzeki aż do Sayabuli, śpiąc w namiocie i żywiąc się złowionymi rybami (to ostatnie do dyskusji – mógłbym umrzeć z głodu). Jest też szansa, że nietypowe jak na tę porę roku kilka deszczowych dni właśnie dobiega końca – tak wyglądało niebo nad naszym portem dzisiaj popołudniu. [...]
2022-01-16.
2022-01-16.miro16/01/20222021-22 / Laos – Luang PrabangPrawie dwa miesiące bez słowa, więc pora na update. Zdarzyło się tyle rzeczy, że nawet nie wiem, czy o wszystkim będę pamiętał. Na początek o szczepionce. Otóż gdzieś na początku grudnia pojawiły się w LPQ wieści, że można załapać się na booster. Pojeździłem nieco po mieście, ale we wszystkich punktach słyszałem “mot leuw” (skończyły się). I dzień, czy dwa później, wcześnie rano, wyrwało mnie ze snu walenie do drzwi – myślałem, że to pożar albo inne nieszczęście, ale nie, to A. w ferworze – udało jej się u znajomej lekarki załatwić prywatną wizytę. W półśnie więc zapakowałem się do samochodu i pojechałem się zbusterować Zenkiem. Konkretny jest to zajzajer, bowiem przez kolejne dwa dni nie wychodziłem z łóżka, rozkosznie osłabiony i z rozmaitymi bólami mięśni oraz stawów. Ale dopełniłem swój obywatelski obowiązek, co zresztą miało masę sensu, bowiem co i raz ktoś z rodziny A. zamyka się w domowej kwarantannie po pozytywnym teście. Natomiast wszyscy ładnie wyszczepieni, więc kończy się drapaniem w gardle etc. i krótkimi wakacjami w odosobnieniu. Oby tak dalej. Szczepcie się więc ludzie, a foliarstwo bezpardonowo lejcie po mordach! ⚓ Poza tym na początku grudnia kolejny raz przedłużyłem swoją laotańską wizę biznesową, więc mogę spokojnie myśleć o następnym roku tutaj. Do tego za jakieś trzy tygodnie oficjalnie zacznę trzeci rok w Laosie. Czytuję regularnie Politykę oraz GW i jeśli mam być szczery, to wolałbym sobie zardzewiałą brzytwą obciąć jajka niż wrócić do tego faszystowskiego grajdoła na literkę “p”. Bleh. ⚓ Poza tym masę czasu spędzam na rzecze. Mam już swoją małą łodź, o której pisałem ostatnio, prezentuje się tak: Jest dosyć długa (7m? – do weryfikacji) i bardzo wąska. Niezwykle lekka, płaskodenna i wymaga masy wyczucia przy wiosłowaniu – trzeba obchodzić się z nią bardzo delikatnie, bo zbyt mocne wiosłowanie powoduje, że się obraca i to w niewłaściwym kierunku. Nie do końca jeszcze zdecydowałem, czy wolę wiosłować z rufy, czy z dziobu. Do tego na razie pływam na pożyczonych wiosłach, bo moje się robią – wydawało mi się, że w tak rzecznym kraju jak Laos, kupienie wiosła będzie tak proste jak kupienie ryżu albo ryby z grilla. Nic bardziej błędnego, spędziłem pół dnia jeżdżąc po mieście i pytając w różnych miejscach i wszyscy patrzyli na mnie jak na kosmitę. Okazuje się, że tutaj wiosła robi się samemu, DIYem. No, ale na szczęście mam odpowiedni kontakt, który już pracuje nad parą pięknych zielonych wioseł pod kolor łodzi. Zdjęcie powyżej jest de facto już nieaktualne, bowiem łódź została uszczelniona żywicą i przy okazji pomalowana na ciemniejszy zielony kolor. Natomiast na pewno nie jest to moja ostatnia wzmianka na jej temat, w planach na luty mam zakup długoogoniastego silnika, instalacje Go-Pro na dziobie i cały szereg wypraw, połączonych z nagrywaniem filmów. Koncepcja jest taka, że małą łódź cumujemy do dużej, następnie płyniemy w jakieś ciekawe miejsce, które dla dużej łodzi jest za płytkie i eksplorujemy je z małej. Mam już listę takim miejsc – głównie ujść różnych mniejszych rzek. ⚓ A duża łódź wreszcie wróciła na rzekę – po wrześniowych problemach (o których jeszcze nawet nie napisałem) straciliśmy masę czasu ze względu na lockdowny, choroby mechaników, kolejne lockdowny, ale wreszcie mamy nowy system sterowania, nowy, bardzo mocny, silnik, sporo kosmetycznych zmian, więcej praktycznego wyposażenia i przede wszystkim znacznie więcej szacunku do Rzeki. I też nieco więcej wiedzy i wyczucia. Niedawno wróciliśmy z 5-dniowej wyprawy w dół Mekongu do tamy w Xayabouli. Niespecjalnie się spieszyliśmy, bo w sumie tam i z powrotem można popłynąć w 1,5 dnia, ale nie chodziło nam o bicie rekordów, tylko przyjemność z życia na rzece. Było to niesamowicie pozytywne doświadczenie. Po drodze odwiedziliśmy daleką rodzinę A. w miejscowości Thadua. Tama w Xayabouli radykalnie zmieniła charakter Mekongu poniżej Luang prabang. Miejsca, które wcześniej uchodziły za jedne z najbardziej niebezpiecznych – rwące, wąskie skaliste kanały – na rzece, znajdują się głęboko pod wodą. Rzeka de facto zmieniła się długie jezioro. Zatrzymaliśmy nawet łódź nad miejscem zwanym kiedyś Geeng Luang (geeng to rwący kawałek rzeki, bystrzyca), żeby popływać – położyłem się na wodzie obok łodzi, żeby sprawdzić siłę prądu i praktycznie nie dawało się go wyczuć. Poza wycieczką do Sayabouli zrobiliśmy kilka mniejszych eskapad, poniżej galeria z różnych dni i miejsc. ⚓ Poza tym wyposażyłem się w wędkę i różne utensylia i próbuję sił w łowieniu ryb. Nawet są pierwsze sukcesy, jak widać na zdjęciu poniżej. ⚓ Moje rzeczne przygody byłyby o wiele trudniejsze, gdybym nie poznał expaty z VTE, który od lat prowadzi firmę zajmującą się mapowaniem rzek, pomiarami głębokości i rozmaitymi formami hydro-inżynierii. Dostałem od niego masę wskazówek, tracków GPS i map, które niesamowicie ułatwiły nam poznawanie Mekongu i pewnie nie raz pozwoliły uniknąć różnych poważnych problemów. Odwdzięczyłem się za tę pomoc butelką niezłego single malt i mam nadzieję, że będziemy utrzymywać kontakty. ⚓ Zacząłem też nagrywać różne jednostki pływające do Mekongu i ostatecznie stworzę z tego taki mały album. Poniżej teaser, jedna z ciekawszych jednostek, tzw. express boat. Pływa się nią w kasku motocyklowym i ciepłym ubraniu, bo pędzi z absolutnie niewyobrażalną prędkością. Kiedyś popłynę taką łodzią w ramach zdobywania nowych doświadczeń i dokładnie zmierzę jak szybko pływa i jaką trasą. [...]
2021-11-20.
2021-11-20.miro20/11/2021Laos - Luang PrabangOstatnie tygodnie w większości pod znakiem mniejszych albo większych lockdownów, ale sytuacja powoli zaczyna się stabilizować. Dostaliśmy świeżą dużą porcję szczepionek z Chin i aktualny target to 70% zaszczepionej populacji do końca roku. Wiadomo już, że to za mało, niezaszczepione pasożytnicze imbecyle, których nie brakuje w Europie, napędzają kolejne fale pandemii i (niestety) kolejne mutacje. Natomiast w LA wystarczy to do wyszczepienia 80-90% populacji dużych ośrodków typu Vientiane, czy Luang Prabang, które mają się w pierwszej kolejności otwierać na zaszczepionych przyjezdnych. Zresztą podobnie jak w to miało miejsce w Tajlandii. Nawet dzisiaj wieczorem LPQ już nieco żyło, dało się słyszeć angielski, ruch na ulicach był znacznie większy niż przez ostatnie miesiące. Nie ukrywam, że takie wymarłe LPQ bardzo mi pasowało, ale dla lokalnej populacji to było stopniowe umieranie. No i moje własne zaangażowanie biznesowe w tym mieście, zaangażowanie które stopniowo się powiększa, również zyskuje na odradzaniu się ruchu turystycznego. Mam tylko nadzieję, że rząd – gdy tylko dostaniemy odpowiednią liczbę szczepionek – wprowadzi powszechny obowiązek szczepień, tak żebyśmy dobili do 90-kilku procent. Laotański system opieki zdrowotnej naprawdę nie ma przestrzeni na tolerowanie zmanipulowanych antyszczepionkowych półgłówków. Bardzo podoba mi się zaostrzenie podejścia do szczepień w Austrii, Holandii i we Włoszech – tego dokładnie potrzeba i w Laosie i na całym świecie. Z pozytywniejszej strony – przedwczoraj pojechałem na pierwszą od tygodni wycieczkę motorem. Nic poważnego, kilkadziesiąt oswojonych kilometrów, ale bardzo mi tego brakowało. Poniżej kilka zdjęć. Poza tym, zmęczony kolejnymi zamknięciami siłowni, zamieniłem jeden z pokoi w domu ma prywatną siłownię i mam teraz osobistą bieżnię (drążek i ciężarki w drodze). Bieżnia waży ze 100 kg, do domu wnosiło ją czterech chłopa, a (software) engineer Miro budował ją z różnych części dobrą godzinę. Ale działa i daje masę radości i pozytywnych efektów. Moje związki z Mekongiem powoli się zacieśniają. Poza zieloną łodzią, która właśnie kończy remonty w stoczni (o ile tak można nazwać to miejsce) i zaczyna nadawać się do żeglugi po – dosyć żwawym miejscami – północnym Mekongu, zamówiłem długą, wąską łódkę, których lokalsi używają do łowienia ryb. Będę się wieczorami wyprawiał na połowy – z wędkami i siecią. Co prawda najpewniej pierwsze próby rozstawienia sieci zakończą się spektakularną porażką i utratą sieci, ale mam silny focus na własnoręcznie złapane ryby i nic mi w tym nie przeszkodzi! To będzie coś jak taka łódź z Birmy, tylko dłuższa i węższa. Oczywiście zainstaluję na niej taki silnik ze śrubą na długim wysięgniku i będę miał klasyczną “long-tail boat”. Zresztą warto sobie przypomnieć całą galerię z Inle: LOL, widać, że wtedy jeszcze chciało mi się robić zdjęcia… No i w sumie mogę sobie pogratulować konsekwencji. Zajęło to niecałą dekadę, ale można już powiedzieć, że tu (i.e. w szeroko pojętej SE Azji) żyję, de facto. Mam też i poważniejsze plany co do znacznie poważniejszych jednostek pływających na rzece M, ale o nich na razie będę pisał oszczędnie (znaczy się, wcale). Tyle tu ryzyk, niewiadomych i mega-stymulujących emocji, że wolę niczego nie deklarować. Poza tym mam nowego przyjaciela do wypraw po warzywa na bazar: Od miesięcy pasożytowałem na Hodzie Scoopy A. i czas było wreszcie zrobić ten odważny krok i kupić własny skuter. Jakoś głupio potworem jeździć po jajka i szalotkę. Aha, trwa właśnie Azjatycki Festiwal Filmowy Pięć Smaków! Można oglądać on-line (dzięki, Covid), bardzo polecam – jak co roku zresztą. Co prawda po 3 wymagających filmach dziennie jestem nieco intelektualnie wyżęty, ale oglądanie Azji przez pryzmat najczęściej artystycznego kina, daje mi zupełnie nowe spojrzenie na to, co oglądam na co dzień. I na koniec mały coincidence rocznicowy. Poważnie, nie planowałem tego. Jakąś godzinę temu wypiłem nieco truskawkowego Soju, co nieco zmiękczyło mój zmęczony filmami umysł, i uznałem, że napiszę coś na YK, bo jednak po Soju pisze się najlepiej. Otóż dokładnie dwa lata temu wsiadałem do samolotu z WAW do BKK. Wtedy jeszcze nie wiedziałem, że kolejne dwa lata zostanę w SE Azji, a w szczególności w Laosie. Myślałem, że raczej będę dzielił czas między Bangkok a jedną z południowych wysp Tajlandii… No, ale jak widać karma ma swój nurt i tak jak czasami, gdy nurt słabnie, można z nim powalczyć, to zwykle jednak lepiej dać się ponieść. I tą zgrabną metaforą wracamy do ww. łodzi na Mekongu i kończymy post. [...]
2021-10-15.
2021-10-15.miro15/10/2021Laos - Luang PrabangOstatni miesiąc raczej bez fajerwerków – na wschodzie sezon na tajfuny i w ciągu ostatnich tygodni trafiły do nas chyba trzy. Co prawda zdegradowane do tropikalnych burz/niżów, ale i tak przyniosły sporo chmur, deszczu i ochłodzeń. Poza tym 11 października zaczął się twardy lockdown w Luang Prabang i miasto całkowicie zamarło. Wszędzie barykady, praktycznie wszystko zamknięte – można jedynie kupić warzywa etc. na bazarach, ale tylko przez kilka porannych godzin. Kilka zdjęć z oblężonego miasta w serwisie Pakaad. Tak więc nie pojeździłem specjalnie, nie popływałem, generalnie ora et labora. Za nieco ponad miesiąc rocznica – pełne dwa lata w SE Azji, z czego 21 miesięcy w Laosie. Poza tym region zaczyna się powoli otwierać na świat, więc obsesyjnie myślę o powrocie do realizacji swojego pierwotnego planu – 2-3 miesiące w Laosie, a potem miesiąc gdzieś indziej w okolicy. I to “gdzieś indziej” przybiera teraz formę willi z basenem na Koh Phangan albo innej tajskiej wyspie. Na wzgórzu, z widokiem na morze obowiązkowo. Jeśli czegoś mi brakuje w Laosie to właśnie plaż i otwartych przestrzeni nadmorskich. Wieczorne spacery albo biegi po plaży, jakie praktycznie codziennie uskuteczniałem w Khanom, zostaną mi w pamięci na zawsze. Aha, poza tym wielkie święto, bo mamy pierwszą linię kolejową w kraju! https://www.facebook.com/tholakhong/videos/430017865138925/ To jest chińska inwestycja, na odcinku Boten-Wientian (Boten jest na północy Laosu, na granicy z Chinami). Oficjalne otwarcie 2 grudnia, początkowo tylko cargo, ale w przyszłości także pociągi pasażerskie. [...]
2021-09-10.
2021-09-10.miro10/09/2021Laos - Luang PrabangKilka ostatnich dni wolności, od poniedziałku do pracy, więc staram się nieco pojeździć. Dzisiaj mała pętelka w okolicach PakOu. Nieopodal jest obóz ze słoniami, miałem nawet nadzieję na zdjęcia motoru ze słoniem, ale nie trafiłem na żadnego. [...]
2021-09-07.
2021-09-07.miro07/09/2021Laos - Luang PrabangTrochę nie w kolejności, bo mam kilka zaległych wpisów do skończenia, ale uznałem, że warto podzielić się widokami. Otóż, pokombinowałem nieco przy motorze (znowu) i w ramach testowania zabrałem go na niewielką pętlę w Chomphet – gminie vis-a-vis Luang Prabang, po drugiej stronie Mekongu. Spodziewałem się ton błota, szalejących strumieni i generalnie lekkiego enduro, a tymczasem warunki jak w grudniu. Sucho, potoki płytkie, a do tego niesamowite kolory. Plus eskpada do Chomphet to zawsze małą przygoda – przeprawa promem tam i z powrotem, krótki przystanek na bazarze na grillowaną rybę albo ciastko z mąki ryżowej, bawoły, lokalne dzieciaki, dla których motor to zawsze mega radość i generalnie cały urok laotańskiego interioru. [...]
2021-08-25.
2021-08-25.miro25/08/2021Laos - Luang PrabangMinął kolejny miesiąc i tym razem sporo zmian – otóż wyprowadziłem się z Aphay. Mam teraz dla siebie duże mieszkanie na pierwszym (i jedynym) piętrze uroczego budynku w wiosce Mano. Wiosce, czyli lokalnym odpowiedniku dzielnicy. Dużym plusem jest to, że mam osobny pokój do pracy, co pozwala utrzymać life-work balance w normie. A tu w ramach wspomnień – House Aphay i skwer ze świątynią: Poza tym kilka dni temu uznałem, że czas się wreszcie ruszyć z Luang Prabang i wczoraj zapakowałem trochę rzeczy na motor i przeniosłem się na tydzień do Nong Khiaw. Byłem tu już w grudniu zeszłego roku, mam swoje ulubione miejsce, znam okolice. Miasto co prawda wymarłe – jeszcze bardziej niż w zeszłym roku, moje miejsce ledwie zipie i muszę negocjować z kucharką każdy posiłek wychodzący poza smażony ryż. Dla mnie, samotnika pracującego zdalnie, pandemia to – jak do tej pory – było w najgorszym przypadku lekkie utrudnienie. Dla ludzi, którzy prowadzą tutaj biznesy turystyczne to przeciągający się w nieskończoność koszmar. Tydzień w NK minął bez większych przygód, nie miałem ani czasu ani specjalnej ochoty przebijać się motorem przez tony błota, natomiast spędziłem niebywałe ilości czasu relaksując się na werandzie i patrząc na rzekę. Pod koniec tygodnia dołączyła do mnie A, i zrobiliśmy kilka małych eskapad w okolicy. Wleźliśmy na wzgórze, z którego słynie Nong Khiaw, a popołudniem wynajęliśmy łódź i popłynęliśmy do Muang Ngoy, wioski, które normalnie jest małym bakpakerskim zagłębiem, ale która teraz jest niemal całkowicie wymarła. Są to niezwykle piękne okolice. Mam z zeszłego roku szereg filmów z tego rejonu, które cierpliwie czekają na obróbkę. [...]
2021-07-18.
2021-07-18.miro18/07/2021Laos - Luang PrabangTyle się dzieje, że nie mam ani ochoty ani czasu pisać. Krótkie podsumowanie ostatniego miesiąca więc. Nowy motor sprawdza się znakomicie i daje mi masę radości Co prawda jest dramatycznie wysoki, więc będę go nieco obniżał przy użyciu specjalnej części (albo przez modyfikację siedzenia), ale to jest problemem tylko w trudnym terenie. Nawet zrobiłem kilka jednodniowych wycieczek w okolicy, jakieś 1000 km już na liczniku, powoli muszę zacząć myśleć o dłuższej wyprawie. Tak się prezentuje kolejna inkarnacja Czerwonego Potwora: Potwór to jednak tylko część motocyklowych niusów, bo jakiś tydzień po moim zakupie, moja droga przyjaciółka Anong kupiła sobie Harleya. Roadster XL1200 Sportster, bestia z silnikiem jak traktor. Zupełnie się nie nadaje na Laos, ale niektórym pewne rzeczy trudno jest wytłumaczyć… Plusem jest to, że HD na razie mieszka ze mną i co kilka dni robię rytualne odpalenie, powodując za każdym razem kilka zawałów serca i ataków paniki, bowiem motor jest dramatycznie głośny. Poniżej Wasz niestrudzony eksplorator na bestii: A tu obydwa motory together – cała rodzina w komplecie. Rodzinę natomiast opuścił potworek, na którym i tak już praktycznie nie jeździłem. Znajomy mechanik z Wientianu, Scotty, przerobił go na trajka: Jak widać moje życie ostatnio obraca się wokół motorów, co zupełnie mi nie przeszkadza. Ale motory to jedno, a rzeczne eksploracje to drugie. Łódź, o której pisałem wcześniej już wyremontowana i teraz regularnie pływamy na długie wycieczki Mekongiem. Ostatnie dwa weekend to dwie ponad 70-kilometrowe eskapady w dół rzeki i z powrotem, Miro non-stop za sterem. I za każdym razem mamy jakieś przygody – w ostatni weekend wracaliśmy po ciemku i do tego skończyła się nam benzyna. Udało nam się zdryfować w pobliże małej wioski, gdzie brat Anong, Ai Fook, kupił kilka litrów benzyny. Wczoraj przygoda nieco poważniejsza, to wpłynąłem na podwodną skałę albo zatopiony prom i połamałem śrubę. Na szczęście tylko jeden płatek, więc udało nam się doczłapać do domu. Tak wygląda nasz port macierzysty, czyli okolice domu Ai Fooka. A tak, żegluga środkiem rzeki: [...]
2021-06-13.
2021-06-13.miro13/06/2021Laos - Luang PrabangJak widać, moje mocne postanowienie, żeby pisać coś przynajamniej raz w tygodniu dało dorodne i soczyste owoce. Ale w sumie nie było o czym pisać, lockdown trwa, choć powoli się kończy, nie bardzo jest się gdzie ruszyć (dopiero niedawno otworzyła się moja ulubiona siłownia oraz baseny w Pullmanie), więc skupiłem się na pracy. Tymczasem nie ma żadnych wątpliwości, że pora deszczowa przyszła i nigdzie się nie wybiera przez kolejne kilka miesięcy. Mnisi zaczęli swoje trzymiesięczne odosobnienie i praktycznie ich nie widać. Prognozy z Windy pokazują szaloną liczbę milimetrów opadu, a – na radarach pogodowych – nad Luang Prabang coraz częściej widać plamy w kolorze ciemnej purpury (góra skali). Wszystko wskazuje na to, że monsun nam w tym roku obrodził i będzie starał się nadrobić zaległości z zeszłego roku. To oznacza oczywiście powodzie, osuwiska, zerwane drogi i masę błota wszędzie. I nawet mam maszynę na całe to błoto. Poniżej trzecie wcielenie Czerwonego Potwora. Tym razem prawie nowy, z niskim przebiegiem i o kilka generacji nowocześniejszy do mojej starej, dobrej XRki. Nawet nie ma już karburatora, ale elektroniczny wtrysk paliwa (EFI) i masę innej elektroniki. Przez specjalny port można podłączyć do niego narzędzia diagnostyczne, a także, po niewielkim upgradzie, interfejs do elektronicznej manipulacji rzeczonym wtryskiem i innymi aspektami, o których się jeszcze uczę. Coś więc zupełnie nowego, ale nie ukrywam, że trochę będę tęsknił za surową mocą i prostą konstrukcją XRki. Natomiast dostępność części i niezawodność nowych CRFek jest absolutnie nie do pobicia, a ja – mimo że nie boję się okazjonalnie podłubać przy motocyklu – zdecydowanie wolę jeździć niż dłubać. Oczywiście, jak w przypadku XRki zaczął się już mały szał zakupowy – reflektory, nowe stickery, trochę ubrań, patent do obniżenia motocykla (bo ten jest bardzo wysoki i przy trudniejszej jeździe w terenie miałbym problemy z nogami). W planach stelaż i kufry, nowy wydech oraz wspomniany już wcześniej elektroniczne coś do zabawy z EFI. Nikt nie mówił, że motocykle to tanie hobby, LOL. [...]
2021-05-08.
2021-05-08.miro08/05/2021Laos - Luang PrabangLockdown trwa, trzy dni temu został przedłużony do 20.V. Natomiast sytuacja wydaje się być pod kontrolą, nowych kejsów coraz mniej, a jeśli są to głównie w północnej prowincji Bokeo, która graniczy z Chinami, Myanmą i Tajlandią. Jedyny bezpośredni efekt lockdownu dla mnie to lekcje Lao przez Zooma, co – jak można się domyślać – zupełnie mi nie przeszkadza, a wręcz odwrotnie. Poza tym coraz bardziej wkręcam się w projekt, gdzie praca zdalna z Laosu na nikim nie robi najmniejszego wrażenia – oby tak dalej! Plan na następny projekt to pracodawca w CH, zarobki tamtejsze i 100% pracy zdalnej – 60% z CH, reszta z Laosu albo jednej z ukrytych tajskich wysp. Mam nadzieję, że w IT praca w biurze wkrótce będzie należała do tej samej kategorii skamielin co Windows 95 i MySpace. Dziś przed wieczornym deszczem zrobiłem kilka zdjęć farmie. Na początek mamy bambusową bramę. Potem bambusowy płot wokół domu. Nieco niżej jest staw i chatka dla stałych pracowników. A tak wygląda dom z perspektywy chatki. Do stawu prowadzi kanał, który łączy się z jednym z lokalnym strumieni, chwilowo zarośnięty i niedrożny. A to chata z innej perspektywy. W ramach wiosennych nowalijek mamy liczi. [...]
2021-04-25.
2021-04-25.miro25/04/2021Laos - Luang PrabangSporo się ostatnio dzieje w Laosie – w tygodniu od 12.IV mieliśmy Pi Mai, czyli lokalny nowy rok, w Tajlandii znany jako Songkran. Tydzień imprez, odwiedzin u rodzin w odległych miastach, parad słoni, polewania wodą i jak się później okazało, roznoszenia wirusa. Imprezy trwały przez tydzień, od rana do wieczora. Gdy w piątek wsiadałem na prom w drodze na farmę, byłem tam chyba jedyną trzeźwą osobą. Z Tajlandii, gdzie szaleje obecnie trzecia fala, i gdzie rząd niespecjalnie spieszy się z lockdownem, nielegalnie dostało się do Laosu na Pi Mai kilka osób zakażonych kowidem. No się zaczęło – w połowie tego tygodnia rekordowe liczby zakażeń (po kilkadziesiąt) i natychmiastowy lockdown. Początkowo tylko Wientian i okolice, dzisiaj już praktycznie cały kraj, bez dwóch, czy trzech, prowincji. Do tego bardzo sprawne aresztowania spreaderów oraz osób, które nielegalnie przewoziły je przez Mekong. A jedną ze spreaderek, która uciekła do Tajlandii, gdy zaczęło się całe zamieszanie, znaleziono w powieszoną w Nong Khai – wieść gminna głosi, że ktoś jej w całej operacji pomógł, bowiem znaleziono ją nagą. Luang Prabang w lockdownie od dzisiaj – mam nadzieję, że uda mi się jutro wrócić z farmy do domu. Na razie mamy 10 dni ograniczeń, ale są spore szanse, że sprawa się przedłuży. Plusem jest to, że jestem w szczepionkowej awangardzie. Dwa tygodnie temu dostałem drugą dawkę Sinopharmu i mój organizm pracowicie produkuje rozmaite przeciwciała. Tajlandia już ogłosiła, że zaszczepieni podróżni będą w kwarantannie siedzieć jedynie 7 dni. Do ideału daleko, ale krok we właściwym kierunku. Poza tym w tygodniu pracuję od rana do wieczora i niespecjalnie mam czas i ochotę na cokolwiek. Tym razem mam projekt dla PKO BP. Jeśli ktoś używa apki IKO, to warto pamiętać, że Wasz niestrudzony Azjata z odzysku stoi za jakąś mikroskopijną częścią tej aplikacji. Z niusów z farmy – mamy nowy parking, buduje się piękne bambusowe ogrodzenie, spore połacie ziemi zostały oczyszczone pod drzewa owocowe. Poza tym pies rośnie z tygodnia na tydzień, a we frangipani zaraz pod gankiem ptaszyska uwiły gniazdo. Sielanka i wieś jak malowanie. [...]
2021-04-04.
2021-04-04.miro04/04/2021Laos - Luang PrabangOd kilku tygodni, ze względu na wypalanie pól, w regionie stopniowo pogarszała się jakoś powietrza (Chiang Mai w północnej Tajlandii miało kilka dni temu najgorsze AQI na świecie). Pod koniec tygodnia szczypały już oczy, a widoczność pogarszała się po niecałych 50m. Do tego ostatnie kilka dni to temperaturowe rekordy, dzień w dzień po ok. 40C. Na szczęście wczoraj późnym popołudniem pojawił się nad prowincją spory system burzowy, wieczorem zaczęło konkretnie padać i – po kilkunastu godzinach – wciąż pada. Jeśli wierzyć prognozom, to czekają nas trzy dni deszczu non-stop. Co jest znakomitą wiadomością, bo primo, nieco się ochłodzi, secundo, oczyści się powietrze i wreszcie cokolwiek przyschnięte rośliny dostaną impuls do życia. Monsun ma w tym roku pojawić się wcześnie, już na początku maja, być może to taka przedmonsunowa wprawka. Oddaje się więc swojej ulubionej czynności – siedzę na werandzie, słucham deszczu i leniwie czytam. I wszystko wskazuje na to, że jutro ten schemat się powtórzy, bo dzięki wielkanocnym obchodom w PL mam wolne, a jajek raczej święcić nie będę. Na farmie duża zmiana, bowiem mamy psa. Ponoć labrador retriever, aczkolwiek w tej części świata trudno ufać takim deklaracjom i równie dobrze może to być krzyżówka bawoła z nosorożcem. Na razie ma cztery tygodnie i trudno powiedzieć, co z niego będzie. Ale zaprzyjaźniliśmy się totalnie, bowiem, jak ogólnie wiadomo, mam wielką słabość do psów. Bestia nazywa się Thongdee i znakomicie rozumie język polski. Pisałem ostatnio o jedzeniu motylich kokonów. Kilka z nich zostało po naszych ucztach i mamy teraz regularną wylęgarnię motyli na ganku. Są niezwykle piękne i będę miał teraz pewne opory przed jedzeniem kokonów. Poza stadami małych gekonów, w laotańskich ogrodach można natknąć się na jaszczurki ogrodowe (łac. Calotes Versicolor). Są niesamowicie szybkie i ciężko je sfotografować, ale wczoraj mi się udało. Ta ze zdjęcia to młody okaz, starsze mają na grzbiecie kryzę i o wiele większe głowy. Bardzo różnią się też kolorami. A w ramach portretowania osób, które bywają na farmie, poniżej Khoun, wieloletni pracownik Anong, ogrodnik i mieszkaniec farmy. Mamy teraz przygotowania do sezonu mokrego, więc przez farmę przewijają się też najemni pracownicy. Niektórzy bardzo interesujący, postaram się zrobić im serię zdjęć. [...]
2021-03-28.
2021-03-28.miro28/03/2021Laos - Luang PrabangOK, zgodnie z zapowiedzią, czas na weekly roundup. Natomiast z racji faktu, że niewiele się wydarzyło w tym tygodniu (praca, siłownia, dziewczyna – nudy, czas stąd uciekać ;-)), kilka wątków z ostatnich tygodni, wątków, które uciekły mi ostatnim razem. Otoż tak, kilka tygodni temu, wybraliśmy się z farmy na spacer “na wioskę”. I tamże zaczepiła nas lokalka, oferując woreczek motylich kokonów na sprzedaż. I to był jeden z tych momentów, gdy ścieramy się z rzeczami, które dla nas są całkowitą egzotyką, a dla Laotańczyków są taką codziennością, że nawet nie warto o nich wspominać. Jak na przykład jaja mrówek w pierwszych kilku miesiącach roku. I to, że jaja mrówek czerwonych smakują inaczej niż czarnych. Poniżej sekwencja zdarzeń – od kokona, przez kokona gotowanego, aż po wiejskie śniadanie. Zdjęcie z komórki, mało instagramowe, ale w co i czym ochoczo chędożę wszelkich instagramowców i innych influencerów, łatwo można się domyślić. I teraz tak, jako że moja wiedza o harvestowaniu kokonów była nikła, następnego dnia poprosiłem Khouna, pracownika Anong, żeby zabrał mnie do lasu i pokazał co i jak. Sprawa wcale nie jest ewidentna, bowiem motyle najczęściej budują je wysoko, 10-15m na ziemią, a same kokony są małe, więc ciężko je zauważyć. Gdy je już dostrzeżemy, to do zerwania używa się długiej bambusowej tyczki, lekko rozwidlonej na końcu, którą kokon się zahacza. Co do smaku – to był chyba mój pierwszy insekt spożywczy, więc miałem pewne opory natury psychologicznej, w końcu w naszej części świata owadów się nie je (za to je się flaki, ozorki, cynaderki, zupę ogonową i podobny shit), ale te zostały szybko przełamane. I tak, mamy chrupką chitynową powłokę, którą można zjeść, albo zdjąć, następnie nieco orzechową masę, która otacza właściwą larwę (?) i dostarcza jej substancji odżywczych, głównie białka, i wreszcie samego motyla in progress, który jest twardą masą w kształcie cygara w samym środku całego zamieszania. Podobnie jak z powłoką, można tę cygarowatą część wyrzucić, jedząc samą warstwę pośrednią. W moim przypadku najlepiej sprawdzało się jedzenie całości, ze względu na różne faktury (w tym chrupiące!) i smaki. Można więc powiedzieć, że pierwsze koty za płoty. Jak tylko znajdę na bazarze smażoną szarańczę, to ją kupię i zjem. Warto też dodać, że to czerwone, w miseczce po prawej, to pikantny sos z pieczonych pomidorów (ze swojskim koperkiem), jeden z lokalnych przysmaków. A poniżej widok, jaki mam z ganku na farmie. Sucho strasznie, bo to zdjęcie sprzed miesiąca, ale teraz natura budzi się do życia. Po paru suchych miesiącach mamy coraz więcej deszczu, praktycznie każda roślina wypuszcza pędy i pączki. Zapowiedzi są takie, że w tym roku monsun zacznie się wcześnie i będzie obfity – po skromnym ostatnim roku na pewno przydałaby się odmiana (zmienię zdanie, gdy zacznę tonąć w błocie). Na drugim planie mamy staw i chatkę dla pracowników, potem – wyznaczoną przez linię drzew – boczną drogę do wiosek (od frontu jest większa droga, ale zakurzona i mało estetyczna, więc niespecjalnie ją lubię), w tle wzgórza. Ta część Laosu nie jest bardzo górzysta, w sensie, że nie mamy potężnych szczytów, ale praktycznie non-stop pofałdowana w niewielkie wzgórki. Kawałek od naszej farmy jest nawet niewielka przełęcz. I wreszcie wzmianka o ceremonii błogosławienia motocykla (ale takiego prawilnego blessingu, nie przez katolskich klechów pedofilów). Otóż gdzieś w styczniu wybraliśmy się do małej świątynki na wzgórzach, żeby lokalni mnisi, w świątyni specjalizującej się w tym, dokonali blessingu mojej Hondy i skutera Anong. Dużo tam było różnych śpiewów, darów, owijania bawełnianym sznurem, już nawet nie pamiętam dokładnej sekwencji (inna rzecz, że dla mnie buddyzm to dupa na poduszce i medytacja plus studiowanie tekstów palijskich i tego typu folklor niespecjalnie mnie porywa), natomiast efekt był taki, że obydwa motongi dostały po kawałku sznurka na kierownice. Czy zadziałało? No ba, kilka tygodni później sprzedałem motonga z zyskiem (nie licząc może tych paruset USD, które włożyłem w naprawy i upgrade’y ;-)). [...]
2021-03-26.
2021-03-26.miro26/03/2021Laos - Luang PrabangUstawiłem sobie w Todoiście cotygodniowy task na pisanie dziennika, bo to się tu dzieje ostatnio (nic) jest absolutnie nie do przyjęcia. Praktycznie każdy weekend spędzam teraz na farmie z Anong. Na farmie panuje totalny chillout, dookoła wzgórza (co prawda teraz schowane pod chmurą kurzu i dymu, jako że lokalni farmerzy z upodobaniem stosują metodę slash-and-burn, ale to się niedługo skończy), lasy i wioskowy Laos. Okazjonalnie biorę udział w różnych farmowych działaniach, e.g. zbieranie tamaryndowców na konfiturę i ich późniejsze łuskanie, łapanie perliczek, które uciekły z kurnika, czy siekanie warzyw na kiszonki, ale zasadniczo nie dzieje się tam za wiele. Wieczorem cykady, żaby i chłodny wiatr od wzgórz, pełna sielanka. Poza tym regularnie pływam na ryby na Mekong. Łódź, o której pisałem wcześniej ostatecznie została kupiona przez moją partnerkę i regularnie wyprawiamy się wieczorami na połowy. Co prawda przyznam, że brat Anong i jego kumpel radzą sobie z łowieniem o wiele (wiele) lepiej ode mnie. Natomiast kilka godzin na Mekongu po zmroku, nawet jeśli efektem tych kilku godzin jest kilka rzecznych krewetek i mały piskorz (na przynętę), to doświadczenie absolutnie niepowtarzalne. Dwa tygodnie temu udało mi się zaszczepić. W piątek rano dostałem na WA wiadomość od Anong, że jest w szpitalu i czeka na zastrzyk. I czy może niechciałbym? Chciałbym. Ekspresowo wykaraskałem się z łóżka i po szybkim śniadaniu i jeszcze szybszym prysznicu pojechałem do szpitala. Tam trochę oczekiwania, ale ostatecznie udało się, dostałem pierwszą dawkę Świniopharmu. W kwietniu kolejna. Laos całkiem nieoczekiwanie idzie ze szczepieniami jak burza. I jak do tej pory nie ma ani jednej ofiary śmiertelnej z powodu zakażenia Covidem. I są to statystyki potwierdzone przez WHO, więc pojawiające się czasami głosy, że są to dane niegodne zaufania, można uznać za indukowane postkolonialnymi kompleksami i casualowym rasizmem. Jakiś cudem tutaj udaje się praktycznie całkowicie zamknąć kraj na rok, podczas gdy w innych krajach w samym środku eksplozji nowego wariantu wirusa w UK, organizuje się dodatkowe samoloty, żeby z rzeczonego UK przywozić lud pracujący, którego, rzecz jasna, nie zamyka się potem w kwarantannach. W Lao od prawie roku mamy jedynie kilka inbound lotów miesięcznie i wszyscy przylatujący bez wyjątku trafiają na dwutygodniową kwarantannę. Są też inne czynniki, zarówno kulturowe, jak i klimatyczne, natomiast myślę, że przede wszystkim działa lockdown. Zacząłem też nowy projekt dla konsultingowego giganta DXC. Udało mi się wszystko załatwić bez ruszania się na krok z Laosu. Oby była to zapowiedź nowych czasów, w których praca zdalna z dowolnego miejsca na ziemi jest czymś tak naturalnym, że nawet nie wartym wzmianki. Napisała do mnie Dr. Eva, pani z Niemiec, z którą timeshare’owałem dom w Khanom i której psami – Suryą i Baalą (Baalem, de facto) zajmowałem się kilka miesięcy. Psy u znajomych Szwajcarów na Samui, a Eva w Niemczech czeka na koniec pandemii, by zacząć kursować między Kathmandu a południową Tajlandią. Jednak miałem masę szczęścia przenosząc się do Laosu na początku zeszłego roku. Nie wiem, czy wytrwałbym rok pandemii w Polsce dobrozmiennej. Po dokładnie roku zdecydowałem się sprzedać XRkę. Było fajnie, nauczyłem się dużo o motorach, ale czas na coś bardziej nowoczesnego. I tak, XRka ma już nowy dom na południu Laosu, pod Pakse, na plantacji kawy. Bardzo romantyczne. Z zabawnych historii – autobus, którym motor jechał do Pakse, zepsuł się w połowie drogi. Kolejny zepsuł się w Savannakhet. Motor wrócił do Vientianu i dopiero czwartego dnia dotarł na miejsce. Nowy właściciel znosił te przeciwności losu ze stoickim spokojem i cierpliwie czekał na motor. Wielki plus dla niego. Poniżej pożegnalna galeria. [...]
2021-02-12.
2021-02-12.miro12/02/2021Laos - Luang PrabangNieoczekiwanie zrobiłem się strasznie zajęty. Codziennie mam lekcje języka, staram się nie zaniedbywać Potwora, mimo że Laos w porze suchej tak średnio porywa wizualnie, pracuję nad nowymi certyfikatami pracowymi, chodzę na burżujski basen i siłownię w Pullmanie oraz spędzam masę czasu z przyjaciółką, z którą regularnie jeździmy na jej farmę po drugiej stronie Mekongu. No właśnie. Farma jest wielka, pełna różnych roślin, których nazwy zapominam praktycznie od razu, płynie przez nią dziki strumień z brzegami porośniętymi bambusem. Na miejscu mieszka Khun, który zajmuje się farmą, a przy tym jest znakomitym kucharzem. I tak w zeszłym tygodniu pojechaliśmy zbierać mrówcze jaja! Zaczyna się właśnie sezon jajeczny, jaja różnych gatunków mrówek smakują inaczej, trzeba też wiedzieć o jakiej porze dnia się je zbiera – jeśli zaczniemy zbyt wcześnie, mrówki będą pobudzone i nas zjedzą. Pod koniec dnia mają nieco mniej energii, więc cały proces jest bezpieczniejszy. Poniżej film poglądowy: Mrówczych jaj używa się do sałatek, zup, omletów, pasty chili etc. Zasadniczo jako dodatku do innych potraw. Nasz zbiór był wyjątkowo skromny, jaj starczyło jedynie na dodatek do pasty chili, ale jest szansa, że mrówki wezmą się do roboty w najbliższych tygodniach. [...]
Rok w Laosie.
Rok w Laosie.miro10/02/2021miscIt’s official. Wczoraj zacząłem drugi rok w Laosie. Wcześniej pisałem już małe podsumowanie zeszłego roku, więc nie będę się powtarzał, powiem tylko, że decyzja, żeby się tutaj przenieść była jedną z najlepszych decyzji okołopodróżnych, jakie zdarzyło mi się podjąć. Żałuję tylko, że nieco wcześniej nie przemigrowałem z Wientianu do LPB, bo pod koniec miałem już nieco dosyć stolicy. Co dalej? Powinienem tu zainwestować, zacząć jakiś biznes, mam już lokalne kontakty, ostatnio wróciłem do intensywnej nauki języka i codziennie mam lekcje. Lokalne obligacje USD dają 8% rocznie, życie jest łatwe i zasadniczo niewymuszone. Moja motywacja do powrotu do Europy, nie wspominając już nawet o tym odrażającym faszystowskim grajdole nad Wisłą maleje z każdym dniem. [...]
2021-01-31.
2021-01-31.miro31/01/2021Laos - Luang PrabangNiewiele się dzieje, jak to w Laosie. Motor znowu w warsztacie, bo mechanik naprawił jedną rzecz, ale spieprzył coś innego, LOL. W sumie przestałem się tym przejmować, taka natura starego motocykla, ale powoli dojrzewam do rozstania z XRką i zakupu czegoś nowiutkiego. Teraz muszę przejść w tryb mamkłymampazury, bo mechanik wije się jak dżdżownica i nie bardzo chce doprowadzić Potwora do stanu używalności. Ale! Jako admin największej grupy FB zrzeszającej ownerów Hond XR w tej części świata mam doskonałe narzędzia do psucia mechanikom opinii. Dzisiaj w nocy pierwszy deszcz od miesięcy. W znakomitym momencie, bo w rejonie dramatycznie sucho i sezon na wypalanie pól. Bangkok w zeszłym tygodniu przykryty gigantyczną chmurą smogu, tutaj nieco lepiej, ale bezwietrznymi wieczorami też osiada tu toksyczna chmura, tym gorsza, że lokalsi z upodobaniem palą śmiecie (nie dyskryminując – od suchych liści przez plastikowe butelki po starą oponę). Jutro zaczynam czwarty miesiąc w LPB, a za nieco ponad tydzień będę świętował okrągły rok w Laosie. Niesamowita sprawa, zaraz po dzieciństwie w Nigerii, to mój najdłuższy epizod w nieco bardziej egzotycznych lokalizacjach. Może nawet już nie epizod, ale etap. Bardzo jestem ciekaw jak to się dalej potoczy. O szczepieniach w Laosie nic oficjalnie nie wiadomo. Nieoficjalnie natomiast wiadomo, że jeśli zna się odpowiednią osobę, można się zaszczepić za 60 USD/dawka. Czyli 120 USD za pełne szczepienie. Co prawda początkowo będą to chińskie albo rosyjskie szczepionki, które nie są tak skuteczne jak te od Pfizera, czy Moderny. Raczej więc poczekam gdzieś do kwietnia i zobaczę jak z dostawami COVAXowymi. Odnowiłem też znajomość z laotańską przyjaciółką i mam teraz z kim chodzić na wieczorne spacery. W sumie dobra odmiana. [...]
2021-01-19.
2021-01-19.miro19/01/2021Laos - Luang PrabangDzisiaj zrobiłem pierwszą (a może drugą) dłuższą wycieczkę na motorze od powrotu z Nong Khiaw w grudniu. To dlatego, że po eskapadzie trochę musiałem ochłonąć, potem były święta, następnie były mrozy i wreszcie motor trafił na kilka dni do warsztatu na różne małe, absolutnie niezbędne, upgrade’y. I dzień udał się całkowicie rewelacyjnie. Najpierw przejazd przez wymarłe “stare miasto” LP, potem mój ulubiony prom z LP do Chomphet. Następnie kilkadziesiąt km terenowych dróg, tzw. Chomphet Loop, a potem górskie serpentyny na drodze 4B w stronę Sayaburi. W oczekiwaniu na prom zjadłem kleisty ryż z kokosowym budyniem, wszystko ładnie opakowane w spięty wykałaczką bananowy liść, w którym sprytnie umieszczona została też mała łyżeczka (plastikowa, niestety). Gdy przyszła pora zawracać, przez chwilę nawet rozważałem przeprawę przez góry, jakieś 20 km, nad Mekong, inny prom na drugą stronę i zrobienie ładnej pętli, ale ostatecznie wróciłem tą samą drogą – XRka po upgrade’ach prawie odrywa się od ziemi, więc nieco poszalałem na krętych asfaltach. W Chomphet zatrzymałem się na chwilę, żeby kupić dzikie banany, kiszoną kapustę bok choy z imbirem i papryczkami oraz grilowaną rybę, którą następnie zjadłem na wczesną kolację (z własnoręcznie zrobionym ryżem – o ile ryż gotowany w ryżowarze jest robiony własnoręcznie). Zasadniczo urocze popołudnie, jedyna smutna wiadomość jest taka, że na dobre zaczyna się sezon suchy. :-( Ryżowiska, które jeszcze niedawno były soczyście zielone, teraz wyschnięte i zamienione w rżyska. Lasy nieco pożółkłe, wszędzie kurz i pył, nad doliną, w której leży LP ciągle unosi się zółtawa chmura (częściowo ze względu na wypalanie suchych pól, które jest tutaj nagminne). Strumienie, których pokonanie w październiku oznaczało czasem przejazd przez 50-60 cm wody, dzisiaj wyschnięte, albo zostały z nich niemrawe strużki. Wciąż jest chłodno, ale jeszcze kilka tygodni i zaczną się dzikie upały. A tu nieco nostalgiczna scenka w oczekiwaniu na prom. [...]
2021-01-13.
2021-01-13.miro13/01/2021Laos - Luang PrabangLao zima nie odpuszcza. Przez ostatnie dwa dni mieliśmy typową warszawską jesień, max. temperatura w dzień ok. 15C, chmury, zimna mżawka, w nocy kilka stopni. W niusach dramatyczne zdjęcia z gór, roślin obrośniętych soplami, bosych zmarzniętych dzieci etc. Na grupach FB zbiórki na ubrania dla zmarzniętych mnichów. Mój dom jest dosyć chłodny, co przez większość roku jest gigantyczną zaletą, ale teraz stanowi niewielki problem. Na szczęście mam puchówkę, bieliznę termiczną, więc – niespecjalnie szczęśliwy co prawda – mogę w miarę komfortowo przetrwać mrozy. Wczoraj nieco po zmroku poszedłem na krótki spacer i feeling był dokładnie jak jesień gdzieś w polskich górach. Mokro, chłodno, niskie chmury nad wzgórzami, ogólna melancholia i wprawka do jesiennej deprechy. Dzisiaj nieco lepiej, świeci słońce, ale i tak ledwie wspięliśmy się ponad 20C. Ale nic to, jak tylko nieco się ociepli, planuję kolejną eskapadę na Potworze. Tym razem przez góry do Phosavan, wizytę na Plain of Jars i odwiedziny na tajnym lotnisku CIA z lat 70-tych. Potem gdzieś na wschód, pod granicę z Wietnamem. Nie wiem jeszcze dokładnie gdzie, ale z całą pewnością będzie ciekawie. Poza tym w Wientianie zjazd laotańskiej partii socjalistycznej. Nie wiedzieć czemu na zdjęciach jeden z sekretarzy jest zielony. Może pochodzi z Marsa? Może zjadł niewłaściwą krewetkę? Laos planuje do kwietnia zaszczepić 2 mln osób, czyli ca. 1/3 populacji. Czarno to widzę, ale mam nadzieję, że gdzieś do końca czerwca się uda m.in. 50% tego planu zrealizować. To z dużym prawdopodobieństwem oznacza, że i mi uda się załapać na wakcynę. Poza tym rozważam przenosiny na Karaiby w przyszłym roku, na razie zupełnie nie chce mi się wracać do Europy na dłużej. Nawet do cywilizowanego kraju. Jest tam kilka zamorskich terytoriów krajów UE i tym samym wszelkie korzyści wspólnego rynku Unii. Co prawda nieco drożej niż w SE Azji, ale wciąż w rozsądnych granicach. [...]
2021-01-02.
2021-01-02.miro02/01/2021Laos - Luang PrabangZima trwa, temperatury nocą spadają do 10C, a nawet poniżej (ostatniej nocy 8C). W dzień powoli wspinają się do nieco powyżej 20C. Jest to trudne do zaakceptowania po całym roku stricte tropikalnej pogody. Od lutego sytuacja zacznie się poprawiać, żeby w kwietniu i maju z kolei osiągnąć roczne maksima. A potem kilka miesięcy deszczu, błota i wilgoci. I te kilka stopni w nocy to wcale nie jest ostatnie słowo tutejszej zimy. Mam nadzieję, że w tym roku będzie łagodnie i nie zaliczymy żadnych przymrozków. XRka dostała nowe plastiki na nowy rok. A stare zostały podarowane członkowi grupy FB, którą od kilku miesięcy prowadzę dla posiadaczy Hond XR w Laosie. Dobra karma się kumuluje. Poza tym w LP pewne poruszenie w związku z festive season, przyjechało trochę turystów, na szczęście całe to zamieszanie skończy się już jutro. [...]
2020.
2020.miro01/01/2021miscRok się skończył, czas na małe podsumowanie… Przede wszystkim – biorąc poprawkę na całe pandemiczne zamieszanie i nieco w związku z tym przesuwając skalę szeroko pojętego zadowolenia z życia, oczekiwań i tak dalej – najlepszy rok ever. Ale po kolei. Spędziłem pełny – 2020 – rok w Azji, z czego miesiąc w Bangkoku, dziewięć w Wientianie i dwa w Luang Prabang, Wynajmowałem 2 mieszkania oraz dwa piękne domy, Przez 3-4 miesiące uczyłem się laotańskiego, opanowałem alfabet i podstawową komunikację, Relatywnie oswoiłem Laos i lokalną kulturę (także jedzeniową), Kupiłem dwa motory – Czerwonego Potwora (Honda XR250R) i Potworka (Kolao X-one, klon Hondy Grom). Dwa pierwsze własne motory w życiu, Jedna :-( dalsza podróż. Z BKK do UK w styczniu. Do tego służbowa. A plan był taki, żeby przynajmniej raz na kwartał odwiedzać lokalne metropolie (Singapur, Hong Kong, Hanoi na początek) i spędzać tam po kilka tygodni, Jedna bliższa podróż z VTE do LPQ w Października, 3 krótkie (ok. tygodniowe) wyprawy moto: na południe Tajlandii na przełomie 19/20, Thakhek Loop na południu Laosu i ostatnio przez góry do Nong Khiaw i dalej w tej okolicy, Dziesiątki krótszych, pół- i jednodniowych wycieczek, Jeden niegroźny crash (slide) na małym motorze – kaski są ważne, 6500 km na dwóch skuterach i trzech endurakach (Honda CRF wypożyczona na miesiąc w BKK, moja XR-ka i XRka Baja wypożyczona na kilka dni podczas październikowej wizyty w Luang Prabang). 10 000 km, jeśli liczyć wyjazd do północnej TH w grudniu ’19, Generalnie oswoiłem ideę dużego (no dobrze, większego) motocykla, ale jeszcze wiele lat nauki przede mną, Zacząłem nagrywać filmy i nauczyłem się podstaw obróbki video w Premiere Pro. Co prawda jak zwykle się lenię i masa filmów czeka na przypływ weny, ale jakaś tam dokumentacja filmowa pojawiła się w moim dzienniku i powiązanym kanale YT, Dzięki rozmaitym naprawom, jakie musiała przejść duża Honda, poznałem budowę motocyklowego silnika, nauczyłem się sporo nt. obsługi i mam dobre podstawy do tego, żeby kiedyś – jeśli najdzie mnie ochota na własny warsztat w garażu – samodzielnie serwisować prostsze motocykle, Jeden, kilkumiesięczny, związek z laotańską dziewczyną. Do tej pory niespecjalnie interesowały mnie lokalki, ale chyba czas nieco otworzyć się na nowe kultury, Przełamałem się i zacząłem łączyć swoją samotną praktykę medytacyjną z wizytami w lokalnych świątyniach. Było warto – mnisi ciepło mnie przyjęli i nauczyłem się nieco o Theravadzie od środka, Prawie cały rok przepracowałem zdalnie w formacie WFA (Work From Anywhere) – to, potencjalnie, znakomicie wróży na przyszłość, Byłem o krok od (współ)zakupu dżonki na Mekongu. Nie udało się, ale kwestii łodzi nie odpuszczam. … W sumie ciekawy i bogaty w doświadczenia rok, ale – nie wiedzieć czemu – mam sobie nieco za złe, mogłem zrobić nieco więcej… Choćby bardziej skrupulatnie podejść do nauki języka. Robić więcej zdjęć i dokumentować lokalne wydarzenia. Wydać nieco więcej na motor i nie męczyć się potem w warsztatach (ale to zaliczam do learning experiences – było warto). Może chociaż minimalnie zintegrować się z tutejszymi ekspatami. Natomiast biorąc pod uwagę uwarunkowania wspomniane na początku, raczej nie powinienem narzekać, bo znalazłem taką koncepcję semi-nomadycznego życia, która harmonijnie łączy pracę z podróżami i życie w tropikach z “karierą”. Jeszcze kilka parametrów do dopracowania, ale zasadniczo kierunek jest właściwy. Om. [...]
2020-12-28.
2020-12-28.miro28/12/2020Laos - Luang PrabangZainspirowany atmosferą “tego wyjątkowego czasu”, “czasu zadumy” etc. (nota bene ciekaw jestem, czy katolscy księża gwałcą dzieci także w święta, czy może dają im specjalną dyspensę? może jest na to specjalny kalendarz, wzorowany na kalendarzu liturgicznym, taka pedofiliturgia) rzuciłem się na głęboką wodę. I tak dałem sobie spokój z poszukiwaniem transliteracji tutejszych świątynnych tekstów na angielski – co, zresztą, było z góry skazane na niepowodzenie, bowiem jak są – co prawda – gotowe zestawy książkowe, które można kupić w sklepach z akcesoriami dla mnichów i praktykujących świeckich, tak nieco większe świątynie przygotowują własne, nieco odmienne (i zmieniają je co jakiś czas). Teraz więc podczas wiecznych ceremonii staram się nadążyć za mnichami czytając palijskie teksty zapisane w alfabecie laotańskim. Pożyczyłem też książkę tekstów z pięknej Wat Pha Phai, gdzie jest kilku anglojęzycznych mnichów, którzy służą mi radą oraz wskazówkami, i w wolnych chwilach trenuję czytanie laotańskiego na suttach. Jest to bardzo stymulujące intelektualnie ćwiczenie, bowiem palijskiego – pomijając szereg słów i określeń, które nie są (albo nie powinny być) tłumaczone na angielski (vide: dukkha) – nie znam (jest to język, martwy, antyczny, którego być może kiedyś w ramach swoich, nieco losowych, studiów buddyjskich zacznę się uczyć). Ale to nic, bo gdy już wiem co to za tekst, mogę go sobie wyszukać na Access to Insight i przeczytać dobre tłumaczenie Bhikkhu Bodhi albo Thanissaro. Tego ostatniego zresztą trochę tłumaczyłem na polski, więc karmiczna pętla się zamyka. A tak wygląda moje miejsce pracy: Na zdjęciu te kraty wyglądają cokolwiek więziennie, ale w realu zupełnie nie ma się takiego uczucia. [...]
2020-12-23.
2020-12-23.miro23/12/2020Laos - Luang PrabangWróciłem ze północnej eskapady i, o dziwo, nie mam nawet dosyć motocykla. Od piątku zrobiłem jeszcze dwie, krótkie, ok. 100km wycieczki. Ale czuję pewne zmęczenie psychiczne – chcę mi się jeździć, ale walczyć z trudnościami już nie tak bardzo. Wczoraj na przykład wyszukałem sobie na mapie bardzo ładną trasę nad północną część Mekongu, który ponad LP tworzy taki workowaty kształt. Dolną część worka pokonujemy promem z LP do Chomphet, a do górnej możemy przebijać się przez interior na różne sposoby. No i znalazłem taką ciekawą lokalną drogę przez góry, która okazała się poważnym wyzwaniem – stroma, głębokie koleiny, ruchome kamienie, a do tego co chwila takie terenowe chińskie traktory z drewnem, z którymi trzeba było się mijać na wąskich górskich ścieżkach. Testowałem nową technikę, której nauczyłem się z YT, czyli zjazd z wyłączonym silnikiem, kontrolując tylne koło sprzęgłem, nogi na ziemi, motor w koleinie i jedziemy. Ale w połowie drogi siadła mi psycha, zwyczajnie nie miałem imperatywu do walki, więc zawróciłem do domu. W przydrożnych stoiskach świąteczny junk – dziecięce ubranka w stylu św. Mikołaja, jakieś rogi reniferów z plastiku i podobny dramat estetyczny. Nie da się od tego gównianego święta uciec nawet w Laosie. Ale przynajmniej kolęd nie słychać. Kilka dni temu zrobiłem mały spacer po dzielni. Właściwie to po swoim placu, bo dzielnica jest nieco większa. To biało-zielone, co widać na początku, to, teraz i przez najbliższe 5-6 miesięcy, mój habitat. Centralnie – świątynia (Wat) Aphay, po prawej, takie niewielkie bungalowy, to mnisie cele. Z przeorem jesteśmy już zaprzyjaźnieni, zagląda do mnie czasami i pyta co i jak, a ja z kolei regularnie chodzę do świątyni na wieczorne praktyki. Te nieco jasełkowe obrazki, które widać na ścianach świątyni to albo sceny z życia Buddhy albo ilustracje tzw. Jataka, czyli moralizujących opowieści z poprzednich wcieleń Gotamy. Pod koniec filmu widać Czerwonego Potwora, który chroni się w cieniu świątyni i tak mamy perfekcyjne połączenie sacrum i profanum. A może nawet sacrum i nieco mniejszego sacrum. [...]
Z Muang Pak Seng do Luang Prabang.
Z Muang Pak Seng do Luang Prabang.miro20/12/2020Laos - Nong KhiawOstatni dzień krótki. Zaplanowałem co prawda mały side trip w interior, ale już mi się, szczerze powiedziawszy, nie chciało i dałem spokój. Rano, spakowawszy się, wyprowadziłem motor z guesthouse’owej kuchni (gdzie spał, żeby przypadkiem go ktoś sobie w nocy nie przywłaszczył), poszukałem miejsca, gdzie karmią, ale bezskutecznie i ruszyłem w drogę. Jednak jadąc po w miarę prostym asfalcie pokonuje się kilometry w tempie ekspresowym. Kilkanaście km dalej znalazłem przydrożną kuchnię, gdzie zostałem nakarmiony tłustym omletem, kleistym ryżem i kawą trzy w jednym. Dalej, bez jakichkolwiek przygód dotarłem do domu, gdzie zająłem się praniem wszystkiego, co możliwe z ton kurzu. Zasadniczo – super udana wyprawa. Co prawda kilometrowo skromnie, wszystkiego przejechałem ok. 700 km, ale to nie o to chodzi. W górzystym terenie jedzie się średnio ze 30 km/h, pierwszego dnia jechałem 8,5h. Poznałem masę nowych miejsc, nauczyłem się masę na temat techniki jazdy i nabrałem totalnego apetytu na kolejne eskapady. Tym razem może nie stacjonarne. W styczniu chciałbym przejechać przez góry do Phonsavan, a stamtąd pojeździć po rejonie, w którym w latach 70-tych faszystowskie amerykańskie bojówki finansowane przez CIA organizowały masowe bombardowania Laosu w rejonie Ho Chi Minh trail. Istnieje jeszcze pas startowy, gdzie lądowały ichnie samoloty oraz dom jednego z generałów z narodu Hmong, który razem z amerykanami walczył z komunistycznymi żołnierzami w Laosie. Bezskutecznie i potem trzeba było ich masowo ewakuować do hamburgerlandu. Film o całej operacji można ściągnąć z TPB. Niedaleko jest też tzw. Plain of Jars, płaskowyż pełen dziwacznych kamiennych urn, można też wypuścić się dalej na wschód, w stronę granicy w Wietnamem. Zasadniczo logistycznie super, nie wziąłem jedynie puchówki. Technicznie również – motor sprawuje się, odpukać, znakomicie. Muszę tylko zmienić opony, bo te niespecjalnie już do czegkolwiek się nadają. Oby tak dalej. [...]
Z Nong Khiaw do Muang Pak Seng.
Z Nong Khiaw do Muang Pak Seng.miro17/12/2020Laos - Nong KhiawWczoraj pod wieczór czułem już pewne znużenie Nong Khiaw – chociaż może nawet nie tyle znużenie, co poczucie, że wyeksplorowałem okolicę w stopniu, który mnie na razie satysfakcjonuje. Pozostała kwestia powrotu i dzięki kolejnej sesji wgryzania się w mapę znalazłem bardzo fajną opcję. Początkowo nudna droga 1C, którą już znam, z kilkoma miejscami widokowymi z niesamowitymi panoramami na setki kilometrów laotańskich wzgórz. Potem, w miejscowości Viang Kham, odbiłem w góry. Doprawdy, nie mam pojęcia, co zrobiłbym bez apki OsmAnd i ich terenowych map… Kilkadziesiąt peelenów rocznie za absolutnie bezcenne info. Czasem co prawda niepełne, ale to nawet dodaje całej sprawie uroku. Znowu było tak, że miałem na mapie kawałek drogi na początku planowanej trasy i kawałek na jej końcu, ale że obydwie prowadziły wzdłuż rzeki, założyłem, że się muszą gdzieś tam połączyć. Co prawda było między nimi jakieś 50 km, ale nic to. Kilka raz wypytałem lokalsów o możliwość przejazdu i odległość – z początku co prawda byli w stanie jedynie wymienić kilka kolejnych wiosek i stwierdzić, że to jakieś 100 km dalej, ale im bliżej celu, tym bardziej konkretne stawały się estymaty. W pewnej wiosce lokalny biznesmen (właściciel sklepu) powiedział z szokującą precyzją: 27 km. Miał 100% racji. Przed wjazdem w interior miałem jakieś 75% baku (~120 km), więc nie obawiałem się za bardzo, ale gdzieś tam z tyłu głowy męczyło mnie, że nie zatankowałem – just in case. Natomiast udało mi się przejechać bez problemów, plus po drodze mijałem szereg wiosek, w których można zwykle kupić benzynę. Co prawda jest to dramatycznie zła benzyna, często trzeba po niej czyścić karburator albo i bak, ale czasem nie ma innego wyjścia. W ramach oswajania paranoi może zacznę ze sobą wozić pięciolitrowy kanister z benzyną. Droga piękna, choć już nieco się z tym pięknem oswajam. Podobnie jak oswajam się z motorem w trudniejszych warunkach, ale to na swój sposób dobre – bo każda nowa trasa to nowe wyzwanie, ale znikają wyzwania techniczne, więc mogę skupić się na przyjemności z samej jazdy i łatwiej znajdować miejsca na dobre ujęcia filmowe i zdjęciowe. Znowu miałem do pokonania kilka rzeczek, w tym jeden spory strumień, rwący, mętny i głęboki, a zaraz potem błotniste, strome zbocze, na którym stała grupka lokalsów i pełna radosnej antycypacji obserwowała moje poczynania. Z dumą mogę stwierdzić, że Potwór + my humble self pokonaliśmy przeszkodę w stylu agresywnego enduro, co lokalsi wynagrodzili high fives. Ale najadłem się nieco strachu. Do Muang Pak Seng dotarłem wczesnym popołudniem. Znalazłem uroczy, praktycznie pusty guesthouse z pięknym widokiem na rzekę (i to za całe 7 USD). Wieczorem, w poszukiwaniu kolacji, przez chwilę nawet brałem udział w lokalnej imprezie – przez jakieś 30m dawałem z siebie wszystko i byłem strasznie miły i otwarty, ale potem pożegnałem się grzecznie i wróciłem do siebie, lekko wyczerpany. Świat jest o wiele przyjemniejszy bez kontaktu z ludźmi, nawet tak przyjaznych jak laotańczycy. [...]
Z Nong Khiaw po okolicy.
Z Nong Khiaw po okolicy.miro16/12/2020Laos - Nong KhiawZgodnie z planem zostałem w NK dzień dłużej, a że nie miałem na dzisiaj żadnych konkretnych planów, pojechałem w góry szukać innej drogi do doliny rzeki Nam Seng (to stamtąd przyjechałem kilka dni temu, ale nieco okrężną drogą przez góry). Na mapie wypatrzyłem też drogę, która prowadziła do niewielkiej wioski nad Nam Ou i to był mój plan na drugą część eskapady. I wszystko szło dobrze, dotarłem do osady, która była praktycznie na końcu drogi na mojej mapie, minąłem osadę i tutaj zaczęły się problemy. Bo z dołu widziałem chyba na grani szałasy, które mijałem kilka dni temu, natomiast prowadziły w górę bardzo, ale to bardzo wąskie i strome ścieżki. Takie dla bawoła z pasterzem. Zasadniczo, nie ma moje aktualne możliwości – może z nieco mniejszym motorem, bo ten jest wysoki i trochę ciężko nim w trudniejszych warunkach operować (co nie zmienia faktu, że jest numerem jeden i dzisiaj nauczyłem się ze dwóch nowych trików!) Zawróciłem więc, chyba ku pewnej uldze wieśniaków, którzy nie byli zachwyceni moim niespodziewanym pojawieniem się. Jeden z mijanych lokalsów nawet wyraźnie mi pokazał, że mam się wynosić – co prawda nikt nie rzucał kamieniami, ani nie ganiał mnie z kosą, ale są tu takie wioski, w których typowa laotańska gościnność gdzieś się zagubiła. Może kiedyś zawędrowali tu polacy. Bo normalnie to uśmiechy, machanie, sabaidee i pełnia szczęścia. Ale to nic, bo sama droga niezwykle urocza i pełna obrazków jak poniżej: Wracając próbowałem się przebić do wspomnianej wioski nad rzeką, ale szło ciężko, droga była trudna, bardzo wąska, stroma, z koszmarnymi koleinami, poza tym mnie się też już za bardzo chciało walczyć. Udało mi się za to zaliczyć i nagrać dropa! Potem pojechałem jeszcze kawałek, pokonałem kamienisty strumień, wjechałem na bardzo strome urwisko nad strumieniem i powiedziałem: enough! Drop uwieczniony poniżej. Poniżej kilka zdjęć z gór. Teraz mam wielki dylemat – którędy wracać do domu. Bo chciałbym cały proces rozłożyć na dwa dni, ale jeszcze nie wiem do końca, gdzie zatrzymać się pod drodze. [...]
Z Nong Khiaw do zapory Nam Ou 3.
Z Nong Khiaw do zapory Nam Ou 3.miro15/12/2020Laos - Nong KhiawDzisiaj miał być dzień pełen wrażeń – i był. Co prawda końcówka nieco ekspresowa, bo już mi sie nie chciało trochę, ale plan i tak zrealizowałem w 100%. I tak, wykoncypowałem sobie, że pojadę do Muang Ngoi (tam, gdzie wczoraj), wsadzę Potwora na łódź i popłyniemy do tamy na rzece Ou, gdzie wysiądziemy i pojedziemy okrężną trasą do domu. Rano więc zaraz po 0900 wyruszyłem, zatrzymałem się na chwilę, żeby dopompować przednie koło i kolejne 3 kwadranse przebijałem się nudną drogą do Muang Ngoi. Tam już czekał na mnie mój przewoźnik. Pierwsze wyzwanie to było stoczenie motonga po, na oko, 30 metrowych schodach. Ja trzymałem za kierownicę i hamulec, boatman za bagażnik i tak dotarliśmy nad wodę. Tam motor został przekręcony o 90 stopni i wtoczony na łódź, a następnie przez kolejne 10 minut przywiązywany do wszystkiego, co możliwe. Nota bene przewożenie motoru łodzią w tej części świata kojarzy mi się z Jądrem ciemności albo Czasem apokalipsy. Co prawda tutaj słonecznie i pozytywnie, ale jest coś w tych zarośniętych dżunglą brzegach, soczystej zieleni… Poniżej mała próbka filmowa. Może jednak powinienem poszukać łodzi dla siebie? Ale mniejszej, szybszej i bardziej zwrotnej niż to, co oglądałem niedawno? Wyprawy łodzią po takich rzekach to musi być mega przygoda… Ruszyliśmy, nagrałem masę filmów, wszystko szło dobrze, dopóki boatman nie zdecydował się wysadzić mnie jakieś 5 km od celu, w wiosce Sopjam. Długo dyskutowaliśmy, pokazywałem mu, gdzie ma mnie zawieźć, zaangażowaliśmy w sprawę wioskowego sołtysa, ale nic z tego. Podejrzewam, że nieco się bali, bo to chińska inwestycja. Powiedzieli, że do tamy jest droga i za 10 minut tam będę. Nieco niepocieszony, ale i nie mając innego wyjścia, ruszyłem dalej rzeczoną drogą. I okazało się to być rewelacyjnym zbiegiem okoliczności, bo wjechałem na teren tamy od tyłu, drogą, której nikt nie pilnował. Nagrałem kilka filmów, pojeździłem po okolicy, po czym ruszyłem do domu już zgodnie z planem. Kilka km od tamy minąłem posterunek strażników, którzy najpewniej nie wpuściliby mnie, gdybym jechał tak, jak to sobie uprzednio zaplanowałem. A tak, nie przejmując się niczym i sprawiając wrażenie, jak by moja obecność na chińskiej tamie to była rzecz najnaturalniejsza na pod słońcem i w ogóle to whoddyafuckareya, przejechałem przez checkpoint zupełnie nie niepokojony. Dalsza droga trochę nudna, szuter, kurz i typowo industrialne klimaty. Nieco niżej zrobiło się nawet ładnie, ale miałem dzisiaj (i wczoraj, i przedwczoraj) taką moc wrażeń, że wróciłem prosto do domu. Zdecydowałem się zostać w Nong Khiaw jeden dzień dłużej, jako że mam jeszcze jedno miejsce, które chcę zobaczyć, plus całkiem mi tu dobrze. [...]
Z Nong Khiaw wzdłuż Pak Ou i pętla przez góry.
Z Nong Khiaw wzdłuż Pak Ou i pętla przez góry.miro14/12/2020Laos - Nong KhiawJestem strasznie zmęczony, ale niezwykle szczęśliwy – pewnie dlatego, że od późnego popołudnia leżę w łóżku pod stertą koców, regenerując zmęczony motocyklem organizm i obrabiając zdjęcia i filmy. Kreatywne lenistwo jednak jest najwyższą formą egzystencji. Plan na dzisiaj był taki, żeby pojechać wzdłuż rzeki Pak Ou do miejscowości Muang Ngoi. Kiedyś to była kultowa miejscowość, do której można było jedynie dopłynąć łodzią, teraz prowadzą tam co najmniej dwie drogi (w tym jedna syfiasta, zakurzone i totalnie pozbawiona uroku, za to prowadząca prosto z Nong Khiaw). Mnie ona była potrzebna do szczęścia wyłącznie jako przystanek w dalszej drodze, bowiem wymyśliłem sobie uroczą pętlę, która z Muang Ngoi odbijała na wschód, przebijała się przez wzgórza, by w końcu wrócić do Nong Khiaw drogą 1C, tak jak wczoraj (ale nie po ciemku). A, potrzebowałem też porozmawiać z właścicielami łodzi, bowiem na jutro obmyśliłem jeszcze ciekawszą pętlę – otóż jadę do Muang Ngoi, pakuję Potwora na łódź, która wiezie mnie w górę rzeki, aż do tamy, co to ją niedawno zbudowali Chińczycy, tam wysiadamy i krętymi drogami wracamy do Nong Khiaw. Mój przewoźnik co prawda nigdy nie wiózł tak dużego motocykla, więc być może skończymy wszyscy na dnie Nam Ou, powoli konsumowani przez ryby, które następnie zjedzą przyszłoroczni turyści. Muang Ngoi jak miasto-zombie. Wcześniej żyło przede wszystkim z turystów, teraz jest zupełnie wymarłe. Kilkanaście minut zajęło mi znalezienie miejsca, gdzie mogłem zjeść jakiś prosty obiad. No, ale po drodze do Muang Ngoi źle skręciłem i potem, zamiast zawracać, przez godzinę eksplorowałem różne dzikie single tracki, jeździłem Potworem po rzekach, oraz przeprawiałem się przez rozmaite strumienie – w tym jeden, który nas prawie pokonał, woda miała z 70 cm, była rwąca i niewiele brakowało, żeby potwór w niej został. Ale daliśmy radę. Co prawda potem miałem w butach kilka litrów wody. Jeśli ktoś uważa, że XRka to nie jest motor rzeczny, nie wie o czym mówi! Z Muang Ngoi na wschód, przez góry, masa pięknych widoków, ale stopień wylesienia regionu jest przerażający. Wszędzie spalone kikuty drzew, wypalonych pod bardziej dochodowe uprawy. Z dobyrch wiadomości – naprawa wygiętej dźwigni do zmiany biegów zajęła w lokalnym warsztacie jakieś 30 sekund. I kosztowała zero LAK. Wczoraj wieczorem nieco obawiałem się, że może uszkodziłem coś więcej, ale nie, to jest bardzo częsta przypadłość i te dźwignie celowo robione są z miękkiego albo kruchego metalu, żeby przy upadku nie uszkodzić czegoś poważniejszego. [...]
Z Luang Prabang do Nong Khiaw.
Z Luang Prabang do Nong Khiaw.miro13/12/2020Laos - Nong KhiawDzisiaj ważny dzień, bo zacząłem eskapadę na północ, do Nong Khiaw. Jako że przed takimi wyjazdami zawsze się stresuję, tym razem postanowiłem zminimalizować potencjalne stresy do zera, motor dzień wcześniej pojechał do serwisu (co prawda sam byłbym w stanie zrobić większość rzeczy, ale były drobne kwestie typu wymiana podkładki na miedzianą i wymiana kilku wkrętów, których znalezienie w lokalnych sklepach zajęłyby mi masę czasu, a które mój lokalny mechanik, Wee, wymienił od ręki), zrobiłem – jak zwykle – listę ekwipunku, wszystko poukładałem w tematyczne sterty na stole oraz zaprogramowałem trasę w OsmAndzie. Mimo tego – zapomniałem puchówki. Oraz na chwilę przed wyjazdem pękła mi guma do mocowania torby na motorze i spędziłem pół godziny szukając nowej w sklepach po drodze. No i wyjechałem nieco za późno, tak z pół godziny. Efekt tego taki, że z gór zjechałem zaraz po zmroku i ostatnie 30 km, po paskudnie krętej i dziurawej drodze robiłem już totalnie po ciemku. Cała wyprawa zajęła ponad osiem godzin, z tego 5,5h na motorze. Zdecydowanie czuję to w mięśniach. Poza tym rewelacja. Pojechałem tak, jak przedwczoraj, drogą 2505 wzdłuż rzeki Nam Seng. Minąłem skręt w góry, żeby 10 km dalej, w lokalnej metropolii Pak Seng, zatankować na zapas i zjeść spory, zdrowy i niezwykle smakowity obiad – za całe 3 USD; byłyby 2 USD, ale wypiłem wodę kokosową, a następnie mineralną, co spowodowało radykalny wzrost kosztów posiłku. Z Pak Seng powrót do Ban Had Sam i w góry. Nota bene, słówka “had” i “pak”, które często pojawiają się w nazwach nadrzecznych miejscowości w Laosie mają konkretne znaczenie – “pak”, usta, oznaczają ujście rzeki, a “had” katarakty. Przez góry jechałem 70 km, to było niebywałe doświadczenie, choć nieco obciążające psychicznie. W pewnym momencie skończyła mi się mapa i musiałem przez kilka km polegać na wskazówkach pasterzy bawołów. Zgodnie z tym, co podejrzewałem, biała plama na mapie kryła drogę – wbrew moim podejrzeniom, droga prowadziła na północny wschód, a nie północny zachód, ergo z gór wyjechałem nieco dalej od celu niż planowałem (ale na tę samą drogę, więc bez problemu). Ten kawałek, którego nie ma na mapie był naprawdę fascynujący – bardzo wąski, taki single track de facto, z całą pewnością nie dla samochodów i chyba nawet nie dla normalnych motocykli. Większość drogi graniami, niestety na zboczach sadzone są rozmaite rośliny, więc wszędzie płotki, żywopłoty i inne bariery. Ciężko zrobić dobre zdjęcie. Do tego ostre zimowe słońce całkowicie rujnuje światło. Raz, przy zawracaniu na wąskiej i stromej drodze, upadł mi motor i wygiąłem dźwignię zmiany biegów, mały problem, jutro rano powinienem ją wyprostować w lokalnym warsztacie. Kilka razy ślizgałem się piasku i błocie, raz tak dziko, że byłem pewien wywrotki, ale udało się. Poza tym bez strat w ludziach i sprzęcie. Generalnie, pomijając drobne logistyczne issues, totalny motocyklowy błogostan. [...]
2020-12-10.
2020-12-10.miro10/12/2020Laos - Luang PrabangPrzeprowadzając się do LP miałem taki chytry plan, żeby raz w miesiącu robić jedną dłuższą eskapadę w interior. W listopadzie się nie udało, za to zrobiłem kilka krótszych wypadów w okolicy, ale w grudniu postanowiłem zrobić wycieczkę do Nong Khiaw. Jako że bardziej dla mnie liczy się sama droga niż cel, spędziłem kilka wieczorów nad mapami, szukając alternatywnej trasy. Standardowo jedzie się z LP drogą #13, o której pisałem już wcześniej i która jest paskudna. Znalazłem jednak przeprawę przez góry – jakieś 60-70 km, gruntowe drogi, przełęcze i malutkie wioski. Co prawda w środku mapy jest jakieś 6 km białej plamy, bez dróg – znaczy się jedna droga się kończy, a druga zaczyna parę kilometrów dalej. Najpewniej nieaktualna mapa, ale że to jest 40 km od najbliższej asfaltowej drogi, uznałem, że trzeba rzecz zbadać. W ramach rekonesansu pojechałem więc wypytać o przeprawę lokalsów. Przy okazji zrobiłem uroczą wycieczkę. Okazuje się, że droga jak najbardziej jest, przejechać się da (jeżdzą tam nawet małe ciężarówki i jeepy, więc dla Potwora to formalność) i mamy piękne widoki na laotańskie wzgórza. A, i do przeprawy dociera się doliną rzeki Nam Seng, która również jest całkiem do rzeczy krajobrazowo. I tak za dwa dni ruszam do Nong Khiaw. Tam pewnie zostanę kilka dni w jakimś posh resorcie z basenem i widokiem na rzekę, w ciągu dnia eksplorując wzgórza i doliny, a wieczorami chillując w basenie. Być może całkiem dosłownie chillując, bo w Laosie mamy teraz zimę i temperatury nocą spadają wyraźnie poniżej 20C! Czyli mróz. Znalazłem też dwie inne podobne przeprawy, praktycznie całkowicie omijające główne drogi – plan na styczeń i luty. Relacja z wyjazdu do Nong Khiaw tutaj. [...]
2020-12-09.
2020-12-09.miro09/12/2020Laos - Luang PrabangMojego rozleniwienie blogowe, fotograficzne i filmowe wchodzi na nowe, nieznane poziomy. A szkoda, bo masa fajnych rzeczy się dzieje. Poniżej krótki update dla potomności… Za dziesięć lat będę czytał te notatki i złościł się, że nie pisałem tyle, co dziesięć lat temu w Nepalu. Ale po kolei. Totalnie oswoiłem się z domem i zostaję tu do końca kwietnia. Potem pewnie na jakiś czas wrócę do Europy, najchętniej omijając Polskę całkowicie, albo zatrzymując się tam jedynie przelotnie i niezobowiązująco. Plany zakupu łodzi raczej rozejdą się po kościach. Primo, łódź na żywo wygląda nieco gorzej niż na filmie i wymaga pewnej kosmetycznej pracy. To akurat samo w sobie nie jest problemem, bo ma stalowy kadłub i prowadzi się dobrze (o czym za chwilę), ale pojawiła się inna kwestia. Otóż, gdy dwie osoby mają jedną łódź, pojawiają się rozbieżności opinii i oczekiwań – na jaki kolor pomalować, jaki ma mieć charakter, ile zainwestować i kiedy etc. U mnie wszystko musi być zgodne z rachunkiem ekonomicznym, ROI etc. Moja partnerka z kolei, z typowym dla lokalsów podejściem happy go lucky, chce pakować w łódź jak najwięcej kasy, żeby mieć najpiękniejszą jednostkę w LP. Co prawda nigdy się to nie zwróci, ale zyskamy pewien symbol statusu, co dla lokalnej populacji jest kluczowe. Ja po prostu nie myślę tymi kategoriami, wyrosłem z tego gdzieś w podstawówce. Plusem jest natomiast to, że spędziłem dzień ucząc się żeglować po Mekongu. Pierwsze podejście było takie sobie, bo ster miał straszliwe luzy i traciłem masę czasu kontrując, ale po wybraniu cięgieł steru, było idealnie. Sternik autochton nawet podał mi rękę post factum i stwierdził, że radzę sobie “dee lai lai” (bardzo, bardzo dobrze). Nieoczekiwanie przydają się żeglarskie doświadczenia z młodości. Coraz więcej czasu spędzam w lokalnych świątyniach. Ostatnio zostałem zaproszony na ceremonię wyświęcania trzech świeżutkich mnichów. Nagrałem kilka urywków, kiedyś zmontuję. Poza tym regularnie chodzę na wieczorne śpiewy oraz medytacje. Mam takie wdzianko w kolorze lotosowym (jasny fiolet) dla lay practitioners, które z dumą zakładam na każdą sesję, regularnie wzbudzając zdziwienie lokalsów – “o, patrzcie, farang w światyni!”. To chyba coś w kategorii latających świń. ;-) Co prawda pojawiły się tutaj pewne trudności praktyczne, bowiem transliteracje z jęz. Pali na alfabet łaciński, które znalazłem w sieci, nijak się mają do tego, co się tutaj czantuje. W pięknej świątyni Wat Pha Phai znalazłem mnicha, który znakomicie mówi po angielsku i nawet przygotował specjalny zestaw dla cudzoziemców – problem w tym, że zestaw jest już nieaktualny i większość śpiewów spędzam medytując, bo irytuje mnie ciągłe szukanie właściwego tekstu (którego najczęściej i tak nie znajduję). Muszę więc przestać się lenić i zacząć używać zapisu palijskiego z użyciem alfabetu laotańskiego, który już znam i czytam. Powoli co prawda, ale dwa tygodnie ćwiczeń i będzie z górki. Motocykle mają się dobrze. Zmieniłem manetkę w małym potworze, który nieco szarpał, bo miał za długą linkę. W Tajlandii właśnie pojawiły się nowe modele CRFek, w tym piękna 300-tka, na którą mam straszną ochotę. Luang Prabang w swojej aktualnej formie, miasta częściowo wymarłego, znaczy się, jest wspaniałe. Wyobrażam sobie jak to wszystko musi wyglądać zalane masowym turyzmem, natomiast ten problem nam przez co najmniej kilka miesięcy nie grozi. Małe uliczki na półwyspie całkowicie wyludnione, podczas wieczornych spacerów spotykam głównie koty. Restauracje pogrążone w lekkim letargu, choć wciąż otwarte. Mam swoje ulubione miejsce na nieco bardziej wyrafinowane jedzenie – Le Calao i raz, dwa razy, na tydzień testuję różne lokalne potrawy. Niektóre, jak Som Paa, czyli ryba gotowana na parze w bananowych liściach, absolutnie rewelacyjne. Zresztą bardzo mi pasuje lokalna kuchnia, z masą ryb i warzyw – muszę tylko uważać na papryczki, które lokalsi jedzą garściami, z ziarenkami włącznie – ja jednak powinienem sobie tę przyjemność dawkować. Miasto jest przepięknie położone na półwyspie między dwiema rzekami (dużą – Mekongiem i małą – Nam Khan) i otoczone wzgórzami, więc praktycznie z każdego miejsca ma się to poczucie przestrzeni, której nie ma na nizinach. Poza tym znalazłem lokalną siłownię, gdzie spędzam do drugie przedpołudnie i powoli doprowadzam organizm do formy. Co prawda jazda na terenowym motorze to dobrze ćwiczenie siłowe, ale nie zastąpi aerobów ani rozciągania, które parę miesięcy temu porzuciłem. Dwa kroki od domu otworzyła mi się urocza kawiarnia – Comma Coffee. Wystarczy przemknąć się między kwaterami mnichów Wat Aphay, przejść przez małą furtkę i voila, mamy w pełni hipsterskie doświadczenie kawiarniane. Zasadniczo jest więc fajnie, mam teraz, w sumie przyjemną rozterkę – czy planować dłuższy pobyt w Laosie (w sensie kolejne parę lat), czy ciągnąć plany szwajcarskie. Najchętniej połączyłbym jedno z drugim, pół roku LA, pół roku CH, ale znając konserwatywne podejście Szwajcarów do pracy, jeśli mam poważnie myśleć o statusie rezydenta i – z czasem – paszporcie, raczej będę musiał wybierać. Mam tylko nadzieję, że zła karma mnie nie dopadnie i nie skończę na dłużej w PL, bo to byłoby trudne do wytrzymania. [...]
rok w Azji / kapitan Miro (być może).
rok w Azji / kapitan Miro (być może).miro25/11/2020miscTrudno w to uwierzyć, ale kilka dni temu minął mi rok w Azji. Dzięki zarazie praktycznie bez przerw, jeśli nie liczyć krótkiej wycieczki do UK na warsztaty pracowe pod koniec stycznia. I wszystko wskazuje na to, że zostanę tu co najmniej kolejne pół roku, najpewniej dłużej. W ramach świętowania rozmaitych rocznic być może porwę się w najbliższych dniach na absolutnie szalony krok i zostanę współwłaścicielem jednej z płaskodennych łodzi, co to pływają po Mekongu. Znowuż, dzięki zarazie, 50% udziału w łodzi kosztuje tyle, co średniej klasy rower i powinno się zwrócić w miesiąc albo dwa, gdy już powrócą tu hordy turystów. Jak by to powiedział Arthur Daley z klasycznego serialu Minder – “a nice little earner”, LOL. Co prawda bardziej mam w głowie samotne wyprawy łodzią w górę i w dół rzeki, niż budowę turystycznego imperium, ale warto łączyć przyjemne z pożytecznym. A jeśli łódź zatonie po miesiącu albo okaże się, że moja biznesowa partnerka porwała okręt i uciekła do Kambodży, trudno, bankructwo mi nie grozi. Jednostka prezentuje się następująco: Jutro jadę do Pak Ou oglądać i testować. [...]
2020-11-16.
2020-11-16.miro16/11/2020Laos - Luang PrabangZnowu nie chce mi się pisać, głównie dlatego, że życie w LPB jest niezwykle wygodne, co sprzyja ogólnemu wyciszeniu i, niestety, też pewnemu rozleniwieniu. Ale, żeby nie było, regularnie eksploruję okolice na Potworze – “odkrywamy” miejsca, których nie ma na mapach (i to takich nieco lepszych mapach, nie kaprawych google mapsach), przeprawiamy się przez góry i rzeki (moje ulubione zajęcie) oraz regularnie straszymy lokalsów. Nie wiedzieć czemu, ubrany na czarno farang na dużym czerwonym motorze, który znienacka pojawia się w zagubionej we wzgórzach wiosce, wywołuje u części ludności lekki niepokój – może boją się, że wiozę im wirusa. Honda sprawuje się nader dobrze (odpukać) i praca włożona latem w regenerację silnika daje owoce. W tym roku zrobiliśmy już 3,5k km, co może nie jest wynikiem oszałamiającym, ale jeśli dodać do tego 4k na CRFce w Tajlandii i pewnie z 1k na mniejszych dwukołowcach, to rok do roku zbliżam się do 10k. Jak na pierwszy rok regularnej jady – OK. Plus nawet nie tyle chodzi o kilometry, co o sumę doświadczeń, która stopniowo pęcznieje. Gdy przypomnę sobie siebie z grudnia zeszłego roku, kiedy robiłem pierwsze kilometry na CRFce, to mogę z czystym sumieniem powiedzieć, że progres jest znaczny. Oczywiście sky is the limit i mam nadzieję, że przede mną jeszcze dziesiątki lat nauki (i dziesiątki motorów). Przeprawy przez brody, o których wspomniałem wyżej, to na tak wysokim motorze niesamowita przyjemność. Tydzień temu – dwukrotnie – przejechałem przez rzekę, która miała z 60 cm głębokości. Motor powinien wytrzymać jeszcze ze 20 cm, potem woda zacznie wlewać się do wydechu (chyba, że wcześniej puszczą uszczelki) i zaczną się problemy. Zaczyna mi poważnie brakować wysokich butów do enduro, bo to, w czym teraz jeżdżę, to marny substytut. Poza tym sporą część poprzedniego tygodnia i ostatni weekend musiałem spisać na straty, bo koszmarnie zatrułem się larb, czyli siekaną rybą, lokalnym przysmakiem, którym nakarmiła mnie przyjaciółka. W czwartek byłem w w takim stanie, że w środku dnia, trzęsąc się z wyczerpania, wlazłem pod kołdrę i spałem przez większość dnia. W piątek było nieco lepiej, ale bakcyle dalej nie odpuszczały. Nie wiedzieć czemu – chyba z wyczerpania nie do końca kontaktowałem – dopiero w sobotę powlokłem się do apteki po ciprofloxacin, antybiotyk, który z powodzeniem stosowałem w takich sytuacjach w Birmie i Nepalu. Wystarczyło kilka h, żeby sprawy wróciły do normy – fakt, że ostatnio ciągle jestem w zasięgu apteki (a nawet szpitala), powoduje, że niespecjalnie dbam o wyposażenie podróżnej apteczki, co zasadniczo jest błędem. Dzisiaj postanowiłem nieco nadrobić stracony weekend i przed południem zrobiłem 70 km pętle polnymi drogami. W pewnej wiosce trafiłem na niemal całkowicie wyludnioną przystań z małymi promami i na drugą stronę Mekongu przeprawił mnie i Potwora na oko 12-letni chłopak. Mimo młodego wieku z promem radził sobie znakomicie i dopłynęliśmy w jednym kawałku. Cały prom do naszej dyspozycji, jak widać na załączonym obrazku. Koszt przeprawy – 1 USD. [...]
2020-11-01.
2020-11-01.miro01/11/2020Laos - Luang PrabangDzisiaj nieco szalony dzień, jako że o 1200 miałem samolot, a dwie godziny wcześniej oddawałem dom landlady. Nieco stresujące, ale wszystko poszło super gładko. Najwyraźniej jeśli dom stoi i nie sprawia wrażenia jak by miał się za chwile zawalić, to jest to stan w zupełności wystarczający do tego by zakończyć najem. Potem Loca na lotnisko i 2h oczekiwania na lot. Jak zwykle z dużym zapasem czasu, co na większych lotniskach nie jest problemem, bo można się zaszyć w saloniku, natomiast tutaj nie bardzo jest co robić. W LP z lotniska odebrała mnie Anong – landlady i nowa przyjaciółka, z którą spędzam masę czasu ostatnio, głównie będąc karmiony rozmaitymi lokalnymi potrawami. W domu czekały już pudła i motory. Lokalny zwyczaj jest taki, że motory na noc wprowadza się do środka, więc moje nowe lokum wygląda trochę jak hipsterski loft z filmu z lat 80-tych. Teraz kilka dni wyciszenia, bo ostatni tydzień był mocno stresujący. A jak już dojdę do siebie, pogonię Czerwonego Potwora w pobliskie wzgórza. [...]
2020-10-31.
2020-10-31.miro31/10/2020Laos - VientianeTygodniami nic nie pisałem, jako że na początku października tydzień siedziałem w LP, potem tydzień odpoczywałem po motocyklowych eskapadach, następnie przez tydzień padało, a pod koniec miesiąca miałem na głowie planowanie przeprowadzki do LP. Ale wszystko się udało, dzisiaj zapakowałem do ciężarówki motory i kilka pudeł, a jutro rano lecę do nowego domu – gdzie, mam nadzieję, motory będą już na mnie czekać. Trochę to było stresujące, bo siedziałem w Wientianie prawie 9 miesięcy, nieco oswoiłem już dom i zdecydowanie oswoiłem miasto. Ale zarówno położenie Luang Prabang (w jakieś 15 minut można się dostać w dosyć dzikie tereny, w godzinę – w bardzo dzikie) jak i pewne zmęczenie ciągłym siedzeniem w jednym miejscu (niestety, plany weekendowych shoppingów w Singapurze, czy rozpasanych sesji onsenów i sushi w Bangkoku musiałem odłożyć na półkę ze względu na szalejącą zarazę) dosyć mocno stymulowały mnie do zmian. Teraz najpewniej kilka miesięcy wakacji do wiosny, bo pracowałem non-stop prawie rok, skończyłem właśnie kolejny projekt dla szwajcarskich farmaceutów i niespecjalnie chce mi się cokolwiek robić zawodowo. A na wiosnę będę musiał podjąć poważną decyzję – czy zostaję w regionie przez kolejny rok, czy wracam do Europy. Mam wstępnie zaklepany projekt w Zurychu, a relokacja do Szwajcarii chodzi mi po głowie od lat, pytanie tylko, czy to już ten moment, czy jeszcze poczekać kilka lat. Bo jednak permanentna relokacja do CH może oznaczać kilka lat bez większych podróży i ogólne przestawienie się na bardziej stacjonarny tryb życia – przynajmniej do czasu gdy nie kupię tam mieszkania. Jednak własna nieruchomość całkowicie zmienia perspektywy i daje o wiele większą swobodę działania. Poniżej smutny obrazek przeprowadzkowy. W sumie mógłbym mieć 5 motocykli. ;-) [...]
Film – wioska nad Mekongiem.
Film – wioska nad Mekongiem.miro10/10/2020miscKrótki film z typowej laotańskiej wioski nad Mekongiem. Po drugiej stronie rzeki mamy Luang Prabang, którego co prawda na filmie nie widać. W dalszej części widać suszące się na słońcu na bambusowych matach wodorosty z Mekongu (vide: obrazek), które potem smaży się – uchodzą za lokalny smakołyk. [...]
Pierwszy film od miesięcy.
Pierwszy film od miesięcy.miro07/10/2020miscJako że po ostatnich dwóch dniach jazdy w terenie byłem nieco obolały, zrobiłem dzisiaj dzień restowy, uporządkowałem nieco YK (mamy teraz nowy dział z najnowszymi postami ze wszystkich kategorii) i zmontowałem pierwszy od dawna film. Przyszły nowy dom wyraźnie mi służy, dobrze się tu pracuje. Film z czasem trafi do relacji, ale tymczasem wrzucam go tutaj. Laos jest zasadniczo piękny. Muszę zacząć czytać o górskich narodach – Hmong – których jest kilkadziesiąt, i których przedstawicieli co i raz spotykam na swoich eskapadach. A że zdarza mi się już docierać w miejsca, gdzie drogi się kończą i zaczynają dzikie ścieżki prowadzące do odległych wiosek, taki background na pewno mi nie zaszkodzi. [...]
Pierwsze kroki w Luang Prabang.
Pierwsze kroki w Luang Prabang.miro04/10/2020miscBędzie z tego nowa kategoria i wiele miesięcy relacji (z całą pewnością codziennych), ale tak w ramach wzmianki niezobowiązująco wspomnę, że przenoszę do Luang Prabang, starej i niezwykle wyrafinowanej stolicy Laosu. Znalazłem piękny dom na gruntach jednej z pomniejszych świątyń. Świątynka jest bardzo cicha i na uboczu, mnisi spokojni, wieczorami tylko czantują, co już wkrótce będziemy robić razem. Zasadniczo zapowiada się fascynująca zima. Jest też szansa, że trumpiak wyzionie ducha. I to na kowidka. Byłby to niezaprzeczalny, absolutnie niepodważalny dowód na to, że karma to dziwka (w jak najbardziej pozytywnym sensie). Go, Covid, go, go go! [...]
2020-09-27.
2020-09-27.miro27/09/2020Laos - VientianeJako że na ostatni weekend planowane były tajfuny, motory grzecznie spały na ganku. Co prawda okazało się, że Wientian nie został specjalnie (de facto w ogóle) dotknięty esktremalną pogodą – w odróżnieniu od południa – ale do końca nie było wiadomo jak to się skończy. Natomiast ten weekend chyba już można zaliczyć do tropikalnej jesieni/zimy, gdy temperatury schodzą nieco poniżej 30C, jest pogodnie i zasadniczo uroczo. Październik będzie miesiącem przejściowym, ale już od listopada mamy pełnię sezonu – tym razem szczęśliwie bez turystów. Znaczy się, szczęśliwie dla mnie, bo dla Laosu tak umiarkowanie. No, ale pognałem dzisiaj potwora na zachód, w stronę miejscowości Xanamhkan. Początkowo miałem nawet plan, żeby tam zostać na noc i wrócić jutro rano, ale ostatecznie zrobiłem jedynie 150km pętlę. Bardzo urocza jest to trasa, praktycznie cały czas wzdłuż Mekongu, a po wyjeździe z Wietnianu ruch się uspokaja i miejscami robi się całkowicie sielankowo. Odkryłem też bardzo fajną drogę przez wzgórza na zachód od VTE – alternatywną drogę do miejscowości Thalat nad zalewem Nam Ngum. Po powrocie z Luang Prabang zrobię tamtędy dwudniową pętlę. Zima, o ile tylko motor nie umrze ze starości, zapowiada się super ciekawie. Aha, i informuję, że Formuła 1 jest passe: https://www.facebook.com/1460317980879570/videos/2081375815327758/ [...]
2020-09-18.
2020-09-18.miro18/09/2020Laos - VientianeNad Wientian nadciąga tajfun Noul-20 (być może skończy się na burzy tropikalnej, ale na razie nie wiemy). Cały region w oczekiwaniu, w południowej Tajlandii mobilizacja rozmaitych służb, otwierane są tamy, żeby zrobić w zbiornikach miejsce na cały ten deszcz. Więcej info na stronie GDACS. Wygląda na to, że zacznie się gdzieś w środku dzisiejszej nocy i przez kolejne dwa dni będzie bardzo mokro. Nie wiem, czy to zbieg okoliczności, czy już wpływ tajfunu, ale już wczoraj w nocy bardzo konkretnie padało, a piątek jest bardzo jesienny, z nieustającą mżawką. Tradycyjnie będziemy mieli lokalne podtopienia, przerwy w dostawie prądu, małe rzeczki na ulicach i sporo błota. Wiatr połamie pewnie trochę drzew, które z kolei pozrywają przewody elektryczne, co wydłuży czas bez prądu. To oznacza także zero eskapad motocyklowych w weekend. A szkoda, bo mam masę podróżnej energii – za dwa tygodnie lecę na rekonesans do Luang Prabang. Znalazłem lokalną linię – Lao Skyway – która lata po kraju za bardzo rozsądne pieniądze i postanowiłem odpuścić sobie przejazd motorem przez pół kraju. Po raz pierwszy od niemal 8 miesięcy wsiądę do samolotu – tak długa przerwa nie zdarzyła mi się od dawna. Idę zabijać okna dyktą i przywiązywać motory do palm. W Pakse, na południu, już się zaczęło: https://www.facebook.com/1115859858459975/videos/971757973287920/ [...]
Dziesięciolecie!
Dziesięciolecie!miro15/09/2020miscOtóż tak, wychodzi na to, że gdzieś teraz mija nam niezwykle ważna rocznica. Gdzieś teraz, bo nie pamiętam dokładnie, kiedy powstał blog, część notatek przepisałem z wersji papierowych jakiś czas po ich spisaniu, ale generalnie idea dokumentowania moich skromnych podróży przyszła mi do głowy gdzieś we wrześniu 2010, gdy to wybrałem się na trzymiesięczną wędrówkę po Himalajach Nepalu. Bardzo dziękuję za te 10 lat i chciałbym wszystkim wiernym czytelniczkom i czytelnikom zadedykować poniższy utwór. [...]
2020-09-14.
2020-09-14.miro14/09/2020Laos - VientianeJako że czerwony potwór w pełni sił (No, prawie, olej wciąż cieknie z niej jak z kambodżańskiej dziwki, ale przestałem się tym przejmować – kupiłem stuptuty, żeby mi nie brudziła spodni. Om.), kolejny weekend w drodze. Ostatni weekend było tak testowo tylko, do podwientiańskiej miejscowości Tha Ngon, ale ten weekend już kawałek dalej, nad zalew Nam Ngum. Zrobiłem nawet ze dwa zdjęcia i nagrałem parę filmów, które pewnie obrobię za dziesięć lat. Zalew Nam Ngum jest naprawdę uroczy – przypomina nieco zalew Kaptai we wschodnim Bangladeszu, gdzie rozbijałem się w roku 2014. Jako że zalane zostało kilka dolin, w środku zalewu mamy mniejsze i większe wyspy (na tych największych żyje ca. 500 osób) i mniej lub bardziej regularną komunikację między poszczególnymi punktami na wybrzeżu a wyspami. Miałem nawet taki genialny pomysł, żeby zapakować motor na łódź, kazać się przewieźć na drugą stronę i zrobić uroczą pętlę wodno-drogową wokół zalewu. Niestety łodzie tutaj mają charakter bardziej imprezowy – zabierają na pokład grupę, którą następnie karmią i poją podczas niewielkiej przybrzeżnej pętli. Nuda, zasadniczo. Rzecz jasna, jak to w Laosie, łodzi mamy zdecydowaną nadpodaż i każda stara się grać możliwie głośną muzykę, więc idyllyczny zakątek zamienia się w lekki koszmarek. Ale taka laotańska natura – towarzystwo tutaj lubi imprezować i nie wyobraża sobie imprezowania bez bardzo złej i bardzo głośnej muzyki. I często – buddowie, miejcie mnie w opiece – karaoke. Teraz, gdy patrzę na te zdjęcia, żałuję, że tak straszliwie się leniłem – światło było doskonałe, a zalew wygląda znacznie (znacznie!) lepiej z miejsc położonych nieco wyżej… No nic. Na jednej z takich łodzi zjadłem rybę i ryż, zaprzyjaźniłem się z anglojęzyczną menedżerką, która wyraźnie miała ochotę mnie tam zatrzymać na sesję piwną (ale byłem motongiem, więc nie, mimo coraz większej ciekawości do niezwykle uroczych lokalek), po czym wróciłem do swojego nadrzecznego motelu, gdzie byłem sam, a z muzyki miałem do dyspozycji jedynie gekony i cykady. Nie wiem, co mnie tknęło, ale zdecydowałem się wracać inną drogą, niż przyjechałem. To znaczy drogą krajową 13, zamiast dziesiątki… Ja pierdolę. Narzekałem już na drogę #13 przy okazji wyprawy do Thakhek, ale deszcze zrobiły swoje i teraz co i raz mamy odcinki terenowe, tysiące dziur, błotne osuwiska, roboty drogowe, zwężenia, rozchwierutane mosty, chmury kurzu i – rzecz jasna – masy wszelkich pojazdów, w tym głównie ciężkiej maszynerii. Do tego okazjonalne dzikie deszcze, ale nic to – nasze peleryny są pewne. Na powrót nie przypiąłem kamerki, bo uznałem, że to będzie formalność, ale postaram się nagrać to doświadczenie w przyszły weekend albo za dwa tygodnie. I to będzie pewien przyczynek do analizy upadku cywilizowanego zachowania na drodze… Generalnie zaczyna się z pewnym poszanowaniem dla zasad ruchu drogowego, ale to szybko przechodzi, bo ile można wlec się 25 kmh w chmurze toksycznego kurzu. Do tego XRce dziury, ani rodzaj nawierzchni specjalnie nie robią różnicy, więc po 10 km przestaje mieć znaczenie, czy wyprzedzamy z lewej, czy prawej – po błotnisto-żwirowych dziurach – czy jedziemy po asfalcie, czy po odcinku, który wszyscy samochodziarze pieczołowicie omijają, czy wyprzedzamy na trzeciego, czy na czwartego. Cysterna z prawej a z przodu rozpędzony potwór, co waży z milion ton? Nic to. Jeśli mamy z metr wolnego, to, doprawdy, nie powinniśmy oczekiwać niczego (niczego!) więcej. Profil Hondy pozwala łatwo wstawać na podnóżkach, więc tam gdzie wszyscy zwalniają, odkręcamy manetkę i szybujemy nad wertepami. I cały ten burdel szybko przestaje to robić na nas jakiekolwiek wrażenie. Trochę to niepokojące, ale z drugiej strony to jest tak jak w Nepalu, gdzie w ogólnym chaosie drogowym wykształca się pewna przewidywalność i porządek. Trzeba tylko oduczyć się cywilizowanej jazdy. Gdy za parę lat wreszcie osiądę gdzieś w Szwajcarii, Austrii, czy Południowych Niemczech, prawdopodobnie stracę fortunę na mandatach. [...]
2020-09-11.
2020-09-11.miro11/09/2020Laos - VientianeMonsun wrócił i nie bierze ofiar! Dzisiaj w nocy i nad ranem spadł na miasto chyba z metr deszczu. Rano dramatycznie zimno, chyba ledwo ponad 20C i obrazki jak tutaj. I jakie głosy pojawiły się online? Że trzeba budować systemy odprowadzania wody. Nie tereny zielone, drogi o porowatej powierzchni, która by pozwalała wodzie wsiąkać, nie lokalne zbiorniki retencyjne, ale kanały, burzowce i tak dalej. Miasto coraz bardziej zabetonowane, a towarzystwo dziwi się, że mamy lokalne podtopienia. No nic, ludzie są głupi i wkrótce wyginą. Zrobiłem wreszcie zdjęcie pomniejszemu demonowi prędkości: Nie spodziewałem się, że ten malutki motor będzie dawał mi tyle radości. Poza tym w pewnym momencie wkurzyłem się na morwy, bo schły im liście i nie rosły. Przestałem podlewać, dwie przesadziłem do ogrodu i zostawiłem w cholerę. Kilka tygodni później wysyp nowych liści, morwy pną się w górę, a jedna z nich nawet ma pierwsze owoce. Czyli jednak, z morwą nie należy się pie…ścić. A na jednej z morw doniczkowych zrobiły sobie gniazdo lokalne osy. Brakuje mi trochę obiektywu makro… Ale ceny tak luksusowych przedmiotów jak obiektywy są tutaj absolutnie barbarzyńskie, więc będę musiał poczekać na wizytę w PL. [...]
2020-09-09.
2020-09-09.miro09/09/2020Laos - VientianeNo i tak. Szkolny rok się zaczął, dzieci (nie moje, co prawda, bo ja nie cierpię bachorów i żadnej absolutnie progenitury się nie dorobiłem) wróciły do szkoły, a do mnie, po kilku tygodniach czekania w warsztacie na różne części z Aliexpress, wrócił duży motor. I jestem super szczęśliwy, że zdecydowałem się na małą regenerację silnika (nowy tłok, pierścienie i różne uszczelki), bowiem czerwony potwór (2.0) jest wreszcie godzien tego miana. Ryczy jak smok, rwie się do przodu, nie dymi, pracuje równo jak nigdy. Przy okazji masę nauczyłem się na temat silników i ogólnej budowy motocykla. Ponieważ czerwony potwór ma teraz młodszą siostrę, rozłąka nie była tak dotkliwa. W głowie wykiełkował mi ostatnio szalony plan i za niecałe dwa miesiące wyprowadzam się z Wientianu. Do Luang Prabang. Na razie na trzy miesiące. Znalazłem sobie (wstępnie) uroczą willę za bardzo rozsądne pieniądze, na początku października pojadę potworem na rozeznanie i, najpewniej, podpisanie umów. A na początku listopada zapakuję motory i swój dosyć skromny dobytek do ciężarówki i dokonam oficjalnych przenosin do dawnej stolicy Laosu. W Wientianie siedzę już 8 miesiąc, a do tego na jesień i zimę zaplanowałem sobie motocyklowe eksploracje północnego Laosu. Z LP jest to o wiele łatwiejsze, bo to de facto północna stolica Laosu. Poza tym perła architektury i nieco pułapka na turystów, ale dzięki kowidkowi turystów raczej w tym roku nie uświadczymy. Poza tym trochę rwę się już w interior. Mam zaplanowanych kilka wycieczek, ale pora deszczowa raz po raz krzyżuje mi plany. Od października wszystko zacznie schnąć i będzie dużo łatwiej. Bo teraz na drogach takie obrazki: https://www.facebook.com/pakaad/videos/765804400888166/ [...]
2020-08-29.
2020-08-29.miro29/08/2020Laos - VientianeNajwiększe deszcze mamy chyba za sobą. Zaczyna się nawet robić ciepło – to znaczy skończyły się mrozy w rejonie 25° C i nieśmiało wychodzimy poza 33° C. W mieście chyba daje się wyczuć pewne zniechęcenie – wiadomo już, że jesienno-zimowy sezon turystyczny z bardzo dużym prawdopodobieństwem nie wypali. Zamyka się coraz więcej lokali. W okolicy coraz więcej pustych domów do wynajęcia. Dzisiaj wyprowadzili się sąsiedzi z przeciwka. Bardzo ubodzy Laotańczycy, którzy żyli z dorywczych prac, sortowania śmieci etc. Zawsze bardzo byli dla mnie mili, więc będzie mi ich nieco brakowało, szczególnie, że uliczka praktycznie wymrze. Na 11 domów mamy 5 pustych i jeden zamieszkany jedynie tymczasowo, przez rodzinę farangów, która bywa tu z rzadka. Ich psami (i kozą) opiekuje się mae baan, czyli taka lokalna gospodyni zarządzająca domem. Wybrałem się dzisiaj na swój standardowy spacer nad rzeką. Nie wiedzieć czemu aparat dzisiaj nie napełniał mnie skrajnym obrzydzeniem, więc zrobiłem kilka zdjęć. [...]
2020-08-26.
2020-08-26.miro26/08/2020Laos - VientianeDeszcze odpuściły na kilka dni, i całe szczęście, bo zacząłem łapać monsunowego bluesa. Nie da się nigdzie polecieć (ani tym bardziej pojechać, bo błoto po pas i ciągle pada), miasto mokre i ciągle pada, wszystko wilgotne, lepkie i ciągle pada, nic tylko siedzieć w domu i oglądać seriale. Do tego w pracy sezon wakacyjny i nic się nie dzieje. Doprawdy. No, ale dzisiaj rano, korzystając ze słonecznej pogody, zajrzał do mnie lokalny robotnik z kosiarką. Pokazałem mu ogród (de facto pokazałem mu rozbuchaną, nie tkniętą od 3 miesięcy dżunglę, do której bał się wejść nawet w kaloszach, bo mam wokół domu totalne jaszczurowisko – chłop myślał, że to węże) i powiedziałem – działaj. Długo się zastanawiał, drapał po głowie, w końcu podjął się zadania za ok. 20 USD. Pewnie nieco przepłaciłem, ale z drugiej strony roboty była masa, a kilka USD ponad normę to dla mnie nic, a sytuacja na laotańskim rynku pracy nie jest zbyt różowa. Po jakimś czasie zaniosłem mu do ogrodu dzbanek z wodą i szklankę – podziękował, ale coś tak mało entuzjastycznie. Jakiś czas potem poprosił o zaliczkę na benzynę do kosiarki. Okazało się, że zakupił też benzynę dla siebie – kilka puszek Beerlao, które następnie w pełnym słońcu konsumował w przerwach od koszenia (jednak pewne rzeczy są absolutnie uniwersalne). W pewnym momencie się przewrócił, stłukł kolano na jakimś kamieniu, a następnie próbował wydębić dodatkowe 50k LAK (ok. 5 USD) na wizytę w szpitalu, LOL. Nie zgodziłem się, ale posmarowałem mu kolano maścią antybiotykową i zakleiłem plastrem. Nie, żeby to w jakikolwiek sposób pomogło, ale nikt mi teraz nie powie, że nie dbam o pracowników, ha ha. Jako że jutro ciąg dalszy robót – grabienie (!) i wycinanie suchych liści z bananowców – cały sprzęt został u mnie na ganku. Spędziłem więc popołudnie szalejąc z maczetą i wycinając różne chwasty, które przez ostatnie miesiące zamieniły się w małe drzewa. Poza tym mam drugi motor. Lokalnego klona Hondy Grom: motor malutki, super zwrotny i zasadniczo mega słodki. I kupiłem go praktycznie nowy za bardzo dobrą ceną – od starszego expaty, Niemca (poważnie), który zaraz po zakupie zdecydował się na skuter elektryczny, więc Groma zaparkował, przykrył plandeką i zapomniał o nim na kilka miesięcy. Zrobię maszynie kilka zdjęć gdy wróci od mechanika – nowy motor trzeba nasmarować i wyregulować, do tego ma elektroniczny limiter obrotów i nie rozpędza się tak, jak bym chciał. Jest szansa, że mechanik usunie limiter i będę miał małego potworka. Plus taki mały motor można za niewielkie pieniądze modyfikować, więc mam już w głowie cały szereg koncepcji. Notabene, lokalne klony Hondy robi firma Kolao. Jest to joint venture koreańsko-latotański, który robi całkiem niezłe małe motory i skutery za bardzo przystępną ceną. Plus mają bardzo dobry serwis. I fascynujące promocje – ostatnio na 20-lecie była promocja buy one, get one free. Niestety nie załapałem się, bo to było chwilkę przed moim zakorzenieniem w Laosie. [...]
2020-08-16.
2020-08-16.miro16/08/2020Laos - VientianeJesień, o której pisałem w poprzednim poście okazała się wcale nie taka przejściowa. Sierpień to szczyt pory deszczowej tutaj, najbardziej mokry miesiąc w roku. Czerwiec i lipiec, które zwyczajowo też są mokre, w tym roku były całkiem pogodne, co uśpiło moją czujność. Tymczasem monsun czaił się gdzieś w tle i ostatecznie się rozszalał. Mekong przybiera więc z każdym dniem, w północnych prowincjach mamy powodzie i obrazki jaki niżej: https://www.facebook.com/laotiantimes/videos/pcb.3297298616982744/2642787172662982 Dzisiaj poszedłem nawet na deszczowy spacer nad rzeką – Wientianowi powódź na razie nie grozi. Kilka dni temu rocznica – pół roku w Laosie, non-stop. Bardzo udane pół roku, jeśli nie liczyć paru drobnych spraw, które co prawda można zaliczyć do przygód albo kolorytu lokalnego. Totalnie oswoiłem się z domem, na lokalnym bazarze jestem już postacią znaną i powszechnie szanowaną. ;-) Mam swoje ulubione panie straganiarki, od których co kilka dni kupuję torby świeżych warzyw, grzyby, przyprawy, różne suszone rzeczy, owoce… Gotując samemu i jedząc głównie roślinnie, wydaję na jedzenie jakieś 15-20 USD tygodniowo, co jest bardzo przyjazną kwotą. Nie rozumiem expatów narzekających na drogi Laos. ;-) Za zachodnią granicą coraz ciekawiej. Studenckie protesty przybierają na sile, bardzo się boję, że może się to skończyć kolejną masakrą – Tajlandia ma kilka takich niechlubnych epizodów w swojej współczesnej historii. Poza tym coraz większy kryzys, przemysł turystyczny w totalnej zapaści, lokalna biurokracja nie ma zielonego pojęcia jak podejść do sprawy i wymyśla coraz to genialniejsze sposoby na zachęcenie turystów do przyjazdu. Na przykład: przylot do BKK, ale tylko Thai Airways (która to linia właśnie bankrutuje i od lat jest bardzo mało konkurencyjna cenowo), test na kowidka, przelot na izolowaną od świata wyspę Koh Samui bez wychodzenia z lotniska, kolejny test, 14 dni kwarantanny w hotelu i wreszcie łaskawe wypuszczenie delikwenta na wolność, ale tylko ze specjalną opaską na ręku. Urlop marzenie! Do tego za kwarantannę w hotelu należy zapłacić z własnej kieszeni, ok. 5000 złotych. Już widzę te hordy walące drzwiami i oknami… Ostatni kwartał br. będzie dla Tajlandii bardzo bolesny. Za to w Laosie to pojawiają się pomysły na otwarcie granic z Wietnamem. Co prawda na razie trzeba opanować kowidka w Da Nang, ale jeżeli to się uda, jest szansa na lokalny travel bubble. Nie ukrywam, że tydzień-dwa w Sajgonie albo Hanoi dobrze by mi zrobiły. Poza tym jesień zapowiada się super. Najchłodniejszy okres w roku, wstępnie zaplanowałem już jakieś 5 tygodni urlopu, w zależności od poziomu motywacji być może uda mi się zrobić spokojny objazd dzikiego północnego Laosu na motongu. [...]
2020-08-03.
2020-08-03.miro03/08/2020Laos - VientianeW Wientianie zaczęła się jesień – przejściowa co prawda. Burza tropikalna Sinlaku zrzuciła na miasto hektolitry wody. Przed prawie dwa dni padało non-stop. Uliczka przed domem zamieniła się w strumień, uaktywniły się setki żab, rano znalazłem nawet pod drzwiami małą, czarno-żółtą ropuszkę. Poza tym Laos zamknął się na kolejny miesiąc, co w pełni popieram. Nie dość, że nie chce mi się stąd wyjeżdżać, to jeszcze mam wymówkę, żeby tego nie zrobić. Co nie zmienia faktu, że gdzieś na horyzoncie czeka mnie krótka wizyta w PL, bo nie było mnie na miejscu już prawie 9 miesięcy i mam do załatwienia szereg spraw. Pisałem wielokrotnie, że jestem wielkim, oddanym fanem ryżowarów. Ryżowar to pierwsza rzecz, jaką kupuję przeprowadziwszy się do nowego miejsca w Azji, rzecz, która przez lata oszczędziła mi małą fortunę i pewnie kilka tygodni czasu. Promuję ryżowary gdzie tylko się da i z totalną pobłażliwością patrzę na wiejskich głupków, co to wciąż gotują ryż w rondlach. Dla mnie to oczywiste. Ale, wygląda na to, że nie dla każdego – ostatnio w internetach wiralny filmik, gdzie komik Nigel Ng, znany jako Uncle Roger, krytykuje sposób przygotowania ryżu smażonego z jajkiem przez kucharkę BBC. No i ja się z tym totalnie zgadzam! I jestem trochę dumny z faktu, że od lat gotuję ryż w tak koszerny sposób. Tutaj ciekawy artykuł o tym jak powstawały ryżowary. Dowiedziałem się z niego między innymi, że całą rewolucję zapoczątkowała firma Toshiba. To jest dobra wiadomość, bo gdy po przyjeździe do Laosu kupowałem ryżowar, wpadła mi w oko właśnie obła, biała Toshiba, która służy mi do dzisiaj, min. dwa razy dziennie. Z artykułu dowiedziałem się też, że moje jednogarnkowe mieszanki ryżu z warzywami, przyprawami i grzybami (i czasem także mlekiem kokosowym – polecam), które regularnie robię w ryżowarze w Japonii znane są od dawna i nazywają się takikomi gohan. Bardzo chciałbym na jakiś etapie życia pomieszkać rok-dwa w Japonii. Tylko jeszcze na razie nie wiem jak do tego podejść. Poza tym motocykl przechodzi małą metamorfozę, ale o tym napiszę za jakiś czas. A za zachodnią granicą uaktywniają się ruchy studenckie – przeciw juncie, a nawet przeciw monarchii. To w Tajlandii zdarza się cyklicznie, tym razem dodatkowo katalizowane sytuacją post-kowidkową. Osobiście bardzo, ale bardzo chciałbym zobaczyć tranzycję (znając współczesną historię TH, zapewne tymczasową) Tajlandii w demokrację i upadek monarchii. [...]
2020-07-23.
2020-07-23.miro23/07/2020Laos - VientianeZasadniczo na wschodzie bez zmian. Laos cały czas zamknięty. Wyjechać się co prawda da, choć nie jest to łatwe, ale powrót to już zupełnie inna sprawa. Ergo, nie ruszam się stąd, bo to dobre miejsce jest – na pewno lepsze od tego faszystowskiego ścieku znanego jako RP. Poza tym patrząc na to, co dzieje się z naszym wesołym wirusiakiem w US na przykład, kolejne kilka miesięcy w laotańskiej izolacji brzmi naprawdę dobrze. Założyłem na FB grupę motocyklową dedykowaną Hondzie XR i każdego dnia uczę się nowych rzeczy, do czego bardzo motywuje rola admina grupy. Zacząłem też samodzielnie zmieniać olej w Czerwonym Potworze 2.0 i robić różne małe czynności maintenance’owe. Mam już cały worek nowych części, czekam na nowe i regularnie buszuję po aliexpresie polując na kolejne. Zaczyna mi brakować porządnego zestawu narzędzi i podnośnika pod motor. Poza tym Laos, jak to Laos. Słuchamy jak rośnie ryż i niespecjalnie martwi nas cokolwiek. Przywykam do tego stanu rzeczy i coraz mi z nim lepiej. W świątynkach nad Mekongiem pod wieczór czantują mnisi na odosobnieniu monsunowym i czasem chodzę ich posłuchać. Nie mam wątpliwości, że sooner or later i mnie to czeka, ale to jeszcze nie ten moment. [...]
2020-07-07.
2020-07-07.miro07/07/2020Laos - VientianeMoja aktywność kronikarska wyraźnie wskazuje na to, że tryb bawoła w błocie mi się spodobał. Monsun w pełni, nie za gorąco, ani nie za zimno. Pada, ale wyjątkowo skromnie jak na tę porę roku. Ogród zarasta, od morw wręcz bije dzika energia, wypuszczają nowe gałązki, zaczynają bifurkować. Mój nowy projekt pt. ściana bluszczu zyskał solidną podstawę, bowiem kawałki bluszczu, które wsadziłem do przeciętej na pół plastikowej butelki, uszczelniłem papierowymi ręcznikami i zalałem wodą, zaczęły wypuszczać korzenie. Znaczy się, ja wiedziałem, że tak będzie, ale laotańskie towarzystwo było bardzo sceptycznie nastawione do rośliny w wodzie. Uciąć, wsadzić do ziemi, zapomnieć – taka jest lokalna filozofia – bawienie się w etapy pośrednie to strata czasu. Poza tym w ogrodzie wyrosły mi bardzo ładne rośliny o wielkich mięsistych liściach. Zamierzam je wykopać i przemigrować do donic, tak, żeby mieć masę zieleni na rozmaitych tarasach. Do tego kwitną bananowce, co jest zjawiskiem uroczym. Tak sobie myślę, żeby do końca roku już nic nie robić – tylko ora (meditatio de facto) et labora et lege, żadnych planów, zmian, ambicji, roszczeń, oczekiwań, dalszych podróży etc. Tyle się dzieje wokół, że najlepiej chyba zwolnić, a nawet się zatrzymać i poczekać aż burza przejdzie. Chyba, że to dopiero początek, LOL. W Laosie i okolicach mnisi właśnie zaczynają 3-miesięczne odosobnienie pory deszczowej. Trochę żałuję, że nie dam rady zostać samanera w tym roku, szczególnie, że deszcze to znakomity moment na taki krok. Muszę wrócić na siłownię, bo przez lockdown wypadłem z rytmu i jak tak dalej pójdzie zamienię się w wielką kluchę, bloba zabójcę, tłustego wieprza, pulchną dżdżownicę etc. [...]
2020-06-21.
2020-06-21.miro21/06/2020Laos - VientianeI tak w jednym kawałku wróciłem w zeszłą niedzielę do VTE po zrobieniu pełnej pętli Thakhek. Notabene, jak zwykle, w pewnej chwili przestało mi się chcieć pisać relację, ale postaram się dokończyć wkrótce. ;-) Przed śmiercią ze starości w każdym razie. Wracałem w deszczu i skończyło się to przeziębieniem (podejrzewam, że stresy związane z jazdą po laotańskich drogach też zrobiły swoje, bo nie najlepiej sypiałem w trakcie podróży), ale raczej nie był to kowidek, więc w miarę szybko doszedłem do siebie. Domu nikt nie obrabował, a po powrocie nawet zbiegli się lokalni sąsiedzi wypytać gdzie byłem. Byli pod wrażeniem, że samopas pokonałem taki dystans. Morwy żyją i moje pieszczenie się z nimi chyba jest nieco na wyrost. Zasadniczo jestem z wycieczki zadowolony, ale dwa dni, które planowałem przeznaczyć na totalny relaks w jakimś relatywnie wyrafinowanym ośrodku nad tropikalną górską rzeką, spędziłem w warsztacie, wąchając smar, użerając się z mechanikami i stresując się powrotem, co nie było fajne. Znalazłem też w VTE nowego mechanika. Dotychczasowy, Fuark, mimo że bardzo mu ufałem, jest jednak tępym kmiotem, oleandrem i wsiowym głupkiem. Bardzo mi przykro. Nowy mechanik jest Australijczykiem totalnie zafascynowanym motorami, z gigantyczną wiedzą i naprawdę dobrze komunikującym się. Wiem już więc, co z motorem trzeba zrobić po zalaniu wodą (wygląda na to, że skończy się na wymianie uszczelek w silniku, co w porównaniu z kosztem nowego tłoka, albo wręcz cylindra, czego się obawiałem, jest relatywnie tanią operacją). Wiem też już na czym stoję, jeśli chodzi o ogólny stan motocykla – zasadniczo był to dobry zakup, nawet jeśli dopiero po 3 miesiącach udało mi się znaleźć osobę, która powiedziała wprost, co trzeba wymienić i odpowiednio go wyregulowała. Lokalna filozofia pt. dokręcić na maksa, pierdolnąć młotkiem, uszczelnić silikonem, a jak nie pali, to dać więcej benzyny do mieszanki, jednak nie jest najlepsza w sytuacji, gdy mamy do czynienia z silnikami, które potrafią pracować dekadami, jeśli tylko o nie zadbać. XRka zyskała też nowe upierzenie – wygląda teraz (prawie) jak z fabryki. Czarne plastiki z kiczowzorkiem poszły precz. Aha, i zjadłem dzisiaj pierwszą żabę w tym roku. De facto cztery żaby. Bardzo były smakowite. [...]
jak bawół w kałuży.
jak bawół w kałuży.miro12/06/2020miscZupełnie niepostrzeżenie zacząłem piąty miesiąc w Laosie. I to w drodze, podczas pierwszej lokalnej eskapady na motorze. Zasadniczo jest mi tu niezwykle dobrze, chociaż czasami czuję się nieco sfrustrowany albo zagubiony różnicami kulturowymi. Natomiast tak na co dzień jest jak na poniższym zdjęciu: Muszę zdecydowanie więcej czasu spędzać w interiorze, w Laosie wioskowym. I przestać się wreszcie obijać i zacząć płynnie mówić po laotańsku. Coś, co prawda, już mówię – ale konwersacje na razie się rwą. A tak z 1000 słówek więcej i byłoby już całkiem nieźle. [...]
Thakhek – Thalang.
Thakhek – Thalang.miro12/06/2020Thakhek LoopPanowie mechanicy lokalni doprowadzili Hondę do stanu używalności, dzięki czemu mogłem ruszyć w dalszą drogę. Co prawda w Wientianie i tak będzie musiał obejrzeć ją specjalista od Hond, ale wolę wrócić do domu o własnych siłach niż wozić motor tuktukami, autobusami i Buddha wie jakimi jeszcze środkami lokalnego transportu. Plus finansowo wyszło to mniej więcej tak samo, a nie musiałem rezygnować z dalszej części wycieczki i nauczyłem się sporo na temat budowy silnika. Trzymałem nawet w dłoni tłok mojej Hondy – to prawie jak trzymać dłoni czyjeś serce! ;-) A generalny przegląd i tak planowałem zrobić od dawna, więc znakomicie się składa, bo teraz mam ku temu wreszcie konkretny impuls i wąż w kieszeni nie będzie miał się do czego przyczepić. Motor ma 15 lat i podejrzewam że bardzo, bardzo wiele przeżył, więc poważna ewaluacja na pewno mu się przyda. Dla mnie z kolei ważna lekcja – myć motor samemu, wiadrem i szczotą, bo inaczej ktoś potraktuje go karczerem i efekty będą opłakane. W każdym razie stary motor, CRFkę w grudniu kilkukrotnie myto myjką ciśnieniową i nie narzekała – ale to był motor praktycznie nowy. No dobrze, ale wyruszyłem z Thakhek, dojechałem do Thalang, a po drodze zahaczyłem o jaskinię Tham Nang Aen. Jaskinia sama w sobie jak to jaskinie, ale przeprawa łodzią przez podziemne jezioro niezwykle fajna. Jako że poza mną nie było nikogo innego, wynająłem całą łodź, przewodnik siedział na dziobie jak mój osobisty Charon i tak płynęliśmy. Doświadczenie dla mnie głównie na płaszczyźnie dzwiękowej – w jaskini panowała absolutna cisza, więc odgłosy wiosła, sunącej łodzi, kapiącej wody słyszało się niesamowicie wyraźnie. Tak naprawdę, to zamiast łazić po tej dziurze, mógłbym usiąść gdzieś z boku i słuchać kropel przez resztę dnia. W Thalang znalazłem opustoszały guesthouse, gdzie ok. 1400 zaszyłem się na resztę dnia, nie robiąc praktycznie nic, poza siedzeniem na werandzie, obserwowaniem roślin oraz ptaków i czasem krów. Fakt, że nie było tam zasięgu komy ani wifi bardzo to odosobnienie ułatwiał. W okolicy jest masa martwych drzew, które wyschły po utworzeniu zapory kilkanaście lat temu. Teraz, gdy poziom wody jest niski, górne części zbiornika są suche i można natknąć się na takie lekko depresyjne obrazki jak poniżej. [...]
Thakhek.
Thakhek.miro10/06/2020Thakhek LoopDwa dni nieprzewidzianego postoju i wstępnej załoby po Hondzie, ale chyba tym razem nam się udało. Motor spędził dwa dni w warsztacie i został rozłożony na części pierwsze. Woda była absolutnie wszędzie. Byłem już przygotowany na to, że jutro rano zapakuję go na dach autobusu (opcja znacznie tańsza niż wynajęcie pick-upa z kierowcą) i w ten sposób wrócimy do VTE. Natomiast mój mechanik nie podawał się do końca i dzisiaj popołudniem udało mu się nie tylko złożyć cały motor do kupy, co było nie lada wyzwaniem, bo rano XRka wyglądała jak niżej, ale też uruchomić go i nawet klika km pojeździć. Motor zostaje w warsztacie do jutra rana na finalny tuning, a potem biorę go w swoje ręce, żeby kontynuować eskapadę (co, mam nadzieję, powiedzie się, ale mam też niewielkie obawy). Co prawda na mini pętlę po północnej części Laosu już nie starczy mi czasu, ale powinienem dokończyć Thakhek Loop i może nawet spędzić dzień czilując nad rzeką w okolicach jaskiń Konglor. [...]
Pak Kading – Thakhek.
Pak Kading – Thakhek.miro08/06/2020Thakhek LoopBo bardzo intensywnej połowie dniu dotarłem do Thakhek. Była przeprawa promowa (solidnie udokumentowana, będzie z tego film), dziesiątki kilometrów w błocie, przeprawy przez monsunowe rzeczki po bardzo niestabilnych mostkach z desek, gałęzi, pni, zdechłych kotów i opon, kilka przypadków zakopania się po osie w gliniastym, pomarańczowym błocie, zero (zero) dropów i upadków. Uświadomiłem też sobie, że XRka potrafi wić się jak wąż na niestabilnym podłożu. Poniżej dowód rzeczowy. Niestety na miejscu w Thakhek sprawy się skomplikowały. Lekcja na całe życie: motor należy myć własnoręcznie. Lokalne kmioty zalały mi silnik wodą podczas mycia – nie wiem jeszcze jak to się skończy, ale powrót do VTE pick-upem oraz inwestycja w nowy silnik jest całkiem prawdopodobna. A zaczęło się tak fajnie, LOL. [...]
Vientiane – Pak Kading.
Vientiane – Pak Kading.miro07/06/2020Thakhek LoopPierwszą motocyklową wyprawę po Laosie zacząłem planować już w marcu, zaraz po zakupie motocykla tutaj. Nie wyszło ze względu na kowidka, ale idea wciąż tliła się tam gdzieś z tyłu głowy. Miałem kilka koncepcji, ale ostatecznie zdecydowałem się na coś łatwego na początek, dobrze znaną Thakhek Loop. 450 km, (plus drugie tyle na dojazd i powrót), jaskinie, karstowe wzgórza, małe wioski, zasadniczo interior, pomijając część wzdłuż drogi krajowej nr. 13. To co prawda taki motocyklowy (i backpackerski) klasyk, coś jak Annapurna Circut w Nepalu, ale to nawet lepiej, bo primo mój motor ma już swoje lata i w razie czego będę miał gdzie go naprawić (ew. wrzucić na pickupa i na tarczy wrócić do VTE), secundo, potrzebuję czegoś łatwego i przewidywalnego na oswojenie się z Laosem na motorze. Ostatnie dwa miesiące marazmu nieco mnie rozleniwiły i strasznie mi się nie chciało ruszać z domu, ale ostatecznie odnalazłem gdzieś motywację do tego, żeby się spakować, zamknąć dom i ruszyć w drogę. Wyruszyłem ok. 1430, czyli w momencie, gdy było jeszcze gorąco, ale upał powoli zaczynał tracić swój pazur. Pierwsze 50 km bocznymi drogami, trafił się nawet kawałek gruntowy, na którym różne SUVy i miejskie jeepy poruszały się jak zdemenciałe ślimaki, podczas gdy XRka nabrała skrzydeł i płynęła jakieś 30 cm ponad wertepami, z siłą jak dynamit. Jak dynamit.* Potem zaczęła się droga krajowa #13 i to jest ciężka sprawa. Jest to główna arteria w Laosie, arteria, którą jedzie masa tirów, budowlanych monstrów, ciężkiego sprzętu etc. Ma po jednym pasie w każdą stronę i jakieś resztki pobocza. Jak wygląda wyprzedzanie, można się domyślać, ale zasadniczo jest to dosyć stresujące przeżycie – nie pamiętam już nawet ile razy musiałem uciekać na pobocze, bo z przeciwka nadciągało coś rozpędzonego do 150 kmh, wyprzedzając na zapałkę, często na zakrętach. Trzeba być naprawdę uważnym i nie mieć zaufania do jakichkolwiek przyjętych zasad ruchu drogowego, czy choćby zdrowego rozsądku. Do tego droga często jest dziurawa, na zakrętach leżą zaspy żwiru, pobocza są nierówne i czasem bardzo wąskie. Honda co prawda ma terenowe zawieszenie, więc dziury jej niestraszne, do tego takim motorem ciężko jechać szybciej niż 80 kmh, więc jakoś to wszystko się równoważy. Plus przez ostatnie miesiące jazdy w Laosie oswoiłem się nieco z lokalną specyfiką (4000 km po tajskich drogach w grudniu 2019 też zrobiły swoje), więc sytuacje, które rok temu zszokowałyby mnie, teraz spływają po mnie jak woda po, za przeproszeniem kaczce. Nawet nie chodzi o to, że jestem mniej ostrożny, raczej na odwrót, jeżdżę wolniej i bardziej uważnie, ale pewne rzeczy zwyczajnie przestały na mnie robić wrażenie. Umysł to jak widać materiał bardzo plastyczny. I tak, po 200 km, dwóch krótkich przystankach na złapanie oddechu i jednym tankowaniu dotarłem do Pak Kading. Wiem, że 200 km to nie jest oszałamiający dystans, ale nigdzie mi się nie spieszy. Przy takich dystansach można zrobić cały odcinek rano, przed najgorszymi upałami, a późnym popołudniem mieć czas na zdjęcia albo krótkie wycieczki w miejscu docelowym. Specyfika motocykla też ma znaczenie. W każdym razie nie mam ochoty powtarzać 450-km odcinków takich jak z Bangkoku do Phitsanulok – ani to przyjemne ani bezpieczne. Pak Kading to bardzo mała, rozciągnięta wzdłuż drogi, miejscowość leżąca u ujścia rzeki Namkading do Mekongu. To ujście jest niezwykle urocze – miałem akurat kilka chwil nieco przed zachodem, żeby zrobić kilka zdjęć, które zupełnie nie oddają atmosfery miejsca (wina fotografa – dałem im za dużo światła). To tylko dodatkowo motywuje mnie do tego, żeby na jakimś etapie życia tutaj zorganizować sobie łódź i ruszyć wzdłuż Mekongu (w górę? w dół?), eksplorując po drodze rozmaite dopływy. Na moście zaczepiły mnie bardzo miłe lokalne nastolatki i poprosiły o zdjęcie. Podejrzewam, że cała czwórka przyjechała na jednym skucie, rzecz jasna bez kasków. Wieczór zakończyłem suszoną rybą z ryżem. Roku pańskiego 2012, w Birmie, zjedzenie podobnie suszonych ryb kosztowało mnie dwa dni ciężkich przejść żołądkowych, miejmy nadzieję, że tym razem będzie inaczej. https://www.youtube.com/watch?v=LfsqSElTDhU [...]
2020-06-07.
2020-06-07.miro07/06/2020Laos - VientianeDzisiaj prawdziwe święto. Otóż ruszyłem się z Wientianu i zacząłem pierwszą laotańską wyprawę. Początkowo jakoś ciężko to szło, totalnie nie chciało mi się pakować. Rano nawet nie byłem pewien, czy dzisiaj wyjadę, ale ostatecznie wizja niedzieli spędzonej w domu skutecznie mnie zmotywowała do działania. Nie wiem na czym to polega, ale niedziela zawsze napełnia mnie mieszaniną odrazy i przerażenia. Szczególnie niedziela bezczynna. Ruszyłem więc w drogę i będę o tym pisał tutaj. [...]
2020-06-06.
2020-06-06.miro06/06/2020Laos - VientianeKilka dni temu zrobiłem pierwszy krok w kierunku… działań proroślinnych. Bo to jeszcze nie jest etap ogarniania ogrodu. Otóż kilka tygodni temu kupiłem pięć sadzonek morwy, które przyjechały do mnie w czarnej tobie. Torbę postawiłem na stole, wlewałem do niej wodę raz na 2-3 dni, a morwy, nie zrażone moją obojętnością i rażącym brakiem profesjonalizmu, rosły i sprawiały wrażenie całkiem zadowolonych z życia (jak większość roślin w tej części świata o tej porze roku). Jednak gdy na lokalnej grupie ogrodniczej pojawiło się ogłoszenie o sprzedaży dizajnerskiej ziemi (vide: obrazek poniżej, bo to jakiś ewenement chyba), uznałem że czas działać. Kupiłem kilka worków, następnie pojechałem po doniczki i te podstawki, na których się je stawia, po czym dokonałem radykalnego kroku, jakim było usamodzielnienie mulberysów. Teraz każda morwa ma swoją doniczkę, gdzie spędzi kolejne kilka miesięcy (albo dłużej), aż uznam, że jest wystarczająco silna, żeby przenieść się do ogrodu. A życie w ogrodzie to nie przelewki, szczególnie w porze deszczowej, bo wegetacja tutaj nie bierze jeńców, rośliny rosną jedna na drugiej, generalny chaos i szaleństwo. W ogrodzie monsunowa rewolucja. Pojawiło się tyle roślin, że nawet nie chcę już lokalsa z kosiarką, który mi to wytnie do zera, tylko pewnie odżałuję ze 200 USD na kosiarkę Makita (nie mam pojęcia dlaczego, ale mam wrażenie, że kosiarki Makita są dobre, mądre i trwałe – a może chodzi o kitę w nazwie) i będę chirurgicznie wycinał tylko to, co mi wygląda na chwast. Zapewne pozostawię w ogrodzie całą masę zupełnie bezużytecznych, a może nawet szkodliwych roślin, które po prostu będą mi się podobać. W ramach monsunowej rewolucji pojawiło się kilka gatunków pnących – bluszcze, mimozy, Buddha wie co jeszcze. Zaczynają się piąć po murze, co częściowo rozwiązuje problem z jego estetyką. Mam taki pomysł, żeby je wykopać, albo po prostu odciąć kawałek i na kilka dni wstawić do wody, a potem wsadzić do donic, strategicznie umieszczonych pod kolumnami, które mam od frontu. W ten sposób energia pełzaczy zostanie ukierunkowana. Zaraz obok palmy zaprzyjaźnionej z bluszczem, IMO zdecydowanie za blisko, eksplodowało mi na żółto coś takiego. Bardzo jest to ładne, ale nie wiem jak dogadają się palmą, biorąc pod uwagę, że wyrastają praktycznie z tego samego miejsca. Intensywność tej rośliny kojarzy mi się z Pomnikiem Sapera na Powiślu. [...]
2020-05-30.
2020-05-30.miro30/05/2020Laos - VientianeZabrałem dzisiaj motor na mały przegląd, bo za tydzień chcę ruszyć w dzicz na jakiś czas. Mam już urlop, nie wiem jeszcze tylko, czy cały sprzęt, jaki zamówiłem, dotrze na czas z Tajlandii. Może więc nie pojadę, ale czuję, że to dobry moment na pierwsze obwąchanie dzikiego Laosu. Oswoiłem się z domem, upały się skończyły i chyba zaczynam czuć lekką motywację podróżną. Na początek wybrałem coś prostego, tzw. Thakhek Loop. Plus jeśli będę miał siłę, ochotę i motor nie umrze mi po drodze, to mniejszą pętlę dookoła masywu Phou Bia, zahaczając o Phonsavan, Plain of Jars, Kasi i wracając do Wientianu od zachodu. Zobaczymy. Nie mam już takiego ciśnienia jak w grudniu, gdy miałem motor tylko na miesiąc i chciałem zrobić możliwie dużo, co jednak było mocno wyczerpujące psychicznie. Wszystko wskazuje na to, że zostanę w Lao na dłużej, więc będzie jeszcze sporo okazji do przygód. I tak, mój ulubiony mechanik Fuark (tym razem, de facto, jego żona albo siostra) zrobili mi mały przegląd motonga, wymieniając przy okazji przednią zębatkę, która była już bardzo mocno zjedzona przez łańcuch. W ogóle, to chodzi mi po głowie zakup kolejnego motoru. Tym razem czegoś mniej terenowego – popularne są w tym rejonie Kawasaki Estrella, które mają nieco retro feel, niskie siedzisko i normalną, wyprostowaną pozycję (XRka też ma taką pozycję, ale wysoko nad ziemią, co mi już przestało przeszkadzać). Optymalny byłby oczywiście Royal Enfield Himalayan, ale ciężko je dostać w tej części świata, poza tym legalnie w Laosie nie można mieć motocykla o pojemności większej niż 250cc. Inna rzecz, że prawo to nie jest zbyt restrykcyjnie egzekwowane. [...]
2020-05-28.
2020-05-28.miro28/05/2020Laos - VientianeMyślę, że wreszcie nadszedł moment, na który czekałem od dawna – zaczyna się monsun. To jest absolutnie wspaniała część roku, szczególnie po kilku tygodniach koszmarnych upałów. Temperatury spadły do ok. 30-33 stopni, regularnie pada, zwykle jest pochmurno, zieleń zaczyna być coraz bardziej soczysta, jest mniej kurzu, rzeki się podnoszą, wszystko wygląda lepiej. Windy pokazuje taki stan rzeczy przez najbliższe 10 dni, więc jest szansa, że tak już zostanie aż do jesieni, kiedy to zrobi się jeszcze chłodniej, ale za to bardziej sucho. Nie wiem, czy to już zdziadzienie, czy moja zwyczajowa obsesja monsunowa, ale wykupiłem nawet abonament na windy, żeby móc śledzić prognozy godzinowe. Małe gekony chyba czują, co jest na rzeczy, bo co wieczór odprawiają mi nad głową tańce godowe, wchodząc w dziwaczne rozedrganie, rytmicznie zamiatając przy tym ogonami. Duże gekony do środka zapuszczają się rzadziej, ale też bywają – ostatnio w środku dnia nawiedziła mnie młoda osobniczka (mam nieodparte wrażenie, że to była samica). Chciałem zrobić z nią kolejny film, który podbije jutuba, ale była bardzo płochliwa. No właśnie, kolejny film, bo film, na którym trącam gekonka w ogonek, zebrał w ostatnich tygodniach ponad ćwierć miliona wyświetleń. Ki diabeu? Poniżej kilka zdjęć domu i zaczątków ogrodu. Dom wygląda coraz lepiej. A właściwie wygląda tak samo, ale mózg się oswaja z pewnymi brakami i przestaje się je zauważać. W cieniu werandy widać moje dwukołowe maleństwo. Mamy na koncie już ponad 1000 km, co jest wynikiem miernym jak na 2,5 miesiąca, ale pozwalającym dobrze wyczuć motor i się z nim oswoić. To drzewo po prawej stronie to Sapodilla, którą po polsku ktoś nazwał Pigwica właściwa. Pigwica?! Poważnie? Takie rzeczy tylko w rzplitej burackiej. Sapodilla ma smaczne, słodkie owoce, które czasem zrywam rano przy użyciu czegoś, co wygląda jak siatka na motyle na bardzo długim kiju, i wkrajam do owsianki z mlekiem sojowym. Ogród, jak widać, jest niezagospodarowany. Mam jakieś palmy, kolejną sapodillę, malutkie mango (za 10 lat będzie ładne), starą łódź przerobioną na donicę, sporo bardzo konkretnej, lokalnej trawy i równie dużo chwastów. Pięć sadzonek morwy na razie siedzi w worku z ziemią i chyba im tam dobrze. Tak wyglądają owoce Sapodilli w zbliżeniu. Od sąsiada, przez płot, zagląda do mnie bananowiec. Gdzieś wyżej, wśród liści kryją się nawet owoce. A niżej są urocze kwiatostany. De facto jadalne, do kupienia na lokalnym bazarze. Młode mango, również od sąsiada. Bardzo złe zdjęcie, które zmienię w najbliższych dniach. Zasadniczo, dom jest wspaniały. Tak nieco przy okazji udało mi się zrealizować swój plan, który co prawda częściowo realizowałem w Khanom, ale to nie było do końca to samo. Plan na “własny” dom w tropikach, z ogrodem, plan na stabilną sytuację wizową, pozwolenie na pracę i generalnie zostanie (tymczasowym na razie) rezydentem w jednym z monsunowych krajów. Długo myślałem, że to jednak będzie Tajlandia, ale teraz, z perspektywy prawie 4 miesięcy w Laosie, cieszę, że jednak nie. Laos jest trochę jak Nepal (i pewnie cała masa innych rozwijających się krajów), zamknięty w swojej bańce i opierający się poważniejszym zmianom. Jasne, nie jest to Bhutan, zmiany – dobre i złe – docierają tutaj całkiem szybko i jest ryzyko, że chińska ekspansja sporo zacznie zmieniać od przyszłego roku. Wtedy to otworzy się pierwsza w kraju linia kolejowa, łącząca Chiny z Tajlandią i dalej, aż z gigantycznym portem w Singapurze. Część ekspatów przewiduje totalną chińską inwazję, ja nie jestem przekonany do tego scenariusza. [...]
2020-05-16.
2020-05-16.miro16/05/2020Laos - VientianeNie odzywałem się chwilę, ale to dlatego, że totalnie wsiąkłem w kwestie przeprowadzki do nowego domu. Domu dużą literą, de facto, bo mam średniej wielkości ogród (choć lokalsi zaliczają go do “big gardens”), dwa piętra, masę przestrzeni, swobody i prywatności. Zasadniczo mam tyle wrażeń, że nie wiem od czego zaczynać – pierwsze dni były hardkorowe, od przeprowadzki internetu (lokalne usługi sieciowe są jak TPSA w latach 90-tych w rzplitej burackiej), po negocjacje z landlordami odnośnie nowych mebli, AC, innego wyposażenia etc. Wydaję mi się, że mam szczęście do landlordów, bo od ręki naprawili nieco zepsutą pralkę, zainstalowali dodatkowe, nowe, AC na piętrze, gdzie urządziłem biuro i generalnie są responsywni i kooperatywni. Oby tak dalej. O domu pewnie będę jeszcze pisał całe tomy, ale poniżej kilka nieuporządkowanych obserwacji. Dom tej wielkości do własnej dyspozycji to jest absolutnie nowa jakość. Jakość ZDECYDOWANIE lepsza. Mam masę przestrzeni dla siebie (na oko jakieś 150-200 m2 domu, razem z werandami etc), do tego drugie tyle ogrodu. Zero homo sapiens nad głową, pod spodem, etc. To jest głowologicznie rewolucyjne. Dla ekstrowertyków, którzy lubią się kisić w stadzie jak pieprzone owce, zapewne nie do ogarnięcia. Dla pozostałych 50% społeczeństwa rzecz, podejrzewam, oczywista. Ogród totalnie in progress. Kupiłem już sadzonki morwy, szukam sadzonek bambusów. Nauczycielka laotańskiego załatwiła mi pracowników do przekopania ogrodu i wykonania najcięższych prac. Jeszcze nie wiem jak do tego podejść, ale jak już nieco zregeneruję się po ostatnich zmianach, przygotuje jakiś plan. Albo i nie. Może dam mu w cholerę zarosnąć i będę z poziomu werandy #2 obserwował dzikie ptactwo, węże i inną lokalną faunę. Ostatnie tygodnie to pogodowy koszmar. Zazwyczaj marzec i kwiecień to najbardziej gorące miesiące w roku, ale tym razem mieliśmy całkiem chłodny kwiecień (sporo dni nieco poniżej 30C) i ultra gorący maj (temperatury pod 40C, dzień w dzień, tygodniami). Męczy to nawet lokalsów, którzy w sumie do tropików są przyzwyczajeni. Sam też zauważam oswojenie z upałem – 33C to już komfort, 35C tak na granicy, 36 i więcej zaczynają się problemy. W odróżnieniu od niektórych sąsiadów (typowe dla Laosu – vis a vis mam domy z bardzo ubogimi lokatorami), mogę się schładzać AC w najgorętszych momentach, ale nie wyobrażam sobie tego domu bez sztucznego chłodzenia. Na szczęście deszcze pojawiają się coraz częściej, a opad oznacza schłodzenie o kilka stopni, plus chmury, więc piec martenowski powoli wygaszamy. Czerwiec wygląda znacznie bardziej przyjaźnie, Laos powoli zdejmuje kowidkowe ograniczenia, więc jest cień szansy na jakąś wyprawę! Fingers crossed! Z pozytywnych aspektów – właśnie dzisiaj wczesnym wieczorem dopadł nas spory deszcz. W skali od zera do monsunowy orgazm (10), gdzieś w okolicy 3/4. Temperatura od razu spadła o kilka C, a ja wytargałem bambusowy fotel na górną werandę i oddałem się słuchaniu deszczu i obserwacji okolicy. Potem co prawda uaktywniły się komary, a wszak szaleje denga i malaria, więc uciekłem do środka. Note to self: kupić zapas spiral antykomarowych. Zaglądam raz na tydzień na wyborczą, politykę etc. i, doprawdy, cieszę się, że, mentalnie przynajmniej, nie jestem Polakiem (od dłuższego już czasu, de facto). Tak żenującego pseudokraju, prawolskiego państwa z kartonu, takiej bandy zakompleksionych, ograniczonych do mentalnego minimum imbecyli, nadętych prostaczków ledwo co oderwanych od pługa, żenujących, brzuchatych ignorantów z nalanymi wódczanymi gębami, chciwych zer i posłusznych miernot nie widziano od czasu carskiej Rosji. Oficjalnie olewam Polskę i mam nadzieję, że uda mi się tak pokierować sprawami, żeby nigdy tam nie wrócić na dłużej. Nb pozbywam się w lokum w Warszawie, ale wciąż chcę mieć tam jakiś punkt zaczepienia (firma, podatki, banki etc). Gdyby ktoś z bliższych znajomych chciał wziąć na siebie tymczasową opiekę na mieszkaniem i w dalszym etapie tymczasowy meldunek i obsługę przychodzącej poczty etc, dajcie znać. I’ll make it worth your while. Ew. namiary na sprawdzone firmy, które się tym zajmują. [...]
2020-05-05.
2020-05-05.miro05/05/2020Laos - VientianeLaos wczoraj częściowo wrócił do normalności. Pootwierały się sklepy, kawiarnie i rozmaite lokale, których charakter pozwala na zachowanie zdrowego dystansu między homo sapiens. Za kilka dni powinny otworzyć się szkoły. Moja teacher, Khamla, wróciła ze swojej wioski i wczoraj zaprzęgłem swój rozleniwiony długim weekendem mózg do laotańskich literek. Mieliśmy długą przerwę, bo na wirusa nałożył mi się start nowego, super ciekawego, projektu, przez co nie miałem głowy do języków. Pierwsze pół godziny było ciężkie, ale potem się rozkręciłem. Coraz lepiej czytam, nie mogę tylko znaleźć patentu na codzienne wkuwanie słówek… Tworze sobie ambitne plany i projekcje – 10 słówek dziennie, 300 w miesiącu, 1000 po 3 miesiącach! I co? I nic. Mam aplikację anki do fiszek, słowniki cyfrowe i analogowe, nauczycielkę na żywo i na messengerze, pomysły jak ustrukturyzować… I co? I nic. Częściowo to dlatego, że literek laotańskich jeszcze nie czytam intuicyjnie, muszę się zastanowić, co widzę. I gdy widzę słówko, to nie zapamiętuję go, bo muszę najpierw poświęcić chwilę na rozszyfrowanie liter. A częściowo to dlatego, że intelektualnie jestem skonfigurowany na abstrakcje i systemy, a praca stricte pamięciowa nigdy mnie specjalnie nie pociągała. Co nie zmienia faktu, że tak dalej być nie może! Jeśli mam kiedyś wejść na poziom średnio-zaawansowany, muszę zacząć przyswajać słówka on a regular basis. W ogóle to nie bez odrobiny dumy muszę powiedzieć, że udało mi się zmienić projekt nie ruszając się z Azji. Co prawda w ramach tej samej firmy, ale to jest dobry symptom. Coraz więcej rekrutacji odbywa się wyłącznie zdalnie, coraz więcej jest opcji pracy 100% zdalnej. Wirus tylko wzmacnia ten trend. W porównaniu z sytuacją sprzed 4-5 lat, to jest ogromny postęp. Wciąż oczywiście jest masa cepów, małomiasteczkowych półgłówków, mentalnych karłów rekrutacji, które twierdzą, że trzeba być w biurze, bo “analiza wymaga pracy z ludźmi”. Jak bym był, kurwa mać, neurochirurgiem albo ladacznicą. Na całe szczęście mój aktualny duet outsourcer+korporacja jest zdecydowanie forward thinking i tutaj wszystko jest zdalnie. Tak trzymać! W piątek odbieram klucze do domu, w sobotę reinstalują mi internet, więc jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem, od niedzieli rezyduję na nowych włościach. Zamówiłem też pięć sadzonek morwy, które będą pierwszym krokiem w stronę transformacji pustyni, jaką mam w ogrodzie, w dżunglę. Wizja posiadania ogrodu w tropikach niezwykle mnie motywuje, a największą ciekawość mam do bambusa, po laotański mai phai. Poczytałem trochę i wiem już jakie odmiany posadzić, żeby kłącza nie opanowały mi całego ogrodu. [...]
2020-04-25.
2020-04-25.miro25/04/2020Laos - VientianeNo i dokonało się (prawie). We wtorek podpisuję umowę, a w drugi weekend maja przeprowadzam się do nowego domu. Po pierwszej wizycie miałem jeszcze wątpliwości, natomiast po drugiej, gdy dom był już wysprzątany, pootwierane okna, praktycznie żadnych. Masa światła i dużo otwartej przestrzeni, bardzo cicho i dwa kroki (75 metrów jakieś) do rzeki. Ogród co prawda wymaga pracy, ale to nawet dobrze, już mam w planach sadzenie bambusa i hodowlę bambusowych gajów oraz inne eksperymenty z lokalną roślinnością (eksperymenty w rodzaju posadź, podlej i zapomnij – od maja będzie tu miesięcznie padać ok. 300mm deszczu, średnio centymetr dziennie, więc roślinom śmierć z pragnienia raczej nie powinna grozić). Plus będę miał miejsce na dłubaninę przy motorze (tak, tak, powoli się oswajam, wiem już na przykład do czego służy karburator i jak go wyczyścić!) Jedyna poważna wada, z którą niewiele mogę zrobić, to okropny, niewykończony płot z szarego pustaka. Od środka pewnie pozasłaniam go roślinami, od zewnątrz może pomaluję, ale pewnie zostanie taki, jaki jest. Poczytałem nieco o malowaniu betonu i chyba nie będzie mi się chciało czyścić, kłaść tych różnych warstw etc. Ew. spróbuję zatrudnić lokalsów. Siła robocza jest tu tania, może się okazać, że za jakąś małą dniówkę plus koszty farby będę miał bielutki płot. Wychodzi też na to, że dom będzie mnie kosztował niewiele więcej niż aktualne mieszkanie – kilka tygodni szukania, lepsze rozeznanie w rynku i trochę negocjacji robią swoje. Jasne, dojdą dodatkowe koszty – sprzątanie, ogrodnik raz na miesiąc (chyba, że sam zacznę kosić i przycinać), inwestycje w ogród, opłaty w rodzaju wody albo wywozu śmieci, ale biorąc pod uwagę korzyści, bilans zdecydowanie na plus. Z kolei motor pojechał dzisiaj na pierwszy poważniejszy przegląd. Ostatnio nieco kaprysił, gasł na biegu neutralnym, miał problemy ze startem… Trochę się bałem, że to coś poważnego, ale wychodzi na to, że takie motocykle nie są dramatycznie skomplikowane. Zwykle trzeba coś rozebrać, wyczyścić, nasmarować i złożyć do kupy. Tak też było tym razem – wspomniany wyżej karburator, który ostatni raz czyszczony był pewnie gdzieś w czasach, gdy okolice wizytował Marco Polo, został rozebrany na części pierwsze i dokładnie wyczyszczony. Motor startuje od strzału, silnik pracuje równiutko, mrucząc jak tygrys, wydech nie strzela (czego mi nieco brakuje, bo to było całkiem urocze). Motong dostał też nowy olej oraz zbadano mu akumulator. Czuję jakbym miał nową Hondę – za całe 20 USD. [...]
2020-04-23.
2020-04-23.miro23/04/2020Laos - VientianeWientiane powoli budzi się do życia. Co prawda oficjalny lockdown ma trwać do 3 maja, ale już teraz widać coraz więcej osób bez masek, otwierają się małe sklepy, wszystko odrobinę odżywa. Wieczorami wciąż panuje nieco oniryczny klimat miasta, które mieszkańcy w pewnym momencie postanowili porzucić i poszukać sobie nowego i lepszego miejsca do życia. Stanowi to znakomite tło do małych wycieczek na motorze. Rozglądam się za domem. Zrobił się ze mnie prawdziwie kapitalistyczny rekinek rynku nieruchomości, negocjuję bezlitośnie i z poczuciem misji, jaką jest mała normalizacja na lokalnym rynku nieruchomości. Ponieważ rynek ten jest dosyć mały (szczególnie jego cześć skierowana do cudzoziemców), określone opinie rozpowszechniają się bardzo szybko i trafiają do właścicieli domów, które często całymi latami stoją puste. Z jednej strony trochę mi szkoda będzie porzucać aktualne lokum, bo niczego mi tu nie brakuje, a jeśli jest jakiś problem, to anglojęzyczny landlord rozwiązuje go od ręki. Z domem wynajmowanym od lokalsów może być nieco trudniej, ale też ma się więcej prywatności, więcej przestrzeni i generalnie poczucie pełnej samodzielności. Poluję na dom nad Mekongiem albo w jego bezpośredniej bliskości. W stylu laotańskim, piętrowy. Dzisiaj na przykład widziałem całkiem ładny dom z takim widokiem z werandy: Zasadniczo idealnie, ale dom do małego remontu, plus nieco nieprzemyślany w środku. Za to na dole praktycznie osobne mieszkanie, które niewielkim nakładem kosztów (ponoszonych głównie przez właściciela), mógłbym przerobić na coś nadającego się na airbnb. To z kolei dom, który super wygląda i ma duszę. Dolna część z kuchnią taka sobie, ale na górze chciałem już zostać. I jakieś zaczątki ogrodu, 50 metrów do rzeki. Ten dokładnie na odwrót. Fajny z zewnątrz, ale w środku martwy. Tak więc ciężkie decyzje przede mną, ale mam ochotę nieco wyjść ze strefy komfortu i spróbować wejść na kolejny poziom laotańskiego wtajemniczenia. [...]
Trzeci miesiąc w LA, nowa galeria.
Trzeci miesiąc w LA, nowa galeria.miro14/04/2020miscNiedawno zacząłem 3 miesiąc w Laosie i zasadniczo całkiem mi tu dobrze. O swoich lokalnych doświadczeniach od czasu do czasu piszę tutaj. Zmieniłem też sposób prezentacji galerii na mozaikę. Myślę, że jest to bardziej estetyczne i praktyczniejsze od klasycznych thumbnaili. Poza tym miałem impuls i zrobiłem galerię z nadmorskich eskapad w Tajlandii w 2018 roku. Nie ma tego dużo, bo nie chciało mi się wtedy robić zdjęć (niewiele się zmieniło TBH). Aha, i YK działa już na SSLu. Przez ostatnie lata byliśmy małym dinozaurem, jeśli chodzi o security, ale czas uwstecznienia mamy za sobą. [...]
2020-04-13.
2020-04-13.miro13/04/2020Laos - VientianeW regionie właśnie zaczyna się nowy rok, czyli pbii mai albo songkran. Normalnie trwałaby tu dzika, tygodniowa impreza, w tym roku jednak wszelkie celebracje zostały oficjalnie odwołane i miasto jest ciche jak cmentarz, co mi bardzo, ale to bardzo odpowiada. Jeśli coś mi przeszkadza w Wientianie to właśnie brak kontroli nad hałasem i wieczorne palenie śmieci. Większość małych sklepów się pozamykała, natomiast bazary i uliczne stragany działają normalnie. Pojawiły się blokady na drogach wyjazdowych, ale w stylu południowoazjatyckim – znając miasto, można je bez większego wysiłku ominąć. Poza tym maseczki (do których sam się przekonuję, zasłanianie twarzy dobrze się komponuje z introwertyzmem), termometry i spraye odkażające na łapki przed wejściem do każdego praktycznie przybytku (nawet na mój bazar na świeżym powietrzu). Siłą rzeczy wszystko to powoduje, że moja bardzo niska aktywność społeczna (kawiarnia, siłownia i wieczorne wycieczki na motongu) została zredukowana do zera. Bardzo mi to odpowiada – pisałem nawet ostatnio w mailu do przyjaciółki, że całe życie uprawiałem social distancing. I nic nie wskazuje na to, żeby miało się to zmienić Zacząłem 3 miesiąc w Laosie i powoli rozglądam się za domem. Mam coś bardzo ładnego upatrzonego w okolicy, niestety nie nad rzeką. Moja lista wymagań, jeśli chodzi o dom, jest długa: ma być w stylu laotańskim, z dostępem do rzeki, z ogrodem ze starodrzewem, cichy i w miarę estetycznie urządzony (czyli dominujące w tej części świata kafelki, jarzeniówki i plastikowe krzesła są zdecydowanie out of scope). Zasadniczo osiadam i jest mi tu dobrze – wygląda na to, że mój plan, żeby urządzić w Laosie bazę na kilka lat, powiedzie się. Najchętniej nie wracałbym już do rzplitej burackiej w ogóle, tylko stopniowo zaczął budować sobie nowe życie między Laosem a Szwajcarią albo Niemcami. Dużo tu jeszcze zmiennych do ogarnięcia, ale nie jest to niemożliwe. Nagrałem trochę filmów z jazd po okolicy. Teraz pozostaje się zmobilizować do zmontowania ich w coś przyswajalnego. [...]
2020-03-30.
2020-03-30.miro30/03/2020Laos - VientianeLaos nieco zaostrza dyscyplinę okołowirusową, ale w stylu azjatyckim. Urzędnicy mają pracować z domu aż do pbii mai (nowy rok, gdzieś w połowie kwietnia) oraz trakcie jego obchodów, część sklepów będzie zamknięta, ale bazary, czy sklepy sieci handlowych (Big C na przykład) działają normalnie. Podobnie banki oraz kawiarnie i restauracje (te ostatnie być może tylko na wynos). Należy ograniczyć przemieszczanie się, ale do banku albo kawiarni pojechać będzie można. Co wieczór jeżdżę po mieście i jak na razie rogatek z sołdatami wyposażonymi w automaty, skrupulatnie legitymujących każdego nie zaobserwowałem. Jest natomiast mała paranoja maskowa, do niektórych sklepów nie da się wejść bez czegoś zasłaniającego twarz. No to wchodzę w kasku, LOL. W ogóle to od niedawna mam swoją tajną miejscówkę nad Mekongiem, gdzie jeżdżę posiedzieć wieczorami. Dwa kroki od miejsca, gdzie ostatnio złapał mnie deszcz. Cicho, ciemno, pluskają ryby, słychać cykady i okazjonalnego gekona. Szumi wielki banyan. Totalny spokój, jeśli nie liczyć lokalsów regularnie imprezujących kilkaset metrów dalej. Widać światła z tajskiego brzegu. Rzeka jest teraz tak spokojna, że pewnie bez większych problemów dałoby się przepłynąć na drugą stronę. Albo takie robi wrażenie. Pod brzeg podpływają sumy, raki, małe rybki, które obserwuję w świetle czołówki. Nawet kusiło mnie wczoraj, żeby suma złapać, bo wydawał się totalnie w zasięgu ręki, ale nie miałem jak przewieźć. Plus najpewniej skończyłbym w wodzie, całkiem bez suma. Dzisiaj spotkałem tam całą brygadę młodzieży, która w maskach do nurkowania, z wodoodpornymi latarkami i małymi kuszami skrupulatnie przeczesywała przybrzeżny nurt w poszukiwaniu ryby. I dwa kroki ode mnie złapali coś sporego, zaplątanego w sieci. Miało wąsy jak sum, ale inny kształt ciała, więc może coś leszczowatego. Towarzyszył im bardzo, ale to bardzo mały, czarny kot, który, jak to koty, od razu mnie polubił. Może zaopatrzę się w wędkę albo mały podbierak i wiadro. Będę miał nowe hobby na czas kryzysu. Wyzwanie? Co zrobić ze złapaną już żywą rybą. Przecież jej własnoręcznie nie ubiję… Opcją są panie rybiarki z bazaru obok domu. Za niewielką opłatą pewnie zgodziłyby się dokonać transformacji ryby w filety. Zasadniczo, moja koncepcja border-straddling Miro napotkała na przejściowe trudności, co mnie nieco frustruje. Laos jest super bazą, bardzo już lubię lokalsów, coraz lepiej radzę sobie z językiem, natomiast brakuje mi tej swobody w przeskakiwaniu przez granice – a to do Tajlandii, a to do Wietnamu, na weekend do Cambo, na miesiąc do Birmy… Oczywiście izolacja i zamknięcie granic to rozwiązanie – mam nadzieję – tymczasowe, więc albo znajdzie się lekarstwo albo trzeba będzie postawić na herd immunity, kosztem pewnych strat w ludziach. Osobiście chętnie dałbym się zarazić w kontrolowanych warunkach i mieć to za sobą, one way or another (choć, biorąc pod uwagę jak bardzo Tajlandia i Laos paliły się do testowania i zamykania granic, są pewne szanse, że mam to już za sobą). Post factum wytatuowany numer na przedramieniu (ew. mikroczip pod skórę) i voila, świat stoi otworem. Nie widzę najmniejszego sensu w rujnowaniu gospodarek i narażaniu większości na lata ubóstwa, cierpienia i wyrzeczeń, by ratować i tak już schorowaną mniejszość. I tak jak pisałem wyżej – happy to go first. [...]
2020-03-29.
2020-03-29.miro29/03/2020Laos - VientianeMieliśmy niedawno krótki okres deszczowy. Deszcze pojawiały się cyklicznie późnym popołudniem, czasem naprawdę ulewne, trwające ok. pół godziny. Temperatura zaczęła spadać, a w okolicy z rozmaitych dziur powyłaziły żaby, które zaraz po opadach dawały wielogodzinne koncerty. Jako że lubię i deszcz i żaby, bardzo mi się ta zmiana podobała. Lokalni ekspaci zaczęli nawet podejrzewać, że być może pora deszczowa w tym roku przyjdzie wcześniej – dużo wcześniej. Skonfrontowałem tą opinię z lokalsami, którzy machnęli ręką i stwierdzili, że mamy normalne lato, pora sucha się skończyła i takie deszcze się zdarzają. I że wcale nie znaczy to, że zaczyna się pora deszczów. I to potwierdzają wykresy. W marcu kończy się pora sucha i zaczyna lato, deszczu jest trochę więcej. W kwietniu lato osiąga swoje apogeum i deszczu jest znacznie więcej (3x więcej niż w marcu). Od maja zaczyna się szaleństwo i deszczu spada po 250-300mm miesięcznie. Żaby szaleją. Szczęśliwy Miro godzinami siedzi na werandzie i słucha deszczu, wzbudzając uzasadnione podejrzenia sąsiadów co do możliwości tymczasowej utraty zmysłów. Rośliny wpadają w wegetacyjny paroksyzm. Mango jest tak soczyste i jest go tak dużo, że można urządzać w nim lepkie i słodkie kąpiele. Najlepiej nago i w deszczu, używając zmiażdżonego mango jako odpowiednika mydła (podejrzenia sąsiadów tym samym stają się mocnym przekonaniem – Miro szuka nowego domu, najlepiej z małym stawem i potężną populacją żab). Niestety, po tej krótkiej fazie deszczowej bezlitośnie zaatakowały upały. W środku dnia jest nawet po 38-39C, a będzie jeszcze cieplej. Wirusik pokrzyżował moje plany spędzenia kilku kwietniowych tygodni w tajskim (albo wietnamskim) bungalowie na plaży, gdzieś na relatywnie samotnej wyspie. Laos de facto też stał się wyspą, bo nie da się z nieco wyjechać (albo wymaga to nie lada ekwilibrystyki – można się przebić na przykłąd do Europy przez Chiny, spędzając dziesiątki godzin na transferach, ale przebić się tajską wyspę się nie da, bo Tajlandia też zamknięta). Co oznacza, że muszę upały zaakceptować. Jako że dawno nigdzie nie podróżowałem, rozważam krótką wyprawę do Luang Prabang w kwietniu. Tydzień-dwa, tam i z powrotem na motorze. Wanderlust się nieco uspokoi, a ja poznam nową miejscówkę w Laosie. Upały sprawiają, że niewiele mi się chce. Wciąż mam motywację do codziennej nauki laotańskiego i już całkiem nieźle opanowałem alfabet. Jeszcze kilka liter mi ucieka, szczególnie specjalne formy samogłosek w ostatniej sylabie wyrazu, ale generalnie jest postęp. A jak już zacznę w miarę płynnie czytać i pisać, to powinienem zacząć bardzo szybko przyswajać słówka. Moja nauczycielka co prawda od kwietnia chce pracować zdalnie, co może negatywnie wpłynąć na moje postępy. Wientian się wyciszył, sporo sklepów pozamykane, o wiele mniej imprez. Co prawda bazar nieopodal – bazar Thongphanthong – działa normalnie, a przedwczoraj nawet byłem świadkiem hałaśliwej imprezy przy mojej ulicy. I to w środku dnia. Masa ludzi stłoczonych wokół stołu, większość w zielonych mundurach lokalnej policji, wszyscy bez masek i bez większych zmartwień. Tak trzymać. [...]
2020-03-20.
2020-03-20.miro20/03/2020Laos - VientianeLaos powoli odcina się od świata, zresztą Tajlandia podobnie. Do wspomnianych wcześniej ograniczeń wizowych dochodzi kasowanie połączeń lotniczych. Tajlandia będzie też wymagać ubezpieczenia oraz zaświadczenia od lekarza o braku podejrzeń zakażenia naszym kulistym przyjacielem. Sam mam nieco ułatwione życie, bo granicę lądową z Tajlandią mogę – na razie – przekraczać bezproblemowo. Podobnie powrót do Laosu. Powrót do Europy mógłby być pewnym wyzwaniem, ale na razie zupełnie się tam nie wybieram. Jeśli mam być szczery, to cała sytuacja bardziej mnie bawi niż martwi… Ostatnia dekada rozpasanego konsumeryzmu, tępego materializmu, szalonej pogoni za zyskiem za wszelką cenę, postępującej deregulacji, krótkowzroczności i globalnego życia na kredyt musiała wcześniej czy później skończyć się katastrofą. Nikt, co prawda nie spodziewał się takiej jej postaci, ale coś wisiało w powietrzu od co najmniej roku-dwóch. No i teraz czeka nas zapewne druga edycja Wielkiego Kryzysu. A wcześniej jeszcze trzeba uporać się ze Świętym Kowidem od RNA, co dla chronicznie niedofinansowanych służb zdrowia jest sporym wyzwaniem. Zasadniczo czeka nas ciekawe kilka lat. Ważne, że najbogatsi stali się jeszcze bogatsi, a szerokie masy mogły bez ograniczeń kupować SUVy, telefony za 2k USD i dramatycznie drogie mieszkania na kredyt. Z rzeczy bardziej pozytywnych: dzisiaj rano załatwiłem Yellow Book, czyli lokalną książkę badań technicznych. Wymagało to wyprawy pod miasto, małego komunikacyjnego meltdown w języku laotańskim oraz niebagatelnej sumy 12000 LAK, ale udało się. Potem załatwiłem też naklejkę od podatku drogowego i jestem 100% legalnym motocyklistą w LA. Teraz co prawda nie mam pojęcia gdzie tę naklejkę przykleić – chyba zrobię jej zdjęcie i będę woził w telefonie. Późnym popołudniem zajrzałem na farmę landlorda, który hoduje sałatę (i inne warzywa) w hydroponicznym systemie z udziałem ryb tilapii. Bardzo to wszystko ciekawe, system się równoważy i praktycznie nie generuje odpadów (poza rybimi odchodami, które – jeśli dobrze zrozumiałem – można kompostować). Muszę poczytać trochę o obiegu związków chemicznych w takim systemie, żeby lepiej zrozumieć jego sens, ale zasadniczo robi to dobre wrażenie. Aha, i jak tilapia się rozmnoży i podrośnie, to można ją z systemu wyciągnąć i zjeść (podobnie jak sałatę, ale to się rozumie samo przez się). Laos za kilka dni będzie obchodził 65 lecie i w internetach pełno odpowiednich obrazków propagandowych. Poniżej mamy takie zupełnie klasyczne (nb pamiętam swojego dziadka na takich zdjęciach i jest to całkiem miłe wspomnienie w czasach upadku rozpasanego kapitalizmu): A tu takie nieco bardziej abstrakcyjne… Nawet moja nauczycielka laotańskiego była zbita z tropu – co tu robi Buddha?! Ryby to z kolei nawiązanie do Mekongu i innych rzek oraz targów rybnych, które są tu powszechne. Zasadniczo propaganda ewoluuje i stara się iść z duchem czasu! Są też nawoływania do obywatelskiej kontroli. Jako że oficjalnie zamknięte zostały wszelkie przybytki rozrywki, e.g. restauracje, bary, salony masażu, kluby karaoke etc., na niestosujących się do zakazu należy donosić! I to milicji. Plan kronikarski na dzisiaj wykonany. [...]
2020-03-18.
2020-03-18.miro18/03/2020Laos - VientianeMoja asymilacja na gruncie laotańskim postępuje. Wczoraj otworzyłem konta w banku – jednak posiadanie lokalnych dokumentów mnóstwo rzeczy ułatwia. Do tego bankowość tutaj wcale nie jest taka trzecioświatowa, jak można by podejrzewać. Owszem, część banków nie ma jeszcze aplikacji mobilnych ani nawet internetowych (!), ale kilka z nich ma i to całkiem nowoczesne. Do tego wychodzi na to, że przelew SWIFTowy z PL do LA idzie niecałe 24h (opcja D+0). Przez fintechy zupełnie straciłem zaufanie do tradycyjnych metod transferu środków, a tymczasem dziadek SWIFT wciąż ma się dobrze. Mój bank ma kod COEBLALA – bardzo uroczo. Do tego mam swój PO Box, o czym pisałem w innym miejscu, ogarnąłem kwestię ubezpieczenia motoru oraz siebie i generalnie powoli dochodzę do punktu, w którym wszelkie sprawy formalne zostaną zamknięte i będę mógł się skupić na rzeczach naprawdę fajnych. Na przykład szukaniu domu nad rzeką i motocyklowych wyprawach w interior. Albo leniuchowaniu na werandzie. Dzisiaj pod koniec dnia wziąłem motor i w ramach relaksu po pracy pojechałem na zachód, za lotnisko Wattay, by przejechać się długą, gruntową drogą, która ciągnie się wzdłuż Mekongu (Quai Fa Ngum). Wziąłem GoPro, żeby nagrać zachód słońca ew. inne atrakcyjne wizualnie widoki, ale primo dojechałem nieco po zmroku, a secundo złapała mnie potężna burza. Fajne tu jest to, że nawet w porze suchej i gorącej w miarę regularnie padają deszcze – ani chybi wpływ wielkiej rzeki właśnie. Zaczęło się od małego deszczu, więc zaparkowałem motor pod potężnym banyanem, a sam schroniłem się w pobliskiej świątyni. Zaraz potem zerwał się straszny wiatr, w świątyni poprzewracało koszyki i inne trzcinowe utensylia, które łapali rozgorączkowani mnisi nowicjusze (tymczasowi) – samanera – w dziko pomarańczowych szatach. Trochę się bałem, że wiatr przewróci motor, bo wiało naprawdę mocno, ale oparł się i tej zawierusze. Równolegle z wiatrem tropikalny deszcz. Potem powrót, początkowo w iście terenowych warunkach – błoto, kałuże, dziury, połamane gałęzie, worki śmieci etc. XRka idealnie się sprawuje w takich warunkach. Od nadrzecznej promenady już nudno, po asfalcie. Dojechałem do siebie, na Rue Lao-Thai, gdzie kupiłem małą rybkę z grilla na kolację. W pod domem złapał mnie landlord i podzielił się nową teorią spiskową (“To dzieło człowieka. Mam dowód.”) Jak tak dalej pójdzie, poświęcę się działalności charytatywnej. Założę fundację do walki z głupotą – będzie to najbardziej zapracowana organizacja w kosmosie. Poza tym Laos zaczyna izolację – na miesiąc zamykają się szkoły i instytucje rozrywkowe, nie będą też wydawane VOA, została też zamknięta część przejść granicznych, głównie takich małych i lokalnych, z których nie mogą korzystać cudzoziemcy. [...]
PO Box 2917.
PO Box 2917.miro18/03/2020miscBardzo jestem z siebie dumny (zupełnie bez uzasadnienia, prawdę mówiąc), bowiem udało mi się otworzyć mój własny, dedykowany, laotański PO Box. To oznacza, że można do mnie napisać list, pocztówkę, wredny anonim (np. “ty głupi ciulu, idź chędożyć gekony”), wysłać próbkę poezji albo prozy, prośbę o wsparcie moralne w tych trudnych czasach (odpowiedź odmowna, wszyscy i tak umrzemy, więc nie ma co tracić czasu na głupoty), suszonego koronawirusa etc. Lao Post Office Vientiane PO Box 2917 Vientiane Laos. So sweet. [...]
2020-03-15.
2020-03-15.miro15/03/2020Laos - VientianeJako że odebrałem paszport i lokalne dokumenty, mogę się wreszcie ruszać z Laosu. Przynajmniej do momentu, gdy nie zostaną pozamykane granice, a Europejczycy, jako główni siewcy zarazy, powywieszani na banyanach ku uciesze gawiedzi. I tak wczoraj rano wsiadłem na motor, dojechałem na granicę w Nong Khai, gdzie zostawiłem go strzeżonym parkingu. Niestety nie mam jeszcze wszystkich dokumentów, a wjazd na motocyklu z Laosu do Tajlandii jest trudny i bez tego. Nieco sprawniej niż ostatnio przekroczyłem granicę, po czym złapałem minibus do Udon Thani. Minibus w stanie daleko posuniętego rozkładu, kilka razy psuł się po drodze, aż w końcu, jakieś 15 km od celu, zepsuł się totalnie. Nie zastanawiając się wiele zamówiłem transport z Graba, który pojawił się w ciągu kilku minut. Zabrałem jeszcze ze sobą dwójkę pasażerów. Lokalsi przeżyli lekki dysonans poznawczy, kiedy farang łamaną Tajszczyzną zaproponował im darmowy transport do celu. Dużo gapienia się z rozdziawionymi ustami, ale w końcu zabrała się para pasażerów – pan w moim wieku, który wyglądał na wojskowego i starsza pani z dużym amuletem buddyjskim na piersi. Obydwoje z Laosu – jednak Laotańczycy są… znaczeni bardziej otwarci od Tajów. Pani najwyraźniej nie wzięła sobie do serca sugestii Buddhy Gotamy, jeśli chodzi o Właściwą Mowę, bo całą drogę nawijała jak najęta. Zostałem też ostrożnie wypytany skąd jestem – uspokoiłem towarzystwo, że z Polski i siedzę w Azji już pół roku, więc najpewniej nie jedzie z nami wirus. Na miejscu dużo podziękowań i wai. Dobrze jest bezinteresownie robić rzeczy dobre (nawet małe). Szybko wypożyczyłem skuter (bez skutera jak bez nogi) i zalogowałem się do hotelu. Mam duży pokój z bardzo dużą wanną, która stała się moim centrum dowodzenia na weekend. Jak już będę się szukał domu w Laosie, wanna będzie must have. Najlepiej z dużymi oknami z widokiem na ogród. Albo Mekong. Pozałatwiałem masę spraw, zrobiłem duże zakupy wielkim mallu Central Plaza. Zawsze uważałem, że Udon Thani to jakieś senne prowincjonalne miasteczko, coś jak skrzyżowanie Siemiatycz z Mławą, lekko doprawione Pcimiem, ale wcale tak nie jest. Jest to duże, dosyć nowoczesne miasto ze wszystkimi możliwymi udogodnieniami. Teraz rozumiem dlaczego expaci z Wientianu tak często jeżdżą tu na zakupy. Teraz czeka mnie załatwienie sobie wizy multi-entry do Tajlandii, bo bezwizowe wjazdy (2 w roku) przez granice lądowe już wykorzystałem. Mogę co prawda latać, ale chyba nie ma bezpośredniego połączenia z VTE do Udon, plus chcę wjeżdżać do TH na motorze. Pogoda w Udon gorsza niż w Wientianie. Nie dość, że gorąco jak diabli, to jeszcze mega wilgoć. Planowałem wybrać się nad lokalne jezioro po zmroku, ale o 2000 było chyba ze 35 C, więc dałem spokój. Dopiero dzisiaj, w niedzielę, zrobiło się w miarę normalnie, nad północną TH nadciągają chmury i mamy nawet szanse na jakiś deszcz. [...]
XR i pierwszy miesiąc w Laosie.
XR i pierwszy miesiąc w Laosie.miro13/03/2020miscŚwiat ma nowego wirusa, a ja mam nowy motor. Można go obejrzeć tutaj. Poza tym minął mi pierwszy miesiąc w Laosie, co skwapliwie dokumentowałem tutaj. [...]
2020-03-12.
2020-03-12.miro12/03/2020Laos - VientianeI tak w ciągu nieco ponad miesiąca udało mi się pozałatwiać kluczowe sprawy – dzisiaj rano odebrałem motocykl, a popołudniem paszport i lokalne pozwolenie na pobyt i pracę. Stresujące były ostatnie dwa dni, bo zakup motoru udał się nieco nieoczekiwanie, było trochę czekania, przelew SEPA nieco w ciemno, ale udało się. Bardzo się cieszę, że mam własny środek transportu (to są znaczące oszczędności co miesiąc, a do tego pełna swoboda i możliwość realizacji planów “eksplorowania” Złotego Trójkąta) i wprost szaleńczo cieszę się, że mam własny motocykl. Mój nowy motong to bardzo przyjazna w prowadzeniu Honda XR 250. Nieco wiekowa, nosząca nieco śladów upływającego czasu, ale super urocza. Mam już całą listę drobnych rzeczy, które będę w niej modyfikował. Kto wie, może nawet sam nauczę się podstaw motocyklowej mechaniki. Poniżej kilka zdjęć. W sumie cieszę się, że mieszkam w Laosie, a nie gdzieś na zachodzie, bo tutaj zdobyć jakąkolwiek część do motocykla jest… ciężko. Super ciężko. Głównie są to części z odzysku, z motocykli, które zakończyły swój żywot. W falanglandzie można kupić wszystko – w alu, karbonie, połysku albo macie i jeszcze wersję wegańską za dopłatą 50%. Nie mam nic naprzeciwko weganizmowi, sam też jestem głównie roślinny, ale konsumeryczna paranoja ostatniej dekady doprowadziła do absurdalnej eksplozji jeśli chodzi o liczbę rzeczy do kupienia, ich rodzajów, podtypów, filozofii, jakimi są podszyte i tak dalej. No, ale być może mechanizm samoregulacji systemu Gaia się właśnie uaktywnia (oby! jak by co, mogę być pierwszy w kolejce!) i będzie okazja nieco przyhamować to szaleństwo. Albo nawet bardzo przyhamować. Na scenariusz madmax 2020 jestem więc już częściowo wyposażony. A tu motong na żywo i nie w studio, o czym może świadczyć pranie suszące się w tle: [...]
2020-03-08.
2020-03-08.miro08/03/2020Laos - VientianeDeszcze, o których pisałem wcześniej utrzymały się przez większą część tygodnia. Było naprawdę zimno – nieco ponad 20C, mokro i pochmurno. Lokalsi mówio, że takich deszczy w marcu to nikt nie pamięta. No, ale sytuacja wraca do upalnej normy. Przez najbliższe 10 dni temperatury będą oscylować gdzieś między 33 a 38 stopni i do końca kwietnia raczej nie zrobi się chłodniej. Muszę rozważyć ucieczkę gdzieś nad morze na kilka tygodni – jak już dostanę z powrotem paszport i lokalne dokumenty. Lekcje laotańskiego postępują, zacząłem robić sobie wirtualne deki ze słówkami w programie Anki, który jest całkowicie pozbawiony jakichkolwiek wizualnych atrakcji, ale za tym minimalistycznym interfejsem kryje się całkiem rozbudowana funkcjonalność. Tak jak w Tajlandii, przy okazji lekcji dowiaduję się różnych ciekawych rzeczy. Na przykład, że zaraz zacznie się sezon na żaby. I na bazarach, obok rybek grillowanych w rozszczepionych deseczkach (vide przykład poniżej) pojawią się grillowane żaby. Będę też miał dobre źródło świeżej żaby, jako że ojciec mojej nauczycielki (Khamli) prowadzi żabią fermę. Co prawda nie wyobrażam sobie, żebym był w stanie cokolwiek z taką żabą (nawet uprzednio ubitą) zrobić. Okazjonalne patroszenie krewetek to raczej ostateczna granica moich działań rzeźniczych. Laotańskie słowo na żabę (jedno z wielu – są dedykowane słowa na żaby żyjące w polach ryżu, w ziemnych jamkach, na drzewach etc.) to ກົບ – odpowiednio wymówione brzmi bardzo żabio. Być może uda mi się kupić motor – Hondę XR – w przyszłym tygodniu. Co prawda nieco za wcześnie pojawił się w moim życiu, bo jeszcze nie mam tu konta bankowego, nie mogę przelewać sobie waluty i nie mam pojęcia jak za niego zapłacę, bo tu większość transakcji odbywa się gotówkowo i w USD. Ale jest bardzo ładny, na wyścigowy wydech, dzięki czemu cudownie basowo brzmi, jest w miarę lekki i nie za drogi. Jak na moje aktualne potrzeby sprawdzi się idealnie. Pewnie tylko zmieniłbym mu te plastiki przy baku, albo pomalował je na czerwono na przykład. Zasadniczo jest fajnie. Dzisiaj mija mi miesiąc od przeprowadzki do Wientianu i jak na razie nie żałuję. Trochę tylko gorąco czasem – muszę pilnować słońca, które potrafi być zabójcze o tej porze roku. [...]
2020-03-03.
2020-03-03.miro03/03/2020Laos - VientianeDeszcz! Wczoraj spadł mój pierwszy deszcz w Laosie! Deszcz w tropikach to żywioł absolutnie fascynujący i zdecydowanie mój ulubiony. Co prawda do pory deszczowej jeszcze kilka miesięcy, de facto właśnie zaczęło się lato – pora gorąca, ale mamy właśnie kilka chłodniejszych dni (ok. 30C zamiast 36-38C) i intensywne letnie opady z burzami. Poza masą wody, która spadła z nieba, wiał bardzo silny wiatr, cały budynek się trząsł, palmy traciły liście, przerażone gekony chroniły się rozmaitych szparach i na kilka godzin straciliśmy prąd. Timing idealny, bo w Kambodży właśnie trwa wypalanie pól i wiatry nawiewają dym nad cały region. W zeszłym tygodniu Bangkok zamknął na kilka dni szkoły ze względu na bardzo wysokie stężenie PM2.5. Wczoraj dymy nadciągnęły nad VTE i AQI momentalnie skoczył do 160-kilku. Poza tym miałem pierwszą lekcję phasaa lao. Bardzo przyjazny język – tak jak tajski jest w dużej mierze skamieliną, pełną archaizmów, niepotrzebnie skomplikowaną, zbyt formalną i mało intuicyjną, tak laotański wydaje się całkiem oczywisty. Chyba można o tym języku myśleć jak o uproszczonym tajskim. Generalnie tranzycja nie zabiera dużo czasu i już trochę mówię. Na bazarach etc. nieźle komunikowałem się od samego początku, bo każdy tu rozumie tajski, ale teraz zaczynam się pilnować i unikać tajskich słów. Mam też wrażenie, że laotański jest bardziej miękki, bardziej śpiewny. Mam nadzieję, że starczy mi motywacji, żeby wyjść poza podstawową konwersację i osiągnąć pewną samodzielność językową (tak, żeby radzić sobie w większości sytuacji – żeby, jeśli nie znam wymaganych słów, używać technik deskryptywnych). Muszę teraz opanować alfabet, który też ma wiele wspólnego z tajskim. Jest kilka nowych liter, kilka innych pisanych jest nieco inaczej, ale zasadniczo nie widzę tu poważnych barier. Litery są bardzo zaokrąglone, nieco przypominają alfabet sinhaleski, czy birmański. Gramatyka też wydaje się relatywnie prosta. Zacząłem już czytać “Grammar of Lao“, ale jako że nie mam formalnego przygotowania lingwistycznego, jest to nieco męczące. Poza tym chłopaki nie używają lokalnego skryptu, tylko łacińskiego alfabetu z różnymi ogonkami etc., co jest totalnie nieintuicyjne. [...]